Wpis

czwartek, 24 kwietnia 2014

Jak pomóc niepełnosprawnym i ich rodzinom nie wydając ani grosza

Oxygen64 | Dreamstime.comCzy państwo może jakoś pomóc niepełnosprawnym i ich rodzinom, nie wydając na to ani grosza? Może. Wystarczy zacząć myśleć. Żeby nie było wątpliwości, podam 2 punkty, w których dotychczasowy dramatyczny brak myślenia, bez sensu szkodzi. Co np. można zrobić?

1) Nie szkodzić, kiedy ludzie sami próbują sobie pomóc

Osoby niepełnosprawne czy rodziny chorych próbują się czasem organizować i zrobić coś konkretnego. Nie zakładają wielkich fundacji z zatrudnionymi pracownikami, tylko małe stowarzyszenia, w których każda złotówka jest wykorzystywana bezpośrednio na cele działania stowarzyszenia.
To znaczy... byłaby wykorzystywana, gdyby państwo nie zmuszało ich najpierw do zupełnie niepotrzebnego wyrzucania pieniędzy w błoto.
Okazuje się, że zakładając stowarzyszenie i dopiero próbując cokolwiek zdziałać, nie mając jeszcze zebranych pieniędzy, już trzeba je marnować.

Ktoś nieprzytomny wymyślił w swoim czasie, że stowarzyszenia muszą prowadzić pełną księgowość. A to oznacza płacenie księgowej z uprawnieniami po kilkaset złotych... miesięcznie. To wymogi godne spółki giełdowej, obracającej niewyobrażalnymi dla takich malutkich stowarzyszeń kwotami.
W praktyce jeśli wśród założycieli nie ma księgowej, to stowarzyszenie ma poważny problem. 

Druga sprawa - choroba nie wybiera. Dlatego stowarzyszenie łączące osoby niepełnosprawne i ich rodziny nie będzie grupą przyjaciół z jednego podwórka. Będą to najczęściej ludzie z różnych miast, którzy poznali się, rozpaczliwie szukając przez Internet informacji dotyczących ich schorzenia.
Jak najprościej byłoby im przeprowadzić walne? W formie telekonferencji, albo chociaż przesłania pisemnie swojego głosu w kwestiach podlegających głosowaniu.

Czy to jest możliwe? Nie. Dlaczego? Ponieważ posłowie pamiętali o stowarzyszeniach tworząc obostrzenia dotyczące walnego, ale zapomnieli o nich, kiedy te zasady były łagodzone. 

Efekt? Wielka spółka może przeprowadzić walne zgromadzenie w formie telekonferencji, czatu czy przesłania głosów, a małe stowarzyszenie nie. Ludzie muszą stawić się osobiście. W efekcie wiele stowarzyszeń szybko traci możliwości podejmowania decyzji, ponieważ członkom jest trudno spotykać się poza swoim miejscem zamieszkania. Osobom niepełnosprawnym czy ich opiekunom jest trudno tym bardziej. Jeśli uświadomimy sobie, że to zupełnie niepotrzebny wymóg, nie egzekwowany już nawet w obracających milionami spółkach, to robi się po prostu głupio, że w naszym państwie dochodzi do takich absurdów.

To oczywiście nie koniec kłód rzucanych pod nogi ludziom, którzy chcieliby zacząć działać w stowarzyszeniu. Z niezrozumiałych względów starostowie potrafią domagać się zupełnie niepotrzebnych zmian w statucie. Tak, jakby w tym właśnie miejscu musieli wykazać się, że pracują, nawet jeśli ich uwagi nie mają żadnego sensu. 

Co gorsze, sędziowie ostatnio zbyt często lubią działać metodą "kopiuj-wklej-nie czytaj" i z automatu domagają się wprowadzenia wszystkich poprawek starosty pod rygorem odmowy rejestracji stowarzyszenia. Osobiście znam przypadek, kiedy sędzia (jak już wreszcie po paru miesiącach zajął się sprawą) to zażądał wprowadzenia poprawek w terminie krótszym niż wpisany do statutu 14-dniowy termin na powiadomienie członków o walnym. Co znaczy, że w ogóle do statutu nie zajrzał.
To teraz wyobraźcie sobie, że coś takiego spotyka rozsianych po całej Polsce niepełnosprawnych i ich opiekunów. Już widzicie cały absurd sytuacji?
A przypomnijmy, że wskutek braku myślenia w sprawie walnego, ofiary takiej niekompetencji nie mogą skorzystać z możliwości porozumiewania się na odległość i zadecydować bez konieczności nagłego wyjazdu na drugi koniec Polski.

Oczywiście tworzenie organizacji samopomocowych, to tylko jedna z sytuacji, którą można bez sensu utrudniać.

Co jeszcze należałoby zrobić? 

2) Skończyć z rozdmuchiwaniem biurokracji i rzucaniem ludziom kłód pod nogi

Wyjaśnię to na prostym przykładzie.
W Polsce nie wystarczy być niepełnosprawnym, żeby być przez państwo uznawanym za niepełnosprawnego.
Ok, czasem niesprawności nie widać. Ale jeżeli pewnego dnia coś spowoduje, że zostaniesz ciężko sparaliżowany, na wózku inwalidzkim, to w świetle polskiego prawa nadal jesteś w pełni sprawny. O uznanie Cię za niepełnosprawnego musisz dopiero zawalczyć. Nie Ty sam, bo w tej sytuacji sobie nie poradzisz. Czyli będziesz musiał wystawić członka swojej rodziny do roli worka treningowego dla niemiłych, niekompetentnych urzędników, zachowujących się, jak w środku strajku włoskiego. 

Zakładam, że jesteś pracującym mężczyzną, z żoną i dzieckiem. Mieszkacie z dala od reszty rodziny, więc nie możecie na co dzień liczyć na pomoc innych osób.
Pewnego dnia zostajesz poważnie sparaliżowany. Żona próbuje jakoś godzić swoją pracę, odwiedzanie Cię w szpitalu i samotną już teraz opiekę nad dzieckiem i dbanie o dom.
To już jest w zasadzie niemożliwe. Ale w końcu wypuszczają Cię ze szpitala. Twoja żona już nauczyła się sprytnych technik, dzięki którym przenosi Cię kilka razy dziennie z łóżka na wózek i odwrotnie. Paraliż powoduje, że nie jesteś w stanie zadbać o siebie nawet w podstawowym zakresie, ale ona dzielnie się Tobą opiekuje. Jest tym wszystkim razem zmordowana.

Co jakiś czas musisz zostać zawieziony do lekarza. Masz szczęście, w Twoim mieście istnieje system busików miejskich dla osób niepełnosprawnych. Jeśli udałoby się Ciebie zawieźć własnym samochodem to Twoja żona ma prawo zaparkować na kopercie (bez czego nie wyjmiecie Cię z samochodu na wózek). Ale nie, chwileczkę, nie masz do tego prawa, bo przecież oficjalnie nadal jesteś... w pełni sprawny. To znaczy, że busiki miejskie nie mogą przyjąć Twojego zlecenia na przejazd (bo sprawnych nie wolno im wozić) a gdyby Twoja żona zaparkowała na kopercie i zawiozła Cię na wózku do przychodni, to wracając mogłaby zastać za szybą mandat za parkowanie w miejscu dla Was niedozwolonym. Poważnie.

No dobrze, dowiadujecie się, co trzeba zrobić, żeby to zmienić. 

Oczywiście w dobrze zorganizowanym państwie wystarczyłoby, żeby szpital wypisując Cię w tak ewidentnej sytuacji, przesłał Twoje dokumenty do urzędu, a urzędnicy od razu przesłaliby Ci kartę parkingową i tymczasowe potwierdzenie niepełnosprawności do celów pozarentowych, a później najwyżej to weryfikowali.

U nas nie. Obiecałam, że nie będzie o pieniądzach, ale tu drobna dygresja, konieczna do dalszych wyjaśnień. Pracowałeś, płaciłeś składki, a w tej sytuacji pracować nie możesz, więc masz prawo do renty z ZUS-u. Sytuacja jest ewidentna, załóżmy, że ZUS się nie wygłupił i przyznał Ci należną rentę, czyli uznał Cię oficjalnie za niepełnosprawnego.

Czy to wystarczy, żeby Twoja żona mogła stanąć z Tobą na kopercie, czy żebyś mógł zamówić busiki miejskie albo korzystać z innych form pomocy przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych?
Nie, nie w tym kraju.
Tutaj musisz drugi raz zgłosić się do kolejnego urzędu, który dopiero musi Cię drugi raz uznać za niepełnosprawnego, tym razem dla celów pozarentowych.

Uwaga: przykład pokazujący, jak rozwija się w Polsce niepotrzebna biurokracja.

Z ustawy wyraźnie wynika, że osoby posiadające ważne orzeczenia ZUS-owskie, wydawane do celów rentowych, mogą składać wnioski o ustalenie stopnia niepełnosprawności do celów pozarentowych, powołując się tylko na orzeczenie ZUS-owskie.
A zespół ds. orzekania o niepełnosprawności musi ją orzec tylko na podstawie już istniejącego orzeczenia ZUS-owskiego. 
[Art. 5 i 5a ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych.] 

Nie ma zatem żadnych podstaw do przedłużania sprawy. Urzędnicy mogą jedynie przepisać z orzeczenia ZUS-owskiego, w odpowiedni sposób, już ustalone fakty.

Nie mogą bawić się w całą nową procedurę, nie mogą domagać się, żeby pacjent odwiedził lekarza tylko w celu uzyskania kolejnego formularza, nie mogą domagać się donoszenia jakichkolwiek dodatkowych, niepotrzebnych papierków. W skrócie - nie mogą niczego przedłużać.

Twoja żona zatem pewnego dnia zwalnia się z pracy, ustawia w długiej kolejce, próbując załatwić prostą sprawę. Jest przygotowana, ma przy sobie wniosek, kopię orzeczenia z ZUS-u, oryginał do wglądu (żeby urzędnik mógł na miejscu sprawdzić prawdziwość kopii) i Twoje upoważnienie. Kiedy wreszcie dotarła do okienka, poinformowano ją, że nic nie załatwi, bo musisz od nowa przejść całą procedurę. Na jakiej podstawie?

Tu właśnie dochodzimy do metody na rozdmuchiwanie biurokracji, stosowanej zbyt często, w polskich urzędach.

Ustawa nie pozostawia wątpliwości - osoby z orzeczeniem ZUS-owskim nie muszą przechodzić całej procedury drugi raz. Są z niej zwolnione.

Żeby nie dopuścić do takiego usunięcia niepotrzebnej biurokracji urzędnicy stosują charakterystyczny trick - powołują się na przepis techniczny, mówiący jedynie o tym, w jaki sposób mają pracować. W tym przypadku akurat wczytują się z takim zapałem w szczegóły procedury, z której ich ofiary zostały zwolnione, żeby dojść do wniosku, że skoro takie procedury istnieją, to oni zawsze muszą się do nich ściśle stosować, nawet wtedy kiedy nie muszą, co przecież zostało wyraźnie w ustawie zapisane. 

Kiedy na takie bezmyślne utrudnienia trafia umordowana żona sparaliżowanego człowieka, to to już jest znęcanie się. 

Prawo mogłoby być lepsze. Można by całkowicie zrezygnować nawet z przepisywania orzeczeń.
Czemu to służy? Wystarczyłoby na druku z ZUS-u dodawać wyjaśnienie. "Niniejsze orzeczenie jest równoznaczne z orzeczeniem o... i wprost zapewnia wszelkie wynikające z niego uprawnienia".
A w ustawie wpisać jedynie (z myślą o niezbyt mądrych urzędnikach), że posiadacze tych orzeczeń mogą posługiwać się nimi wprost jako orzeczeniami o ustaleniu określonego stopnia niepełnosprawności.

Oczywiście to nie są jedyne utrudnienia, z jakimi spotykają się, już i tak umęczeni członkowie rodzin osób niepełnosprawnych, albo ci niepełnosprawni, którzy są w stanie stawić się i dawać męczyć osobiście.
Sytuacja autentyczna, po odstaniu przez taką osobę kilku godzin w kolejce: 

-ale to nie jest zdjęcie od fotografa - urzędnik próbuje odrzucić prosty wniosek, będący już tylko formalnością.

-a proszę mi wskazać, gdzie w ustawie jest nakaz, żeby zdjęcie było od fotografa - odpowiada przygotowany na takie sztuczki petent - cóż urzędnik miał pecha.

-co by to było, jakby wszyscy sami sobie robili zdjęcia - stwierdza niepocieszony urzędnik.

Nie wnikam, czy taki urzędnik ma procent od najbliższego fotografa, czy po prostu lubi bawić się w kontrolowanie ludzi na każdym kroku, a może naprawdę ma aż tak wąskie horyzonty, że zbyt mało mieści mu się w głowie. Taki człowiek nie powinien być urzędnikiem. A jeśli już koniecznie państwo musi mieć go na liście płac, to stanowisko związane ze stałym kontaktem z osobami niepełnosprawnymi i ich rodzinami, powinno być ostatnim, na którym będziemy go jako społeczeństwo utrzymywać.

Przykłady absurdalnych urzędniczych zachowań można mnożyć. Zdarza się, że np. osoba na wózku nie może dostać się do niedostosowanego urzędu, a urzędnik odmawia wyjścia do niej, upierając się, że nie wolno mu wynieść żadnego dokumentu poza budynek. Pomijam już fakt, że do urzędu należą zwykle nie tylko same mury, taka odpowiedź jest zwyczajnie niepoważna i przypomina strajk włoski, a nie uczciwą pracę urzędnika. 
Kolejnym problemem jest zupełnie niepotrzebne męczenie ludzi, którym już przyznawana jest pomoc. Nie było np. żadnego racjonalnego powodu odebrania pomocy niepełnosprawnemu studentowi, który mieszcząc się w przyznanej kwocie, zamiast urządzenia X, wymagającego pomocy osoby trzeciej, kupił urządzenie Y, którego mógł używać samodzielnie.

Dlatego proponuję politykom drobiazg, który państwa nic nie kosztuje, a skutki mają swoją wartość.

Proponuję usunięcie sztucznie rozdmuchanej biurokracji. Nie wiecie, gdzie jej szukać? Zgłoście się do mnie. Pomogę Wam ją odnaleźć.
A potem wymianę złych urzędników na myślących i empatycznych. Na końcu wystarczy po prostu naprawdę wymagać od urzędników, żeby byli pomocni a nie szkodliwi. Oni szybko się zorientują, jaki typ zachowań się opłaca, a jaki wręcz przeciwnie.

Zrobicie coś sensownego, czym będziecie się mogli pochwalić, będziecie mogli pokazać, że w kraju są sensowni urzędnicy, a ludzie wychodząc z urzędu czują się psychicznie wzmocnieni, a nie wymięci.

Co zrobić z zaoszczędzonymi pieniędzmi? 

Bo przecież usuwając niepotrzebne procedury, niepotrzebną biurokrację, uzyskuje się oszczędności. A te można przeznaczyć na realną pomoc niepełnosprawnym.

Nagle okaże się, że zamiast urzędników zajmujących się głównie uzasadnianiem swojego istnienia i odbieraniem godności ludziom w szczególnie trudnej sytuacji, będzie można zatrudnić kompetentnych pracowników, którzy tym ludziom udzielą potrzebnego wsparcia.
Choćby asystentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych, którzy zapewnią potrzebującym rodzinom realną pomoc.

A papier zaoszczędzony na niepotrzebnych procedurach będzie można przeznaczyć na plakaty czy ulotki z najważniejszymi informacjami, dzięki którym jeszcze w szpitalu osoba, która nagle stała się niepełnosprawna i jej rodzina, uzyskają podstawowe informacje, jaką pomoc mogą uzyskać i gdzie. W momencie, kiedy czują się najbardziej bezradni.

Warto pamiętać też o oszczędnościach w dalszej perspektywie

Już tylko dlatego, że urzędnicy nie będą dręczyć niepełnosprawnych i ich opiekunów, nie przyczynią się do przejścia kolejnych osób niepełnosprawnych na droższą, całodobową, opiekę państwa.  

Dlatego to ważne, żeby nie pozwalać urzędnikom na stresowanie ludzi.
Ważne jest też udzielanie wsparcia (zarówno za zaoszczędzone pieniądze, jak też po prostu dzięki kompetencji i empatii urzędników, pomagających przejść przez formalności, a nie utrudniających tę drogę).

Przy okazji - zastanawialiście się kiedyś, jakie są w praktyce koszty leczenia skutków stresu, generowanego przez samo państwo, na swoją własną zgubę? Skutki głupiego prawa, rozdmuchanej biurokracji, bezmyślnych urzędników, którzy nie podpowiedzą człowiekowi prostego rozwiązania, tylko poczekają aż się potknie, albo forsują dodatkowe, bezprawne, wymogi? Społeczne koszty (czyli choćby przeliczane łatwo na pieniądze koszty leczenia chorób kardiologicznych) w całym kraju są ogromne i co najważniejsze, zupełnie niepotrzebne. Wystarczyłoby na początku trochę pomyśleć.

Marta Wieszczycka

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
kor-ka
Czas publikacji:
czwartek, 24 kwietnia 2014 15:56

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • tomekignacik napisał(a) komentarz datowany na 2018/08/26 17:50:30:

    Wiele jest form pomocy, jednak prawda jest taka, że bez wydawania ani złotówki jest to niemożliwe aby pomóc w pełni. Choćby spójrzmy na sprzet rehabilitacyjny(np. w tym sklepie gamareha.pl/ ), mimo, że w porównaniu z innymi sklepami jest tanio, to jednak ceny są wysokie. Na dłuższą metę na pewno przyda nam się podnośnik wannowy czy stół rehabilitacyjny.

Dodaj komentarz

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa