Wpisy

  • środa, 13 lutego 2019
    • Kobiety w nauce

      Okładka książki Rachel Swaby

      Z okazji Dnia Kobiet w Nauce zachęcam Was do przeczytania pasjonującej książki Rachel Swaby "Upór i przekora - 52 kobiety które odmieniły naukę i świat". O wybitnych kobietach, ich niezwykłych odkryciach, ważnych działaniach, mężczyznach, którzy nie pozwalali pomijać ich pracy.

      W książce przeczytacie też o "naukowcach", którzy przypisywali sobie pracę współpracujących z nimi kobiet lub "tylko" korzystali z tego, że inni im ją przypisywali. A przy okazji też o głupich ludziach, wprost rzucających im kłody pod nogi, a dumnie noszących tytuły profesorów, dziekanów itd. poważnych uczelni. Jeden z profesorów Uniwersytetu Harvarda (nazwisko litościwie pominę) z pełną powagą przekonywał pod koniec XIX wieku, że... edukacja wywołuje u kobiet bezpłodność ;)

      Ale najpierw UWAGA przeczytajcie, co Jane Wright (1919-2013) czarnoskóra lekarka i badaczka była w stanie osiągnąć w latach 50-tych do 70-tych w raczej niedoinwestowanej placówce badawczej przy szpitalu w Harlemie. I porównajcie to sobie z podejściem do chemioterapii, stosowanym... we współczesnych polskich szpitalach:

      "Jednym z jej najważniejszych osiągnięć było spostrzeżenie, że nie da się stworzyć jednego magicznego rozwiązania, które wyleczy wszelkie rodzaje raka."

      "Uważała, że nawet dwa przypadki tego samego nowotworu wymagają odmiennego, zindywidualizowanego leczenia."

      "Kiedy zgłaszał się do niej ktoś chory, pobierała próbkę nowotworu pacjenta, tak by móc wyhodować komórki rakowe w warunkach laboratoryjnych. Nie eksperymentowała na pacjencie, lecz wykorzystywała wyhodowane próbki, by testować zdolności różnych leków."

      "Sporządzenie skutecznego preparatu leczniczego w laboratorium oznaczało, że warto zastosować go w terapii przygotowanej dla konkretnego chorego. Takie podejście sprawiało, że nie traciło się czasu na podawanie pacjentowi nieskutecznych leków, było też metodą bardziej spersonalizowaną i szybszą niż prowadzenie eksperymentów na myszach laboratoryjnych."

      Wspomnę jeszcze tylko kilka z opisanych w książce wyjątkowych kobiet:

      Alice Ball (1892-1916)
      Chemiczka, która stworzyła skuteczne lekarstwo na trąd. Zdołała przetworzyć olej czaulmurowy (używany w leczeniu trądu, ale w niezbyt skutecznej formie) w taki sposób, że można go było, bezpiecznie, używać w zastrzykach.

      "Dwa lata po odkryciu dokonanym przez Ball, w 1918 roku (...) siedemdziesięciu ośmiu pacjentów cierpiących na trąd i przyjętych do szpitala na Hawajach zostało wypisanych – ale nie do kolonii w Kalaupapa, lecz do swoich domów. Opracowany przez Ball preparat z oleju czaulmugrowego działał znakomicie. W ciągu kolejnych czterech lat ani jednego nowego pacjenta nie zesłano do Kalaupapa, a pozostałe kolonie trędowatych zlikwidowano, pozwalając chorym na powrót do społeczeństwa – wszystko to dzięki niezwykłej kobiecie, afroamerykańskiej pionierce, która potrafiła przełamać bariery dotyczące płci, rasy i wreszcie medycznych zastosowań preparatów olejowych."

      Helen Taussig (1898–1986):
      W jej czasach dzieci urodzone z chorobami serca zazwyczaj umierały.

      Helen Taussig stworzyła od podstaw kardiologię dziecięcą, w tym "Zgromadziła najbardziej wyczerpujący katalog wrodzonych wad serca, jaki kiedykolwiek skompilowano."

      A z czym musiała się szarpać?
      "nie przyjęto jej na trzy uniwersytety: Harvarda, Browna i Johnsa Hopkinsa. Odmowa przyjęcia na Uniwersytet Harvarda była szczególnie bolesna. Ze względu na swoją płeć Taussig nie mogła ubiegać się o miejsce w szkole medycznej na Harvardzie, zatem złożyła wniosek o przyjęcie do nowo otwartej Szkoły Zdrowia Publicznego, która przyjmowała kobiety i której program nauczania pokrywał się po części z programem tamtejszej szkoły medycznej. Odpowiedź wprawiła ją w zdumienie: kobiety mogą uczestniczyć w zajęciach, lecz nie mogą zdobyć dyplomu. Taussig zadała wówczas dziekanowi pytanie: „Kto byłby aż tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?”. „Mam nadzieję, że nikt” – odparł spokojnie dziekan."

      Virginia Apgar (1909-1974):
      O skali Apgar na pewno wszyscy słyszeliście. Na masową, nomen omen, skalę pomagała ratować dzieci urodzone z problemami. 

      Wcześniej "nowo narodzonych dzieci nie badano bezpośrednio po ich przyjściu na świat. Bez takiej analizy stanu zdrowia lekarze nie zauważali objawów wszelkich nieprawidłowości, na przykład tego, że noworodkowi brakuje tlenu – choć była to przyczyna niemalże połowy zgonów dzieci w pierwszej dobie po porodzie. Ponadto ustaliła, że nie istniały żadne standardy porównywania stanu zdrowia noworodków."

      A potem zamiast spocząć na laurach, mając 50 lat i będąc słynną panią profesor, zaczęła wszystko od nowa. Ukończyła kolejne studia, tym razem Zdrowie publiczne, a następnie "Przez czternaście lat Apgar latała po całym kraju, propagując wiedzę o procesie reprodukcyjnym i walcząc ze stygmatyzacją wrodzonych wad u dzieci."

      Elsie Widdowson (1906–2000):

      Pionierka dietetyki, uwielbiająca eksperymenty. Zwróciła kiedyś uwagę Robertowi McCance'owi na istotny błąd w artykule. McCance od razu zaproponował jej współpracę i od tej pory pracowali razem, jako równorzędni naukowcy.

      Wykonali zakrojone na szeroką skalę badania, których efektem była książka "Skład chemiczny produktów" - pierwsze kompendium wiedzy na ten temat, zawierające opisy 15 tysięcy różnych substancji i produktów.

      Odkryli ciekawy efekt: "że ludzie mogą funkcjonować prawidłowo, stosując dietę złożoną z zaledwie kilku składników, których było pod dostatkiem, jak kapusta, ziemniaki i chleb". Kiedy w czasie II wojny światowej konieczne stało się racjonowanie żywności, rząd promował ich dietę. W efekcie, dzięki odkryciu Widdowson i McCance'a "w żadnym okresie historii Anglii jej populacja nie odżywiała się tak zdrowo".

      Byli też nazywani twórcami nowoczesnego chleba (wzbogacanego wapniem).

      Ledwie lat przed Elsie Widdowson urodziła się...

      Gerty Radnitz Cori (1896–1957):

      Biochemiczka, laboratoryjny geniusz i tytan pracy. Wraz z mężem, Karlem, odkryli m.in. jak organizm przemienia glikogen w cukier. W 1947 roku otrzymali, wspólnie, Nagrodę Nobla.Zanim to jednak nastąpiło, całe zawodowe życie próbowano ją ignorować, jednocześnie zabiegając o jej męża, nie rozumiejąc (czy raczej udając niezrozumienie), że ich wyniki są wspólne, a jej rola niezbędna. Mieszkali w Stanach. Karl ostro walczył o jej równe traktowanie. Wybierał prace kierując się tym, jak (i czy w ogóle) wyobrażano sobie współpracę z Gerty. Niestety zdarzało się, że najlepszą ofertą było w ogóle łaskawe zatrudnienie także jej, na stanowisku pomocniczym z ograniczaniem jej dostępu do laboratorium. Dopiero po wielu latach uczelnia, gdzie byli zatrudnieni przyznała jej tytuł profesora, ale to też dopiero w momencie, kiedy próbując ją przejąć, z podobną propozycją wystąpiły dwie inne placówki. 

      Dorothy Crowfoot Hodgkin:
      Latami prowadziła na Uniwersytecie Oxfordzkim laboratorium krystalografii rentgenowskiej. Pracowała w uwłaczających warunkach, nie miała nawet co marzyć o zachowaniu podstaw BHP, a i tak osiągała nadzwyczajne rezultaty, uważane przez innych naukowców za nie do osiągnięcia.
      Opracowała strukturę cząstki penicyliny (wraz ze studentem, którego nazwiska dla odmiany nie podano w książce)."Odkrycie pozwoliło opracować nowe odmiany półsyntetycznej penicyliny i w następstwie tego upowszechnić rozwój i stosowanie antybiotyków."
      Pomimo ogromnego sukcesu naukowego, przekładającego się na życie i zdrowie ogromnej ilości ludzi, na tytuł profesorski na Uniwersytecie Oxfordzkim musiała czekać jeszcze jedenaście lat, na nowe laboratorium czekała lat dwanaście.
      Wykonała też trójwymiarowe odwzorowanie witaminy B12 (również uważane przez innych naukowców za niemożliwe).Tu także istotne znaczenie miała pomoc pewnego studenta, tym razem informatyki (jego nazwiska także w książce nie wymieniono).

      Kiedy w 1964 roku otrzymała Nagrodę Nobla z chemii, w jednej z gazet powiadomiono o tym bezmyślnym nagłówkiem: "Nagroda Nobla dla brytyjskiej żony".


      Fragmenty książki znajdziecie w artykule WO:

      http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/56,109835,21345799,upor-i-przekora-52-kobiety-ktore-odmienily-nauke-i-swiat,,6.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 13 lutego 2019 23:15
  • poniedziałek, 26 listopada 2018
    • Wigilia dniem wolnym od pracy?

      Trójosobowa rodzina świątecznie ubrana - ID 3810780 © Tatiana Mostovskaya | Dreamstime.com

      Gdybyśmy mieli wybrać tylko jeden dzień w roku, taki który koniecznie chcielibyśmy spędzić z rodziną, większość z nas wybrałaby 24 grudnia – Wigilię Bożego Narodzenia.

      Wprawdzie z religijnego punktu widzenia ważniejsze są 25 i 26 grudnia, ale społecznie liczy się przede wszystkim Wigilia. To właśnie w ten dzień chcielibyśmy być z rodzicami, z dziećmi, z mężem, z żoną, babcią, dziadkiem, siostrą, bratem. Jesteśmy w stanie wrócić do rodzinnego domu z końca świata, wydając majątek na bilet, żeby tylko zasiąść z bliskimi przy wigilijnym stole. Szczególnie, jeżeli obawiamy się, że to może być np. ostatnia Wigilia babci.

      Czy to zatem nie dziwne, że tak dla nas ważny, najbardziej rodzinny czas w całym roku, oficjalnie jest tylko zwykłym dniem pracy? I to wtedy, gdy dni mniej dla nas istotne są wolne? W tym kraju, żadne inne święto nie jest tak poważnie i powszechnie obchodzone. Tymczasem w świetle prawa akurat to jedno świętem w ogóle nie jest.

      Wielu z nas radośnie korzysta natomiast z tzw. „świąt pomostowych” traktując je tylko jako konieczny element kolejnego długiego weekendu. Nawet drugiego dnia świąt zwykle już tylko „umieramy z przejedzenia” przed telewizorem. A jednocześnie w dniu, na którym większości z nas naprawdę zależy, możemy w praktyce zostać zatrzymani w pracy, także w nadgodzinach.

      Zwykle pracodawcy rozumieją sytuację. Zdają sobie sprawę, że ani nie pojawi się wielu klientów, ani nie da się wiele załatwić, a pracownicy i tak będą myślami gdzie indziej. Dlatego albo ogłaszają wtedy dzień wolny, albo umawiają się z pracownikami na odpracowanie Wigilii innego dnia, a w ostateczności po prostu pozwalają ludziom wyjść wcześniej.

      Jednak nie zawsze tak jest. Pewnego dnia i my możemy trafić na szefa, który skorzysta z okazji i wyłącznie po to, żeby nam dokuczyć,w  ostatniej chwili, w Wigilię, zatrzyma nas w firmie. Z mobbingiem można oczywiście walczyć, ale przecież szef upierający się, żeby ktoś pracował w zwykły dzień pracy nie powinien nikogo dziwić.

      Przyczyną jednak nie zawsze jest mobbing, czasami wystarczy niedoinformowanie. Kiedyś, w jednej z instytucji państwowych, zapowiedziano pracownikom w Wigilię, że minister przyjdzie złożyć im życzenia, zatem nie powinni do tego czasu wychodzić. Zanim stało się jasne, że nikt do tych ludzi nie przyjdzie, minęła 20.00. Ci, którzy mieli dotrzeć na Wigilię do innych miast, dojechali dopiero w nocy.

      Przyczyną może być też niechęć do rezygnacji z choćby minimalnego zarobku. Jak inaczej wytłumaczyć wyludnione hipermarkety, w których w gruncie rzeczy niepotrzebnie, zmusza się kasjerów do pracy

      Oczywiście istnieją zawody, których praca także wtedy jest konieczna. Wiadomo, że muszą działać elektrownie, kolej, autobusy (oczywiście jeżdżące rzadziej), dyżurować muszą lekarze i strażacy (choć w dzisiejszych czasach pożary od choinek nie zdarzają się już tak często, jak w czasach naturalnych świeczek choinkowych. Istnieją też specjalizacje szczególnie ważne właśnie w Wigilię. Ponoć największy tłum jest wtedy na dyżurach laryngologicznych. Trzeba by też jakoś zorganizować kwestię dowiezienia na Wigilię osób niepełnosprawnych, korzystających ze specjalistycznego transportu miejskiego i na pewno da się też podać inne przykłady. Ale generalnie w większości zwykłych firm i tak w praktyce 24 grudnia nic się nie dzieje.

      Screen z pierwotnej, krótszej wersji tego artykułu, zamieszczonego na portalu Wiadomości 24 (W24) już w 2007 roku.Propozycja wolnej Wigilii jest podnoszona od dawna. Sama pierwotną wersję tego artykułu napisałam jeszcze w 2007 roku, dla Wiadomości 24.

      Możecie sobie zatem wyobrazić moje zdziwienie, kiedy w 2011 roku nowym dniem ustawowo wolnym od pracy uczyniono Święto Trzech Króli - z pewnością nie mające dla tylu Polaków aż tak wielkiego znaczenia, jak Wigilia. Na marginesie, kiedy kilka lat temu chciałam, korzystając z tego nowego święta, odwiedzić 6 stycznia mój lokalny kościół, to zastałam budynek zamknięty na cztery spusty. 

      Drugą opcją, którą można oddać za wolną Wigilię jest 26 grudnia. Nadal byłyby dwa świąteczne dni, tylko jedno święto rodzinne, a drugie kościelne.
      Nadal też ludzie po Pasterce mogliby się wyspać.

      O ile w ogóle trzeba za Wigilię jakikolwiek dzień oddawać. Pomyślmy:
      - W większości firm albo nikogo nie ma albo ludzie są właśnie na "pracowej Wigilii", a potem w większości idą do domu.
      - Prawie nigdzie nie da się dodzwonić i ciężko gdziekolwiek cokolwiek załatwić. 
      - W sklepach prawie nie ma klientów, a ci, którzy są, wpadają po maksymalnie kilka konkretnych rzeczy, mało kto robi akurat wtedy normalne, duże zakupy.
      - Kolejne urzędy ogłaszają, że będą nieczynne w Wigilię.
      - Szkoły mają przerwę świąteczną (co w zeszłym roku nawet stanowiło przyczynę konfliktu między MEN-em a nauczycielami, w związku z koniecznością zajęcia się dziećmi w czasie wolnym, kiedy ich rodzice musieli być w pracy).
      - Przedszkola mają przerwę świąteczną.

      Bądźmy szczerzy - kraj i tak wtedy prawie stoi, więc uwolnienie akurat 24 grudnia przyniesie wyjątkowo małe straty dla gospodarki, w porównaniu z uwolnieniem jakiegokolwiek innego dnia.

      Tymczasem dla większości Polaków właśnie ten dzień jest najważniejszym świętem w roku. Polskie prawo powinno to wreszcie uwzględnić.

      Dlatego Wigilia powinna zostać uznana za dzień ustawowo wolny od pracy.

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2018 22:30
  • niedziela, 11 listopada 2018
  • sobota, 16 czerwca 2018
    • Co czytać do Ulissesa?

      Zbiorcze zdjęcie Ulissesa i okołoulissesowych książekMam wrażenie, że część ludzi czytających Ulissesa męczy się nie dlatego, że w ogóle nie są w stanie przeczytać go ze zrozumieniem. Niektórzy potrzebują tylko na początku trochę pomocy. 

      Istnieją książki i materiały, które mogą czytanie Ulissesa znacznie uatrakcyjnić. Niektóre ułatwiają „zastartowanie” tym, którzy tego potrzebują (a mają szanse przeczytać książkę z przyjemnością, tylko bez pomocy nie potrafią wciągnąć się do zabawy).

      Niektóre warto przeczytać przed Ulissesem, inne najlepiej w trakcie pierwszego czytania, a są też takie, za które warto zabrać się dopiero przed kolejną lekturą dzieła Joyce’a. 

      Podpowiem Wam kilka przykładów.

      1) „Dublińczyk” Alfonso Zapico

      Książka

      Pięknie wydany komiks o życiu Joyce’a. Poznajemy tam realnych przyjaciół i znajomych genialnego Irlandczyka (część z nich pojawi się w "Ulissesie"). Czytamy o miejscach, książkach i wydarzeniach, które przetworzone też znalazły się w powieści. Śledzimy powstawanie utworu i jego niezwykłe losy. Wiedzieliście na przykład, że Ulisses to jedna z zakazanych książek, którą w USA komisyjnie spalono?

      Co ważne, komiks zdecydowanie nie jest peanem. Poznajemy człowieka z krwi i kości. Jeśli Joyce w czymś nabroił, to Zapico mu to uczciwie wytknął. Dostajemy historię prawdziwą, a nie lukrowaną laurkę.

      Warto przeczytać przed "Ulissesem" ale przyjemność sprawi na każdym etapie.

      Nie pomylcie „Dublińczyka” z innym komiksem Zapico - „Śladami Joyce’a”. To bardziej książka o przygodach samego ilustratora podczas zbierania materiałów do „Dublińczyka”. Dlatego nie przeceniałabym przydatności tego dziełka przy czytaniu "Ulissesa", choć znalazłam tam parę interesujących ciekawostek. Jako prawnika zaciekawiło mnie np. wyjaśnienie, czemu w "Dublińczyku" nie ma żadnego cytatu z "Ulissesa". Co akurat jest tym ciekawsze, że wkrótce po wydaniu książki dzieła Joyce'a przeszły do domeny publicznej.


      2) "Dublin z Ulissesem" Piotra Pazińskiego

      Ze środka książki

      Książka napisana jako rodzaj przewodnika po Dublinie śladami bohaterów eposu. Ma kilka przydatnych cech, dzięki którym może ułatwić jego lekturę. Bardzo pomocny byłby już nawet tylko sam słownik bohaterów "Ulissesa", który tam umieszczono. A to dopiero początek.

      Książka świetnie się nadaje do czytania równocześnie z "Ulissesem". Przed każdym epizodem warto zajrzeć do jego opisu u Pazińskiego. Zobaczycie tam zawsze mapkę, pokazującą, gdzie będziecie właśnie z bohaterami "Ulissesa" chodzić, przynajmniej kilka zdjęć, przybliżających okolicę, trochę objaśnień, fragment schematu opisującego poszczególne epizody, a przede wszystkim dowiecie się w ogóle, że właśnie jesteście w kolejnym epizodzie.

      Niestety epizody w żadnym z polskich wydań "Ulissesa" nie są wydzielone. Nie zamieszczono tam również (nawet jako dodatku, gdzieś z tyłu) słynnej rozpiski, schematu, wg którego podzielony jest "Ulisses". Szkoda. Byłoby o wiele wygodniej, gdyby spis treści samego "Ulissesa" uwzględniał podział na epizody, a na początku każdego z nich znalazł się, odnoszący się do niego, fragment schematu.

      Także dlatego "Dublin z Ulissesem" bardzo się Wam przyda, ponieważ tam te brakujące elementy znajdziecie.

      3) A co to za schemat i czemu jest taki ważny?
      Schemat rozpropagował wśród przyjaciół sam Joyce, żeby ułatwić im zrozumienie struktury eposu. Zgodnie z nim Ulisses dzieli się na 18 osobnych epizodów, które da się w książce wyodrębnić, jeżeli tylko wie się o ich istnieniu.

      Joyce spisał dwie wersje schematu. Od nazwisk obdarowanych nimi osób wyróżniamy schemat Linatiego z 1920 roku oraz schemat Gilberta z roku 1921.

      Zgodnie ze schematem, każdemu z epizodów przypisany jest epizod z „Odysei” Homera, a występującym w książce Dublińczykom przypisano role bohaterów „Odysei”. Do każdego epizodu Joyce przypisał również odrębną technikę narracji, inną naukę lub sztukę, a nawet część ciała i kolor. Przydatną częścią tej rozpiski jest też umieszczenie epizodów w konkretnym czasie, podział „Ulissesa” na godziny. Pamiętajmy, że akcja książki rozpoczyna się o 8:00 rano, a kończy ok. 3:00 w nocy.

      Wybór kolejnej książki wydaje się oczywisty.

      4) "Odyseja" Homera


      Zgodnie ze schematem Joyce'a  Odyseja stanowi rodzaj szkieletu „Ulissesa”. 

      Skoro każdy z epizodów Ulissesa nawiązuje do konkretnego epizodu z Odysei, a występujących w książce Dublińczyków Joyce łączy z bohaterami tego starożytnego poematu, to ciężko będzie ocenić ten aspekt i swobodnie z niego korzystać nie znając tak kluczowej inspiracji. Dlatego przed "Ulissesem" zdecydowanie warto przeczytać "Odyseję". 

      Dla zachęty dodam, że Odyseja - grecki epos, który ma już prawie 3000 lat, jest oczywiście dostępna, legalnie i za darmo, na Wolnych lekturach: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/homer-odyseja/

      Epos stanowi kontynuację "Iliady" -  historii wojny trojańskiej (składającej się głównie z chełpliwych przechwałek, kombinowania, kłótni, dzielenia "skóry na niedźwiedziu" oraz rozbudowanego opisu designerskich okryć poszczególnych wojów, a to wszystko przerywane od czasu do czasu walką.

      Odyseja jest o wiele ciekawsza. Tym razem śledzimy losy Odyseusza - greckiego króla i wojownika, wracającego, z przygodami, z wojny trojańskiej. Odyseusz przypadkiem nastąpił na odcisk Posejdonowi, władcy mórz, co uwzględniając fakt, że wracać miał drogą morską, poważnie mu ten powrót utrudniło, a czytelnikom (a wcześniej słuchaczom) zapewniło ciekawe, pełne magii i zanurzone w greckiej mitologii, opowieści.

      Trzeba mieć świadomość, że za czasów Joyce'a Odyseja Homera była tak popularna, jak dziś "Gwiezdne wojny" czy "Gra o tron". Ale, że nie stała za nią żadna korporacja, to była  na różne sposoby przetwarzana, wykorzystywana przez twórców. Stanowiła wówczas chętnie wykorzystywane źródło inspiracji. Joyce po prostu wpisał się w ten popularny nurt, paradoksalnie, mając szanse dotrzeć dzięki temu pomysłowi do większej grupy czytelników.

      Obecnie Odyseja jest niezbyt często czytanym, starożytnym tekstem. Ale powiedzmy sobie szczerze - ile to jest sto lat różnicy dla eposu mającego tych lat prawie trzy tysiące. Odyseja nie stała się przez ten czas mniej zrozumiała, czy mniej aktualna. Straciła natomiast swoją sławę.

      Od razu ostrzegę, że trochę Was może zdziwić brak bezpośrednich nawiązań, czy inaczej fakt, że Odyseja nie przekłada się bezpośrednio na Ulissesa. Dostrzeżenie niektórych powiązań wymaga wyjątkowo dużo dobrej woli. Odys latami, desperacko stara się latami wrócić do domu z wojny trojańskiej. Bloom wychodzi po prostu rano z domu, spaceruje po mieście, załatwia swoje sprawy i świadomie dociera do domu po północy. Na Odysa czeka w ojczyźnie żona Penelopa - wzór wierności z Sevres, dzielnie opierająca się zalotnikom, nakłaniającym ją do ponownego ożenku.  Sytuacja nieporównywalna z dniem spędzonym przez Molly - żonę Blooma. Chyba tylko o tyle, że obie nie ruszały się z domu. Rolę Telemacha - syna Odysa i Penelopy, przypisuje się w "Ulissesie" Stefanowi Dedalusowi, który miał zupełnie innych rodziców, rolę syna Blooma może zatem pełnić najwyżej symbolicznie itd.

      Co nie zmienia faktu, że byłoby wspaniale, gdyby pojawiło się w Polsce wydanie Ulissesa podzielone na rozdziały, uwzględniające zastosowany przez Joyce'a, nieoficjalnie, podział na rozdziały nawiązujące do epizodów z "Odysei". Za granicą takie wydania istnieją i czyta się je bez wątpienia wygodniej.

      5) "Portret artysty z czasów młodości" Jamesa Joyce'a

      Oba tłumaczenia książki Joyce'a: Portret artysty z czasów młodości i Portret artysty w wieku młodzieńczymPonieważ Stefan Dedalus, jeden z głównych bohaterów "Ulissesa" to alter ego samego Joyce'a, a "Portret artysty z czasów młodości" to książka nie bez powodu uważana za autobiograficzną, bez wątpienia warto ją przeczytać. Po prostu w "Ulissesie" znajdziemy tyle wątków i skojarzeń, że każda pomocna dłoń się przyda. A dzięki "Portretowi" rozpoznamy nawiązania do ludzi i wydarzeń z przeszłości Joyce'a, z którymi mogliśmy się w tej książce zapoznać. Będziemy znali już choćby rodzinę Stefana, księży z jego szkoły i parę innych osób.

      Dodatkowo "Portret" ułatwi nam zanurzenie się w klimacie, przyjrzenie się z bliska warunkom życia, zrozumienie sposobu myślenia ówczesnych Irlandczyków, ich zróżnicowane podejście do religii i polityki. Zaskakujące, ale niektóre sytuacje świetnie się przekładają na konflikty istniejące we współczesnej Polsce, np. rozmowa przy stole na temat biskupów i Parnella. Tak czy inaczej sposób myślenia Stefana z "Ulissesa", wcześniejsze przeżycia, wpływy itd. dzięki "Portretowi" jesteśmy w stanie poznać w wersji bardziej czytelnej. 

      Sięgając po tę książkę warto wiedzieć, że w Polsce przez wiele lat mieliśmy tylko jedno, za to świetne, tłumaczenie podpisane jako Zygmunt Allan, jeszcze z lat 30-tych. Istnieje teoria, że pod tym pseudonimem ukrywał się Jan Parandowski (autor słynnej "Mitologii"). Argumentem miałyby tu być podobieństwa między jego "Niebem w płomieniach" a właśnie "Portretem" Joyce'a. Tłumaczenie Allana też było poprawiane, zatem np. między wydaniem jeszcze z lat 50-tych a z lat 90-tych, można dostrzec różnice choćby w zapisie imion - pierwotnie wszystkie imiona były spolszczane, a później najwyraźniej wydawca zmienił je na anglojęzyczne. Zostawiając jednak Stefana, przez co obok Charlesa i Simona pojawia się nagle np. forma Stefku. Zakładam, że tłumacz tych zmian nie dożył. Dwa lata temu natomiast pojawiło się całkiem nowe tłumaczenie - Jerzego Jarniewicza, pod zmienionym tytułem "Portret artysty w wieku młodzieńczym". Warto zatem wiedzieć, że oba te tytuły są prawidłowe i wybrać sobie tłumaczenie.

      6) "Dublińczycy" Jamesa Joyce'a


      Kolejna książka, która pozwala nam w łatwiejszej formie poznać pojawiających się w "Ulissesie" ludzi nieco bardziej prywatnie.

      Bohaterowie "Dublińczyków" występują tam bowiem jako postacie drugoplanowe, więc będziemy już wiedzieć np. jakim łajdakiem jest Lenehan, jak przyjaciele sprytnie odmienili życie Kernana, czy jak Bob Doran poznał swoją żonę. Te szczegóły nie są kluczowe, ale "Dublińczycy" stanowią doskonałe tło dla "Ulissesa", pokazując miasto i jego mieszkańców z bliska, bez owijania w bawełnę.

      Widzimy prowincjonalne miasto biednych, często zapijaczonych albo wariujących ludzi, obdartych dzieci, wykorzystywanych kobiet, mężczyzn wyładowujących swoje frustracje na rodzinie. Po paru opowiadaniach, jeśli w kolejnej osobie kiełkuje nadzieja, podświadomie czekamy na moment, kiedy znowu zostanie brutalnie zmiażdżona.

      Tak, Dublin na przełomie wieków nie był tym otwartym, radosnym, pełnym perspektyw miastem, co teraz. Był czarną dziurą i Europą B. "Dublińczycy" pozwalają nam dostrzec i ten aspekt. Warto i ich przeczytać jeszcze przed "Ulissesem".

      7) "Irlandia. Celtycki splot" Małgorzata Goraj-Bryll i Ernest Bryll


      A to dla odmiany ogromnie przyjemna w odbiorze książka. Pozwala zanurzyć się w klimacie Irlandii, w szczególności Dublina i co dla nas ważne, ma mnóstwo literackich odniesień, przede wszystkim do "Ulissesa" i Joyce'a. Zauważyłam nawet, że ludzie, którzy nie znali "Ulissesa" mieli problem przy czytaniu. Dla osób zainteresowanych tematem to dla odmiany prawdziwa uczta.

      Większość książki wzięła na siebie Małgorzata Goraj-Bryll - ponieważ dotarła do Irlandii jako żona polskiego ambasadora, to miała dostęp do miejsc i ludzi niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, co skrzętnie wykorzystywała, dzieląc się z nami doświadczeniami i fotografiami.

      Z drugiej strony miała zwyczaj pchać się w miejsca, których ludzie zwykle unikają, na czym też zyskała książka. A jednocześnie mogliśmy czerpać z jej wiedzy tłumaczki literatury irlandzkiej, stąd też w książce tyle różnorakich odniesień literackich.

      Wśród atrakcji - uczestniczymy w Bloomsday (imprezie śladami "Ulissesa" odbywającej się w Dublinie co roku 16 czerwca, w dniu, w którym zamknięte są wydarzenia z książki, bierzemy udział w rozmowach z osobami powiązanymi z Joyce'em i jego dziełami, poznajemy pełno  ciekawostek.

      Książka na pewno sprawi dużo frajdy osobom, które już znają "Ulissesa", przyjemnie będzie się ją też czytało jednocześnie, a czy wcześniej? Moim zdaniem tak, o ile ktoś zaczyna się już "Ulissesem" interesować.

      Harfa na stronach książki

       

      8) "Labirynt i drzewo" Piotr Paziński


      A to już opracowanie zdecydowania wymagające przeczytania "Ulissesa" wcześniej, pierwszy raz. Za to bardzo przydatna przed kolejnymi czytaniami.

      Znajdziecie w niej całe mnóstwo informacji o inspiracjach, z których korzystał Joyce. Do tego ogrom wiedzy o nawiązaniach literackich, filozoficznych, czy nawet naukowych.

      Przeanalizujecie ciekawe interpretacje i te zbyt już oderwane od rzeczywistości (jak choćby próba dopatrywania się podobieństw między spotkaniem Blooma i Stefana ze spotkaniem Dantego i Beatrycze).

      Poznacie całą masę ciekawostek. Dowiecie się, że np. "Ulisses" wcale nie był w tym czasie jedyną powieścią miejską, będziecie mieli okazję zainteresować się bliżej napisanym wcześniej "Petersburgiem" Andrieja Biełego czy po kilka lat później "Manhattan Transfer" Johna Dos Passosa i "Berlin Aleksanderplatz" Alfreda Doblina.

       Z "Labiryntu" dowiecie się, czym dokładnie jest ten strumień świadomości i monolog wewnętrzny, jak mają się do siebie oba te wyrażenia i jaki był sens ich zastosowania.

      Poznacie  Edouarda Dujardina, francuskiego symbolistę, który zainspirował Joyce'a, Zacka Bowena, który rozszyfrował muzyczne aluzje z "Ulissesa". Przeczytacie ważne dla książki nawiązania do Arystotelesa, Strabona, Eratostenesa, a nawet to Talmudu i Tory. Przestudiujecie też szczegółowe rozważania na temat poszczególnych epizodów, występujących w książce postaci itd.

      Z "Labiryntem" warto się zatem zapoznać raczej czytając "Ulissesa" już kolejny raz. Każdy natomiast może skorzystać z rady Piotra Pazińskiego i "poświęcić na lekturę więcej czasu i uwagi, niż wymaga tego przebiegnięcie od pierwszej do ostatniej strony".

       

      Marta Wieszczycka

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      sobota, 16 czerwca 2018 22:26
  • poniedziałek, 18 grudnia 2017
    • Kot kontra choinka - co robić

      Kot podgryzający choinkę, ID 63302055 © Oxygen2608 | DreamstimeŚwiąteczny horror kociarza - kot biega po choince i wszystko zrzuca, tłucze bombki i tylko czekać, aż poprzegryza kabel od lampek albo przewróci całe świąteczne drzewko.

      Czy da się tego uniknąć? Nie wiem. Spróbujmy.

      Pomysł I
      Zmień kłopotliwe ozdoby na bezpieczne
      Jest przecież tyle pięknych, innych, możliwości.

      Usuń:
      - łatwe do stłuczenia szklane bombki,
      - ozdoby z łatwymi do odgryzienia plastikowymi czy metalowymi elementami,
      - włos anielski i wstążki, żeby kot ich nie zjadł

      Pierniczek w kształcie dzwonka, wiszący na choince, fot. Marta WieszczyckaWybierz lepiej:
      -pierniczki,
      -ozdoby drewniane (najlepiej z jednej części)
      -ozdoby materiałowe (też bez łatwych do odgryzienia części)
      -ozdoby zrobione na szydełku (ale bez szklanej bombki w środku)

      Mam trochę wątpliwości co do ozdób ceramicznych. Są oczywiście trwalsze od szklanych bombek, ale jeśli upadną z większej wysokości, szczególnie na terakotę, to może im się odtłuc kawałek.

      Niezależnie od ozdoby warto też uważać na mocowanie. Jeśli kot zrzuci nawet nietłukącą się zabawkę (bo dla kota to wszystko są zabawki), to może jeszcze odgryźć sobie i zjeść mocowanie. Dlatego warto pomyśleć o takim mocowaniu, żeby kot nie mógł danej rzeczy odczepić od choinki. A jeśli nie jesteśmy w stanie tego uniknąć, to unikajmy chociaż mocowań plastikowych, czy z innych sztucznych, niebezpiecznych materiałów.

      Pomysł II
      Lampki choinkowe na baterie.

      Lampki na baterie pozwolą uniknąć kabli majtających się od choinki do kontaktu, czasem jeszcze z przedłużaczem.

      Pomysł III
      Ledowe lampki choinkowe
      Lampki ledowe zużywają na tyle mało prądu, że nawet jeśli kot jednak by taki kabel przegryzł, to napięcie będzie w nim znacznie mniejsze niż w kablu z tradycyjnymi lampkami, dzięki czemu zachowamy nieuszkodzonego czworonoga. 

      Istnieją lampki jednocześnie ledowe i na baterie. W tym roku będziemy je wypróbowywać.

      Pomysł IV
      Wybierz choinkę naturalną
      Trudno powiedzieć, czy lepszy będzie kłujący świerk, dzięki działaniom ostraszającym, czy niekłująca w razie czego dla układu pokarmowego jodła. Ale naturalna choinka, to zawsze mniejsze ryzyko, że kot zje w Święta kawałek plastiku.

      Pomysł V
      Oswojenie kota z choinką

      Na zdjęciu, podczas etapu II Diana - imię od zamiłowania do polowań, co daje pewien obraz choinkowego problemu ;) Przygarnęliśmy ją jako malutką sierotkę, dożyła u nas 22 lat, fot. Marta WieszczyckaMy mamy rodzinną, tradycyjną metodę, zmniejszającą kocie szaleństwo.

      Etap I - kładziemy choinkę na ziemi i niech kot się bawi. Może tak leżeć nawet z 2 godziny (choinka).

      Etap II - jak mu się leżąca choinka znudzi, to ją bez niczego stawiamy i niech kot dalej się bawi. 

      Etap III - jak i stojąca, nieubrana choinka się kotu już trochę znudzi, to dopiero organizujemy resztę placu zabaw ;) Wg zasad z pozostałych pomysłów.

      Na zdjęciu, podczas etapu II, nasza poprzednia kotka Diana - imię od zamiłowania do polowań na wszystko, co się rusza i nie rusza, co daje pewien obraz choinkowego problemu. Przygarnęliśmy ją jako malutką sierotkę, dożyła u nas 22 lat.

      Pomysł VI
      Przymocuj choinkę

      Stabilna choinka oznacza coś całkiem innego, jeśli nie wpływają na nią żadne siły, a co innego, jeśli biega po niej kot. Przymocuj, np. przywiąż, świąteczne drzewko dodatkowo do czegoś stabilnego. Ustaw je w takim miejscu, żeby te dodatkowe zabezpieczenia nie były zbyt widoczne.

      Pomysł VII
      A może zamiast choinki tradycyjna polska podłaźniczka?

      Przedwojenna pocztówka świąteczna, a na niej anioł z prezentami (w niektórych regionach kraju, np. w Małopolsce prezenty na Boże Narodzenie przynosi aniołek) oraz tradycyjna, polska, podwieszana pod sufitem podłaźniczka

      Na zdjęciu przedwojenna pocztówka świąteczna, a na niej anioł z prezentami (w niektórych regionach kraju, np. w Małopolsce prezenty na Boże Narodzenie przynosi aniołek) oraz tradycyjna, polska, podwieszana pod sufitem podłaźniczka.

      Czy to pomoże? Mam nadzieję.

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kot kontra choinka - co robić”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 grudnia 2017 03:09
  • sobota, 11 listopada 2017
  • poniedziałek, 30 października 2017
    • W Polsce rysownicy już opisują obrazki i komiksy niewidomym

      Otwarta książka pisana alfabetem Braille'a leży w ciemności, ale jest oświetlona niebieskim światłem jak z komputera, a na niej wielki znak @ - całość to dobry symbol dostępności w Internecie - ID 18050159 © Ginasanders | DreamstimeDobra wiadomość dla osób niewidomych!
      Rysownicy zaczęli opisywać swoje obrazki i krótkie komiksy.
      U nas, w Polsce.

      Ale niewidomi są rozproszeni, dlatego trzeba do nich dotrzeć z tą informacją.

      Są rozproszeni, jak każda inna grupa, którą łączy tylko jedna przypadkowa cecha i nie jest nią bliskie sąsiedztwo. 

      W gruncie rzeczy niewiele trzeba, żeby niewidomi przestali być wykluczeni z przestrzeni elektronicznej, ale żeby dobre efekty się rozpowszechniły musimy najpierw dotrzeć do jak największej ilości osób niewidomych. Dzięki temu rysownicy, którzy zmienili podejście, dostaną odpowiedź zwrotną, zobaczą, że to co robią ma sens. Wtedy, mam nadzieję, dołączą do nich inni.

      Każdy z nas zna kogoś, kto jest niewidomy albo kogoś kto zna osobę niewidomą. Naprawdę.

      Wracając do rysowników. Kiedy Maria Apoleika, twórczyni Psich sucharków dowiedziała się, że są ludzie, dla których wszystkie jej pomysły są niedostępne, ale można to zmienić opisując rysunki, postanowiła coś z tym zrobić. Zaczęła opisywać swoje komiksy i rozmawiać z innymi rysownikami. 

      Tak zdecydowały się kolejne osoby. Efekt? Możecie śmiało zaglądać na:

      - Psie sucharki - popularne rysunki i krótkie komiksy o psach, życiu psów i życiu z psami, czasem zabawne, czasem dające do myślenia;

      - Rynn rysuje - również znane i lubiane rysunki i krótkie komiksy o życiu, w tym wiele o kotach, czasem zabawne, czasem dające do myślenia, a czasem z wykorzystaniem ciekawych gier słownych;

      Pod kreską - biolog i ilustratorka tworzy tuszem i akwarelą realistyczne rysunki ptaków, ale też zabawne obrazki i komiksy z ptakami i o życiu;

      Imana - minikomiksy zawierające spostrzeżenia z życia codziennego i dialogi wewnętrzne;

      - Nie mogę, trzymam dziecko - popularne zabawne rysunki o życiu z dzieckiem oczywiście;

      - Asperger rysowany - rysunki o życiu z zespołem Aspergera, obśmiewające związane z tym stereotypy i pokazujące, jak różne sytuacje wyglądają z perspektywy osoby z Zespołem Aspergera;

      - Torbacz Wombat - rysunki i krótkie komiksy z przygodami tego milutkiego misiowatego torbacza  (przedstawionego tu jako miłośnika ciepłych ubranek i ciasteczek) oraz jego przyjaciół.

      - I LO im. Jeronimo Martinsa - grupa z żartami o Biedronce i świeżakach.

      A na koniec bardzo przydatna grupa, z założenia służąca usuwaniu wykluczenia niewidomych, czyli:

      - Opisujemy niewidomym - gdzie osoby niewidome mogą wrzucać zdjęcia i obrazki do opisania, zdarzają się (niestety to nadal bywa problemem) nieopisane zdjęcia z gazet, z tekstem wpisanym w zdjęcie. Pojawiają się rysunki, piękne fotografie, memy, ale zdarzają się też zdjęcia odjeżdżającego pociągu, z którego trzeba odczytać numer, prośby o napisanie, co widać na filmiku, czy o odczytanie rysunkowej instrukcji. Można tam również wrzucić ciekawe zdjęcie, obrazek czy mem i od razu opisać je niewidomym.

      Dodane później (liczę, że ten fragment będzie rósł):

      - Anna Teodorczyk ilustracje - przemyślenia na temat codzienności i przygody Dolara, pieska autorki.

      - Mężczyzna spełniony - zabawna strona, ironicznie pokazująca na męskich przykładach, jak absurdalnie brzmią stereotypowe wyobrażenia na temat kobiet, 

      Reasumując:

      Jesteś rysownikiem?
      Weź przykład i też zacznij opisywać swoje rysunkowe żarty czy obrazy. Nie wykluczaj osób niewidomych.

      Jesteś osobą niewidomą?
      Enjoy! Koniecznie też pokaż osobom, które zmieniły swoje nastawienie, że było warto, daj im znać, że to ma znaczenie. A samą informację "podaj dalej".

      Jesteś dziennikarzem, Twoje materiały są dostępne w Internecie?
      Możesz uznać, że to dobry temat na artykuł. Ale nawet jeśli nie, to wystarczy, jeśli przypilnujesz, żeby zdjęcia w Twoich materiałach były naprawdę podpisane. Podpis "naklejony" na zdjęcie wyklucza niewidomych. Oni nie są w stanie tego odczytać. 

      Kimkolwiek jesteś - przekaż tę informację. Bo każdy z nas ma w swoim, choćby dalszym, otoczeniu jakąś osobę niewidomą, nawet jeśli o tym nie wie. 

       

      __
      Na wszelki wypadek, gdyby pojawiły się problemy z odczytaniem opisu obrazka, kopiuję go tutaj:

      Otwarta książka pisana alfabetem Braille'a leży w ciemności, ale jest oświetlona niebieskim światłem jak z komputera, a na niej wielki znak @ - całość to dobry symbol dostępności w Internecie. ID 18050159 © Ginasanders | Dreamstime

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 października 2017 00:53
  • piątek, 09 czerwca 2017
    • Masa śmiechu od braci Czechów

      Ostatnia Arystokratka, Evzen Bocek"Ostatnia arystokratka" - książka, na której płakałam ze śmiechu. Nie bez powodu została uznana w Czechach za najśmieszniejszą książkę roku.

      Właśnie zwrócono majątki czeskim arystokratom. W ten sposób rodowy zamek odzyskał pewien zapomniany daleko w Stanach hrabia ze swoją amerykańską żoną i opisującą całą historię córką - Marią.

      Perypetie hrabiowskiej rodziny Kostków z Kostki, od próby przemytu prochów przodków w torebkach po orzeszkach, przez próby utrzymania się w nowym kraju dzięki zostaniu atrakcją dla turystów do... a zresztą sami poczytajcie.

      O "Ostatniej Arystokratce" dowiedziałam się przypadkiem. W kolejce jakiś człowiek cały czas trząsł się ze śmiechu, właśnie to dziełko czytając. Dla mnie to była najlepsza rekomendacja książki do pośmiania się i ja się nie zawiodłam.  Jest świetna. 

      Arystokratka w ukropie, Evžen Boček"Arystokratkę w ukropie" normalnie też uznałabym pewnie za prześmieszną, gdyby nie to, że jako druga część podlegała naturalnym porównaniom i wypadła jednak na niekorzyść. Ale że pierwszy tom kończy się w zasadzie w połowie historii, to i tak warto ją przeczytać. Szczególnie, że przyznając uczciwie, ona też zapewniła mi mnóstwo śmiechu. Historie z życia zgryźliwego kasztelana, sabotującego wszelkie próby przyciągnięcia turystów do zamku, despotycznej menedżerki, kucharki nie wylewającej za kołnierz, ogrodnika hipochondryka, zwariowanej córki rodzinnego adwokata, dwóch tradycyjnie hodowanych na Kostce wielkich, niewychowywalnych psów i oczywiście uczącej się nieporadnie arystokratycznego życia hrabiowskiej rodziny, nadal potrafiły rozbawić do łez. W zamku wciąż najnowocześniejszą częścią jest pohitlerowski apartament Himmlera, jeszcze z kafelkami w swastyki, a naszych bohaterów czeka zwielokrotniona na potrzeby turystów kolacja wigilijna i wyjazd na spęd arystokracji, gdzie mocno ich zaskoczy książę Schwanzenberg, jedyna w książce postać autentyczna. Maria stara się w środku tego szaleństwa nie zwariować, co nie jest takie łatwe, szczególnie że zgodnie z rodową klątwą w zasadzie powinna już nie żyć.

      Dziennik Kasztelana, Evžen Boček"Dziennik kasztelana"
      A potem nagle okazało się, że Arystokratki napisał facet. Pierwszy szok, bo przecież obie to dzienniki nastolatki. Facet, który pracował jako kasztelan na zamku w Miloticach. Drugi szok, bo przecież w Arystokratkach najbardziej nieprzydatną osobą w całym zamku jest leniwy, odstraszający turystów kasztelan właśnie.

      Na marginesie, świetne zdjęcie zamku w Miloticach, w odróżnieniu od folderowych fotografii idealnie wpasowujące się w klimat Arystokratek, z tymi wszystkimi tablicami dla turystów przy wejściu, możecie obejrzeć TUTAJ.

      Co ciekawe, "Dziennik kasztelana" został na początku wydany... pod pseudonimem. Prawdopodobnie chodziło o opisy korupcji i małomiasteczkowych układów, które momentami się tam pojawiały, bo chyba nie o wydarzenia sprawiające, że ta książka to w zasadzie powieść grozy. Trzeci szok, ponieważ wszystko to, co w Arystokratkach stanowiło jedynie naciągany lep na turystów, wszelkie te wymyślone historie o duchach i nawiązania do zjawisk paranormalnych, w "Dzienniku Kasztelana" dzieją się naprawdę. 
      Zabawne, ale prawdziwe okazały się nawet teksty piosenek o chorobach, tworzone przez ogrodnika hipochondryka. Pisał je sam autor, dla pewnego zespołu rockowego.

      Aristokratka na koni, Evžen Boček"Te piosenki istnieją naprawdę! Jakieś dwadzieścia pięć lat temu mieliśmy taką quazi-rockową kapelę i śpiewaliśmy te piosenki na koncertach. "Piasek w nerkach" był w swoim czasie hitem w okolicy" - stwierdził sam Evžen Boček w wywiadzie dla portalu Lubimy czytać. Do tego wywiadu warto zajrzeć jeszcze z jednego powodu. W środku zamieszczono obszerny fragment "Ostatniej arystokratki". Kończy się wprawdzie przed najśmieszniejszym kawałkiem, ale i tak sprawdzicie sobie od razu, czy w ogóle pasuje Wam ten typ absurdalnego humoru.

      Na koniec dobra wiadomość dla osób, którym spodoba się seria o Arystokratkach. Autor obiecał trzecią część i słowa dotrzymał. W Czechach została wydana "Aristokratka na koni". W tej sytuacji możemy już tylko czekać, aż wydawnictwo Stara Szkoła przygotuje polskie tłumaczenie. Przy okazji zwróćcie uwagę na całkiem inny, znacznie bardziej stonowany styl okładek czeskiego wydania. Przyznam, że do mnie chyba jednak bardziej przemawia pomysł Czechów. Z drugiej strony, może naprawdę mamy aż tak inny rynek, że prosta okładka z wzorem starej, zabrudzonej tapety by się u nas zwyczajnie nie przebiła?

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 09 czerwca 2017 11:26
  • piątek, 11 listopada 2016
    • A propatriotyczny przemysł nadal w Polsce zakazany

      Barwy narodowe załącznik do ustawy o godle, barwach i hymnie RPRok w rok sprawdzam, czy nic się nie zmieniło. I nic.

      Władza się zmieniła, usta ma pełne patriotycznych frazesów. I nic.

      Polska nadal jest krajem, w którym nie można legalnie produkować w celu sprzedaży flag* czy koszulek, czapeczek, wpinek itd. z godłem czy flagą. 

      Polscy przedsiębiorcy kombinują, jak za jakiejś okupacji, czy pod innymi zaborami.

      Jeśli już produkują, to pilnują się jak mogą, żeby przypadkiem nie wyprodukować niczego zgodnie ze wzorcem. Starają się przerobić kolor (żeby była jakaś czerwień, ale jakby co, to nie taka, jak w załączniku do ustawy).

      Niektórzy wykorzystują wyjątek o wersjach stylizowanych lub artystycznie przetworzonych.

      Tylko w Polsce da się trafić na rozmowy ludzi, którzy muszą traktować jako wzorce negatywne te wszystkie wzory pokazujące, jak nasze symbole narodowe powinny być prawidłowo przedstawiane.

      Propatriotyczne gadżety można też zamówić za granicą. Bo Słowak czy Chińczyk może u siebie polskie symbole na różnych przedmiotach umieszczać. 

      A polski przedsiębiorca może bezkarnie produkować flagi amerykańskie, niemieckie, francuskie, rosyjskie. Byle tylko polskich nie produkował, bo to zabronione.

      Opisuję ten temat już szósty rok. Od tego czasu sprawa tego przepisu nawet zajęła polityków, kiedy okazało się, że PZPN nie może przez niego handlować koszulkami piłkarskimi na Euro. Ówczesny Prezydent z dumą doprowadził do "zmiany". Wprowadzono specjalne ominięcie tego przepisu dla PZPN-u itp. żeby bez obaw mogli na Euro i nie tylko koszulkami handlować.

      Ale żeby usunąć przepis, który jest po prostu głupi? Nie, po co. Dziennikarze i tak się nie zorientują, a ludzie tym bardziej.

      Temat wrócił w ostatniej debacie prezydenckiej. I tu nowy Prezydent też mnie zawiódł. Przecież to prawnik, mógł dokładnie obśmiać absurdalną "zmianę" przepisów. Zrobił to? Nie.
      Opowiadał zamiast tego coś o czekoladowych orłach, jakby to było głównym problemem.

      Nowa partia jest u władzy już od roku. Chętnie odnosi się do patriotyzmu w wypowiedziach.
      Czy zrobili coś z art. 16.1? Nie. W ustawie o godle, barwach i hymnie RP nadal można przeczytać:

      Art. 16.
      1. Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.
      2. Dozwolone jest umieszczanie na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego godła lub barw Rzeczypospolitej Polskiej w formie stylizowanej lub artystycznie przetworzonej. 

      A biedni przedsiębiorcy nadal kombinują, jak tu ominąć głupi przepis, skoro sprzedawać propatriotyczne gadżety da się w Polsce tylko stylizowane lub artystycznie przetworzone. Albo odkupione od producenta z Chin czy chociaż ze Słowacji.

      Poniżej moje wpisy na ten temat z poprzednich lat:

      - 2011 rok - "Patriotyzm zakazany... w Polsce" - opis problemu

      - 2012 rok - "Żałosny epilog na Święto Niepodległości"  - opis żałosnej niby zmiany, którą przed Euro ominięto ten przepis tylko na potrzeby PZPN-u itp. - 

      - 2013 rok -  "Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce" - ogólnie przypomniałam problem z art. 16.1 (ile można pisać o tym samym) odniosłam się do akcji "Orzeł może" i próbowałam tłumaczyć, że nasz patriotyzm może być radosny w naszych prawdziwych barwach, nie trzeba ich zmieniać na różowe

      - 2014 rok - "Patriotyzm w Polsce nadal zakazany" - nawiązanie do oburzającej sprawy procesu producenta zgaszonych naszywek oraz powtórne objaśnienie absurdalnej sytuacji prawnej w kwestii propatriotycznych gadżetów.

      -2015 rok - "Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany" - kolejne ogólne przypomnienie problemu z odniesieniem do wcześniejszych wydarzeń oraz do aktualnej wówczas debaty prezydenckiej.
       

      *Słowa "flaga" używam w powszechnym rozumieniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 11 listopada 2016 18:58
  • środa, 11 listopada 2015
    • Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany

      Fotografia inspirowana polskimi barwami narodowymi, fot. Marta WieszczyckaPolska dawno jest niepodległa, a przemysł propatriotyczny nadal zakazany. Politycy się zmieniają, komunizmu już dawno nie ma, a tymczasem...

      W Polsce nie wolno produkować w celu sprzedaży:

      • wpinek, pierścionków, wisiorków i innej biżuterii z orzełkiem czy flagą państwową,

      • koszulek ani czapek z polską flagą lub godłem (poza kopiami ciuszków sportowców, na których zarabiają PZPN itp.)

      • samych polskich flag,

      • śpiewników czy CD z hymnem narodowym.

      Polak może je tylko sprzedawać, kiedy np. Czech czy Niemiec wyprodukuje je wcześniej legalnie, bo za granicą. Sam ich wyprodukować nie może, bo złamałby... polskie prawo.

      Oto dowód:
      Art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie*
      Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.

      A te symbole to... 
      Art. 1.1. Orzeł biały, biało-czerwone barwy i "Mazurek Dąbrowskiego" są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej. 

      A naruszanie przepisów tej błędnie skonstruowanej ustawy grozi grzywną do 5 tysięcy zł albo aresztem.
      [Art. 49 § 2 Kodeksu wykroczeń]

      Czy nasi posłowie wierzą, że Polacy są trędowaci i nie powinni dotykać się do produkcji przedmiotów, na których zamieszcza się polskie symbole narodowe?

      Czy może myślą, że Polska nadal jest pod jakąś okupacją, a oni muszą reprezentować okupanta?

      Na pewno nie ma żadnego racjonalnego powodu dla istnienia tego przepisu. Komuniści, wprowadzając go lata temu, może swoje powody mieli. Władze całkowicie niepodległego kraju powinny go natychmiast usunąć.

      W zasadzie to jest tekst rocznicowy. Już piąty rok z rzędu w Święto Niepodległości opisuję jeden, absurdalny przepis, sprzeczny z ideą niepodległości.
      Jak dotąd nic się nie zmieniło.

      W tym roku próbowałam już nawet dotrzeć do polityków startujących w wyborach prezydenckich. Przygotowałam materiał opisujący bezmyślne działanie jednego z kandydatów, który jako Prezydent z wielkim hukiem doprowadził do zmiany aż dwóch różnych ustaw tak, żeby zakaz propatriotycznej produkcji zachować, zapewniając jednocześnie PZPN-owi i podobnym organizacjom możliwość handlowania sportowymi koszulkami na Euro 2012.

      Link do tamtego tekstu wrzuciłam na profile FB wszystkich kandydatów, ale to też nie pomogło.

      Co ciekawe, ten temat został nawet poruszony podczas debaty prezydenckiej Komorowski kontra Duda**. 
      Ówczesny Prezydent Komorowski oczywiście pysznił się dokonaną "zmianą", do której doprowadził i pytał przyszłego Prezydenta Dudę, czemu ten nie głosował za jego, niby taką świetną, propozycją.

      Duda mógł to spokojnie wykorzystać do wykazania, na prostym przykładzie, niekompetencji swojego interlokutora. Zamiast tego zasłonił się czekoladowym orłem.

      Komorowski zarzucił wtedy Dudzie "Albo pan po prostu nie potrafi uszanować, uznać, że jest ustawa dobra, bo nie jest pana środowiska politycznego, albo pan po prostu dostaje dyspozycje od swojego szefa partyjnego i pan ich bezmyślnie wykonuje."

      Niestety obawiam się, że mógł mieć rację, tylko z innych przyczyn niż te, które miał na myśli.

      Przecież Duda jest prawnikiem. Gdyby przeczytał ten projekt i przeczytał przepis, który jest dzięki temu projektowi omijany na potrzeby kilku organizacji, to wiedziałby, że ma w ręku argument potwierdzający brak umiejętności legislacyjnych swoich przeciwników albo ich złą wolę. A nie wiadomo, co gorsze. 

      Wtedy, oglądając debatę, skonstatowałam ze smutkiem, że... Duda najwyraźniej nawet nie zainteresował się tą zmianą i prawdopodobnie rzeczywiście ograniczył się tylko do wiedzy, że przeciwna partia chce coś zmienić. Nawet nie sprawdzając, czy ta zmiana nie jest przypadkiem bardzo złą ustawą.
      W tym momencie dotarło do mnie, że między kandydatami jednak nie ma aż tak wielkiej różnicy.  Obawiam się, że nie będziemy mieć żadnej korzyści z Prezydenta prawnika, jeśli ten nie będzie ze swoich umiejętności korzystał.

      To już wszystko, co zdarzyło się w temacie w ciągu ostatniego roku.

      Jak wspominałam, o konieczności usunięcia art. 16.1. piszę w Święto Niepodległości już piąty rok.
      Wcześniejsze teksty są tutaj:

      - 11 listopada 2011 r. - Patriotyzm zakazany... w Polsce

      - 11 listopada 2012 r. -  Żałosny epilog na Święto Niepodległości

      - 11 listopada 2013 r. - Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce

      - 11 listopada 2014 r. - Patriotyzm w Polsce nadal zakazany

       

      --
      * Ustawa o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z dnia 31 stycznia 1980 r. tj. z dnia 2 listopada 2005 r. (Dz.U. Nr 235, poz. 2000, ze zm.) 

      ** Fragment debaty prezydenckiej Komorowski - Duda, dotyczący zmiany przepisów o godle, jest dostępny np. pod linkiem:
      http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Andrzej-Duda-i-Bronislaw-Komorowski-o-godle,wid,17558246,wiadomosc.html?ticaid=115ec8

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 11 listopada 2015 18:21

Kalendarz

Marzec 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa