Wpisy

  • wtorek, 11 listopada 2014
    • Patriotyzm w Polsce nadal zakazany

      Słynne już Godło Polski gaszone - sklep naszywki.plJuż czwarty rok* na każde święto niepodległości pokazuję palcem głupotę polskiego prawa delegalizującego propatriotyczny przemysł. 

      Tym razem polskie władze pewnie znów gdzieś kupią nielegalnie wyprodukowane flagi (chyba że będą wolały się legalnie w polskie flagi i godła zaopatrywać za granicą - gdzie ich władza nie sięga). Taki paradoks, że polski przedsiębiorca nie może legalnie produkować na sprzedaż polskich flag a czeski może.

      Potem nasi politycy z ustami pełnymi frazesów na tle tych wyprodukowanych nielegalnie albo za granicą polskich flag, znów nie poświęcą nawet chwili, żeby przyjrzeć się jednej, krótkiej, bezmyślnie zepsutej ustawie. 

      A to niestety ustawa o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z 1980 r. ze zm.**

      W czym problem?

      W Polsce nie wolno produkować w celu sprzedaży:
      -wpinek z orzełkiem czy flagą państwową,

      -koszulek, czapek itp. z orłem białym czy flagą,

      -samych flag,

      -CD z hymnem narodowym.

      Nie wierzycie? Oto dowód:

      Art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie

      Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.

      A symbole to... 

      Art. 1.1. Orzeł biały, biało-czerwone barwy i "Mazurek Dąbrowskiego" są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej. 

      Wszystko się zgadza. Mało tego, naruszanie przepisów tej haniebnej, szkodliwej, ustawy grozi grzywną do 5 tysięcy zł albo aresztem.
      [Art. 49 § 2 Kodeksu wykroczeń]

      Znacie drugi wolny kraj, w którym cały propatriotyczny przemysł byłby nielegalny?

      Marne podsumowanie 25 lat wolności... Polski.
      Gdyby Polska była pod okupacją, takie ograniczenia miałyby jakiś sens - przynajmniej dla okupanta.  

      Czy coś się przez ostatni rok zmieniło? Tak, na gorsze, do głupiego prawa doszła jeszcze głupsza praktyka.

      Przypomnę, że ustawa przewiduje tylko jeden wyjątek - to godło lub barwy narodowe w formie stylizowanej lub artystycznie przetworzonej (art. 16 ust. 2 ustawy).

      Dzięki temu, nawet w świetle tej niedorobionej ustawy, naszywka ilustrująca ten artykuł jest całkowicie legalna.

      Pokazuję ją specjalnie, ponieważ znalazł się w Polsce sąd, który w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, skazał właścicielkę "naszywki.pl" na grzywnę.
      Jakim cudem? Nie mam pojęcia, w każdym razie sąd z pełną powagą uznał, że właścicielka firmy, wystawiając tę (tak, dokładnie tę, niewiarygodne) naszywkę do sprzedaży  okazała demonstracyjne lekceważenie Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej (sic!).
      Niegramatyczna forma jest efektem nieumiejętnego przepisywania z kodeksu wykroczeń, ale nie o gramatyce tu mowa.
      Skan wyroku

      Przyjrzyjcie się jeszcze raz tej wykonanej z pełnym szacunkiem i zgodnie z zasadami tworzenia takich zgaszonych wersji, naszywce.
      Do tego w naszym kraju dochodzi. 

      Właścicielka w końcu wygrała przed sądem, ale tracąc przy okazji sporo czasu, nerwów i pieniędzy. A przypomnijmy, że akurat jej naszywka, nawet w świetle tej ustawy, była stuprocentowo legalna.

      Reasumując - polskim przedsiębiorcom nie wolno produkować w celu sprzedaży żadnych materiałów z godłem czy barwami narodowymi. Mogą je produkować zagraniczni producenci, bo do nich nasza władza nie sięga.  Specustawą przypilnowano tylko, żeby PZPN nie miał problemów ze sprzedażą koszulek reprezentacji, bo tylko tyle dziennikarze i w efekcie politycy, zrozumieli z afery z orzełkami na piłkarskich koszulkach. A była okazja, żeby coś zmienić.

      25 lat wolności też nie okazało się powodem, żeby przyjrzeć się, czy przypadkiem nie ma w naszych przepisach jeszcze jakichś pozostałości ograniczających prawa obywatelskie czy spychających propatriotyczny przemysł do podziemia. A szkoda. 

      --

      * Wcześniejsze teksty:
      Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce - tekst z 11.11.2013 r.

      Żałosny epilog na Święto Niepodległości - tekst z 11.11.2012 r.

      - Patriotyzm zakazany... w Polsce - tekst z 11.11.2011 r.

      ** Ustawa o o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z dnia 31 stycznia 1980 r. tj. z dnia 2 listopada 2005 r. (Dz.U. Nr 235, poz. 2000, ze zm.)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 listopada 2014 17:52
  • sobota, 18 października 2014
    • Czemu żądania wydawców nie mają sensu?


      Fot. Daniel Gilbey, Dreamstime Stock PhotosWydawcy, wspierani przez księgarzy i część autorów, wystosowali do premier Kopacz list o dramatycznym tytule "Polska książka potrzebuje ratunku!".

      Domagają się w nim wprowadzenia sztywnej ceny książek. Sugerują, żeby przez 12 miesięcy cena okładkowa nie mogła być obniżana. Mam do tego pomysłu kilka uwag. Przede wszystkim nie widzę związku między tą propozycją a ratowaniem polskiej książki. Ale przyjrzyjmy się sprawie bliżej.

      To nie poprawi ani czytelnictwa ani sprzedaży

      Zacytujmy fragment listu:
      "Naszą wspólną intencją jest powstrzymanie stałego spadku sprzedaży i czytelnictwa książek w Polsce. Nowa regulacja ma zapewnić czytelnikom możliwość dostępu do szerokiej listy tytułów, bez filtrów narzucanych przez politykę zakupową globalnych dystrybutorów książek."

      Jak wprowadzenie sztywnej, wyższej ceny ma poprawić czytelnictwo i sprzedaż książek w Polsce? 
      Przecież na zdrowy rozum będzie dokładnie odwrotnie.
      Szczególnie w przypadku książek mniej popularnych, którym przez ustawowy zakaz nie będzie można przez cały rok dać szansy na sprzedaż, gdyby się okazało, że pierwotna cena została ustalona zbyt wysoko.
      Popularnym książkom taka zmiana też może raczej zaszkodzić.
      Powstrzyma sporo ludzi od zakupów impulsywnych. Zamiast kupienia od razu nowej książki, pomyślą "poczekam, aż obniżą cenę, wtedy kupię". A do czasu obniżki zdążą już o książce zapomnieć.

      Być może zatem ktoś uznał, że dzięki sztywnej cenie wielkie sieci dystrybucji nie zdominują rynku, konkurencja się utrzyma i dzięki temu czytelnictwo i sprzedaż nie spadną. Miał rację? Pomyślmy.

      To księgarniom nie pomoże

      Część księgarzy najwyraźniej uwierzyła, że ustawa pomoże im przetrwać konkurencję z "globalnymi sieciami dystrybucji" czy choćby z różnymi Empikami. 

      Ale czemu nikt jeszcze nie zauważył, że ta propozycja ma zasadniczy błąd? Pojedynczych księgarń nie uratuje stała cena na okładce. Żeby je uratować, ustawa musiałaby narzucić WYDAWCOM identyczną cenę sprzedaży książek małym księgarniom co wielkim sieciom. Bez wyjątków, bez żadnych możliwości omijania tej zasady pod pretekstem sprzedaży na targach itp.

      Wtedy z rynku wypadliby hurtownicy (pośrednicy) ale nie księgarnie. A zwykła księgarnia mogłaby stosować podobne rabaty, jak duża sieć. To by było wyrównywanie szans, bez odbierania klientom możliwości kupowania książek taniej. 

      Ale tej propozycji w liście nie ma. Zresztą trudno się spodziewać, żeby wydawcy domagali się ograniczania im samym możliwości walki o uwagę wielkich sieci. Bo chyba nie uwierzyliście, że ustawa rzeczywiście wyrówna szanse wielkich sieci i małych księgarzy?


      Jak z ustawą będą mogły sobie radzić wielkie sieci?

      Tymczasem wprowadzenie tylko sztywnej ceny okładkowej, w obecnej sytuacji, kiedy wydawcy chodzą na pasku dużych sieci, spowodowałoby tylko, że duże sieci zarabiałyby więcej (bo przecież cały czas dostawałyby od wydawców większe rabaty).

      A skoro zarabiałyby więcej, to miałyby większą swobodę dla całej masy działań:
      -darmowej dostawy,
      -dodawania bonów na kolejny zakup,
      -gratisów,
      -drugiej starszej książki za pół ceny,
      -późniejszych obniżek itd.


      Powtarzając pytanie: chyba nie wierzycie, że ustawa rzeczywiście wyrówna szanse wielkich sieci i małych księgarń? 

      To może choć autorzy na tym zyskają?

      Szczerze wątpię. Nigdzie nie spotkałam się z sytuacją, żeby honoraria autorskie były uzależnione od ostatecznej ceny stosowanej przez poszczególne księgarnie. To by nawet było ciężkie do zweryfikowania, która księgarnia, w którym momencie, zastosowała jakie rabaty i kiedy je zmieniła. Zresztą nie miałoby sensu. Księgarze otrzymują książki po odpowiednio zmniejszonej cenie i to już ich sprawa, czy wykorzystają różnicę jako marżę czy jako promocję.
      We wszystkich znanych mi przypadkach podstawą wyliczenia honorarium autorskiego była cena wydawnicza zbytu, czyli dla honorarium autora miały znaczenie tylko wpływy wydawnictwa, a nie to, co sieci dystrybucji zrobią dalej ze swoimi rabatami.

      Dlatego autorom, podobnie jak księgarzom, mogłoby się opłacić najwyżej ujednolicenie rabatów dla księgarń i dużych sieci oraz ich ustawowe ograniczenie. Co ciekawe, o tej propozycji w liście nie wspomniano. Tymczasem, zgodnie z moją wiedzą, rabaty dla dużych sieci, to przynajmniej 40% od ceny okładkowej. Mniejszy rabat dla sprzedawcy, to większy wpływ wydawnictwa od każdej książki.
      A wygląda, że duże sieci, nawet po zastosowaniu sporych promocji i tak mają na każdej książce większe zarobki niż księgarze. Dopiero po zrównaniu ich warunków, dałoby się skorzystać na prawdziwej konkurencji. 

      Tak czy inaczej w propozycji z listu nie dostrzegam korzyści autorów. Ona może im nawet zaszkodzić, jeśli ludzi zniechęci wyższa cena. Ten ostatni problem mniej odczują jedynie autorzy dysponujący ogromną grupą wiernych czytelników. Im raczej nie spadnie czytelnictwo, ale to nie znaczy, że nie spadnie im sprzedaż. Ustawa w Polsce, gdzie za przeciętną pensję i tak da się kupić mniej książek niż w podawanych za przykład europejskich krajach, może stać się iskrą, zachęcającą ludzi do częstszego wymieniania się już przeczytanymi książkami, czy umawiania się między sobą, kto coś kupił, a kto kupi coś kolejnego. Skoro mniej będzie zakupów impulsywnych, to częstsze mogą stać się podobne rozwiązania.


      Wnioski

      Nie udało mi się dostrzec żadnego powiązania między pomysłem usztywnienia ceny okładkowej na 12 miesięcy a poprawą czytelnictwa, sprzedaży, dostępności czy konkurencji.
      Poprawę mogłoby natomiast przynieść ustawowe uniemożliwienie wydawcom faworyzowania wielkich sieci - ustawowy wymóg stosowania jednolitych rabatów dla dużych sieci i dla małych księgarń oraz ograniczenie tych rabatów do racjonalnej wielkości.
      Ale takiego listu poszczególni wydawcy mogliby nie podpisać, nie dlatego, że nie byłby w ich interesie. Raczej w obawie przed retorsjami ze strony dużych sieci, od których bądźmy szczerzy, już teraz są uzależnieni.
      Być może dlatego w liście jako problem odważyli się wskazać jedynie "globalnych dystrybutorów książek" - którzy prawdopodobnie nigdy tego listu nie przeczytają i być może po prostu wymyślili okrężną drogę, której duże sieci nie potraktują jako uderzenia w swoje interesy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      sobota, 18 października 2014 23:05
  • piątek, 05 września 2014
    • Mandat i utrata prawa jazdy za... soczewki kontaktowe?

      Te nieszczęsne okulary. Fot. Raymond Kasprzak | Dreamstime Stock PhotosCzy kierowcy z błędnie wpisanym kodem, naprawdę nie mogą jeździć w soczewkach kontaktowych? I czy rzeczywiście to oni powinni ponosić konsekwencje całego bałaganu?

      Nawiązując do takich tekstów, jak "Kierujesz samochodem w soczewkach kontaktowych? Stracisz prawo jazdy i dostaniesz mandat
      " postanowiłam przeanalizować problem.

      Powiedzmy szczerze - tak właśnie wygląda połączenie źle tworzonego prawa, nie rozumiejących tego prawa lekarzy i służbisty na końcu.

      Jak łatwo naprawić prawo

      Tworząc prawo wystarczyło przyjąć, że lekarzy może przerosnąć przeczytanie całego przepisu, a tym bardziej jego interpretacja. Z tym założeniem opcja "okulary lub soczewki" powinna trafić na sam początek, jako najbardziej domyślna.

      Cóż, prawo nie jest w tej kwestii wystarczająco jasne i może się zdarzyć, że lekarz nie zrozumie, że opcja "okulary" jest do zastosowania wyłącznie wobec ludzi mających przeciwskazania do noszenia soczewek.

      A przecież można cały problem w prosty sposób usunąć, zmieniając drobny fragment załącznika do rozporządzenia*. 

      Obecnie kody dotyczące wymaganej korekty lub ochrony wzroku* wyglądają tak:

      01.01 - okulary,
      01.02 - soczewka(i) kontaktowa(e),
      01.03 - okulary ochronne,
      01.04 - szkła przyciemnione,
      01.05 - przepaska na oko,
      01.06 - okulary lub soczewki kontaktowe;

      A wystarczyłoby zamiast tego napisać tak:

      01.01 - okulary lub soczewki kontaktowe,
      01.02 - soczewka(i) kontaktowa(e),
      01.03 - okulary ochronne,
      01.04 - szkła przyciemnione,
      01.05 - przepaska na oko,
      01.06 - okulary (wyłącznie jeśli istnieją przeciwskazania do noszenia soczewek kontaktowych).

      Wtedy nie byłoby już żadnych wątpliwości, że "okulary" oznaczają nie tylko konieczność korekty wzroku ale także niemożność zastępczego zastosowania soczewek. A dla ułatwienia opcja, którą prawdopodobnie chcieli wybrać lekarze w większości przypadków, znalazłaby się na początku, a nie na końcu. 

      Bo coś mi mówi, że zdecydowana większość osób, którym lekarz bezrefleksyjnie wpisał te okulary nie ma żadnych przeciwskazań do noszenia soczewek.

      Czy służbiści naprawdę są nam potrzebni?

      A co do służbistów - mamy w Polsce więcej przepisów, które gdyby były równie dokładnie przestrzegane, to nie dałyby nam żyć. Posłowie np. zupełnie nieświadomie zdelegalizowali w Polsce komputery i Internet (od dawna znana sprawa). Nie chcielibyście spotkać służbisty, który tamten przepis potraktuje równie dosłownie.

      Myślący policjant, kierując się rozsądnie tym, do czego służy nakaz jazdy w okularach, sprawdziłby po prostu, czy kierowca naprawdę dobrze widzi (czyli czy nie kłamie z tymi soczewkami, zastępującymi mu okulary).

      Jeden służbista świetnie się nadaje do uatrakcyjniania artykułów, napędzając gazetom więcej odsłon. Więcej służbistów jest w stanie sparaliżować państwo, co ma nawet swoją nazwę - strajk włoski. 

      A co z konsekwencjami? 

      W podlinkowanym materiale tylko beztrosko wyjaśniono ofiarom błędu, że do jego naprawienia będą musieli zapłacić za kolejną wizytę lekarską (200 zł) oraz za wniosek o wymianę dokumentu (ponad 100 zł). To oczywiście prawda.

      Ale zastanówmy się, dlaczego przyjmujemy za oczywiste, że obywatel powinien płacić za nie swoje błędy? Czemu kierowca ma drugi raz płacić lekarzowi, tylko za poprawienie błędu tego lekarza? 

      Przecież prawdopodobnie da się udowodnić, na podstawie dokumentacji medycznej, że podczas badania lekarz w ogóle nie diagnozował przeciwskazań do noszenia soczewek. Tym bardziej powinno się dać udowodnić sam brak przeciwskazań. A w takiej sytuacji od początku został wpisany nieprawidłowy kod, bezpodstawnie ograniczający uprawnienia kierującego. 

      Bądźmy konsekwentni - jeśli przyjmujemy, że służbista miał rację i kod 01.01 oznacza również zakaz zastępowania okularów przez soczewki, to znaczy, że nie wolno go wydać bez zdiagnozowania przeciwskazań. Czyli przyczyną wymiany prawa jazdy jest błąd leżący po stronie lekarza z uprawnieniami do badania kierowców**.

      A dlaczego Skarb Państwa pobiera od kierowców opłatę za zmianę błędu, leżącego w zasadzie po stronie Skarbu Państwa? Państwo narzuca w końcu, jaki lekarz uzyska uprawnienia do badania kierowców**, nie sprawdzając przy okazji znajomości potrzebnych przepisów. To państwo też narzuca, jak badanie ma być przeprowadzone***.

      Na marginesie pojawia się dodatkowy problem: A co jeżeli dojdzie do wypadku, w którym na poziom uszkodzeń ciała będą miały wpływ te wymuszone okulary?
      U osoby używającej okularów tylko w samochodzie, z powodu błędnego wpisu lekarza, będącego wynikiem niejasnych przepisów?
      Dodatkowo nastraszonej wcześniej artykułami o "mających rację" policjantach służbistach?

      -- 
      *Kody te znajdują się w załączniku nr 1 "Prawo jazdy wydawane na terenie Rzeczypospolitej Polskiej (Wzór)" do rozporządzenia Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej w sprawie wzorów dokumentów, stwierdzających uprawnienia do kierowania pojazdami z 2 sierpnia 2012 r. (Dz.U. z 2012 r. poz. 973, ze zm.)

      **Uprawnienia lekarzy do badania kierowców są określone w art. 77 ustawy o kierujących pojazdami (tj. Dz.U. z 2014 r. poz. 600, ze zm.)

      *** Kwestię tę reguluje rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie badań lekarskich osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami i kierowców (Dz.U. z 2014 r. poz. 949). Badanie narządu wzroku szczegółowo określono w załączniku nr 2.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Mandat i utrata prawa jazdy za... soczewki kontaktowe?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 05 września 2014 02:47
  • poniedziałek, 18 sierpnia 2014
    • Co zrobić z końmi z Morskiego Oka?

      Koń przykładowy, pewnie żyje sobie gdzieś szczęśliwie, z dala od Morskiego Oka [Fot. Damomz | Dreamstime Stock Photos]Wg ostatnich informacji, górale wożący turystów do Morskiego Oka tak przesadzają z eksploatowaniem koni, że coraz więcej ludzi domaga się zamknięcia im tego "złotego" interesu.
      Jeśli sobie uświadomimy, że wszystko to dzieje się na terenie, państwowego przecież, Tatrzańskiego Parku Narodowego, głos rozsierdzonych Polaków nie tak łatwo będzie dyrekcji parku zignorować.

      Rozważmy związane z tym zagrożenia i możliwości.

      1) Wyobraźmy sobie, że udało się przeprowadzić zakaz wozów konnych na tej trasie, hurra.
      Przecież górale od razu zagrożą, że oddadzą konie do rzeźni. Skoro podejrzewamy ich o kierowanie się tylko zyskiem, to nie spodziewajmy się, że ci sami ludzie nagle będą chcieli utrzymywać konie, które już na siebie nie zarobią.
      Zatem koni całkowicie z tej trasy usunąć się nie da.

      2) Ale można nakazać zmianę wozów.
      Na dostosowane do ludzi naprawdę niesprawnych i opisane w stylu "Przewóz osób niepełnosprawnych, chorych, niedołężnych, w ciąży". Zamiast opisu mogą być odpowiednie rysunki. To już nie ten szpan, z takiego wozu będą już raczej korzystali tylko ludzie naprawdę go potrzebujący.

      3) Zwróćcie uwagę, jak wyglądają obecne wozy. Ewidentnie zostały stworzone z myślą o leniwych acz sprawnych i dających się łatwo upychać turystach. 
      A wystarczy przyjąć, że głównym uzasadnieniem istnienia tych udogodnień są potrzeby osób naprawdę, z różnych przyczyn niezdolnych dojść samodzielnie do Morskiego Oka. 

      4) A teraz pomyślcie: Jeśli tam będzie musiało być miejsce dla choć jednego wózka inwalidzkiego plus rozkładany podjazd oraz bezpieczne siedzenia i wystarczająco szerokie przejścia dla osób o kulach czy w ciąży, to od razu ilość ludzi przewożonych spadnie, bo się ich już nie da tak upchać. 

      5) Dodatkowo można powoli przechodzić z transportu konnego na elektryczny, nie dopuszczając do "interesu" nowych koni. Swoją drogą ciekawe, czy efektem nie byłoby pobicie jakiegoś niewyobrażalnego rekordu końskiej długowieczności, nabijanego przez kilka kolejnych końskich pokoleń.

      6) Przy okazji pojawiły się propozycje przestawienia turystów na rowery. Ja bym poszła nawet trochę dalej i oprócz zwykłych rowerów wprowadziła też handbike'i, czyli rowery "ręczne" dla osób z niesprawnymi nogami (bo przecież o to w dużej mierze chodzi).
      Ale trzeba mieć świadomość, że ani jedne ani drugie nie pomogą np. osobie po udarze, u której osłabiona będzie cała jedna połowa ciała. Czyli jakaś forma dowozu bardziej zorganizowanego powinna pozostać.

      7) Ale właśnie - pozostać, czy raczej... zostać stworzona?
      Skoro uzasadnieniem dla tych wozów miałoby być umożliwienie dotarcia do Morskiego Oka osobom rzeczywiście z różnych przyczyn niesprawnym, to obecne wozy przecież nadal tego nie umożliwiają. Konie docierają tylko do Włosienicy (polana znajdująca się ok. 2 kilometrów przed Morskim Okiem). Tutaj nie pomoże zmiana samych wozów.

      8) Droga za Włosienicą jest jednak wystarczająco dobra i szeroka, żeby przejechały nią rowery, handbike'i (rowery ręczne) i nieduże auta elektryczne. W tym kierunku zatem warto zmieniać całe ułatwienia, dostosowując je naprawdę do osób z problemami z poruszaniem się.

      Na koniec uwaga ogólna. Zmroziły mnie bezrefleksyjne wypowiedzi niektórych komentatorów - bez wątpienia zdrowych, sprawnych i nie znających poważniejszych problemów. 
      Droga do Morskiego Oka, to nie wspinaczka na Rysy. Ktoś ją kiedyś wyasfaltował, dzięki czemu jest jedną z niewielu możliwości zobaczenia gór z bliska także przez osoby niesprawne.
      Łatwo buńczucznie wygłaszać bzdury, jak człowiek wierzy, że nigdy go żadna choroba ani wypadek nie spotkają, a umrzeć zdoła jeszcze zanim się zestarzeje. Trudniej zadać sobie pytanie: A co zrobisz, kiedy nagle sam stracisz sprawność?

      To oczywiście nie zmienia faktu, że obecne wozy są zupełnie niedostosowane do sporej części osób naprawdę niesprawnych, więc górale i tak nie mogą się zasłaniać akurat tym argumentem.
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Co zrobić z końmi z Morskiego Oka?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 sierpnia 2014 02:11
  • niedziela, 11 maja 2014
    • Finał Eurowizji - Polska najlepsza w Irlandii, UK, Norwegii i na Ukrainie.


      Donatan & Cleo, Eurowizja 2014, Photo: Albin Olsson License: CC-BY-SA-3.0Tym razem temat analizy będzie z gatunku lekkich.
      Czy wiedzieliście, że gdyby w finale Eurowizji naprawdę decydowali mieszkańcy, wysyłając sms-y, tegoroczne wyniki byłyby inne?
      W każdym razie wyniki reprezentacji Polski, która w docenianych pierwszych trójkach wyczytywana by była o wiele częściej.
      Możecie to sprawdzić na oficjalnej stronie z wynikami wczytując się osobno w tabele dla poszczególnych krajów*.

      Na decyzjach jury Polska straciła najwięcej ze wszystkich państw - aż 9 miejsc. W efekcie zamiast 5 miejsca (jak chcieli głosujący zwykli ludzie) zajęła dopiero 14. 

      Mieszkańcy aż 4 krajów (Ukrainy, Irlandii, Wielkiej Brytanii i Norwegii) uznali polski występ za najlepszy.

      Drugie miejsce przyznali naszemu krajowi głosujący z Holandii i Islandii.

      Na trzecie miejsce Polska zasługiwała wg mieszkańców kolejnych sześciu krajów (Niemiec, Austrii, Włoch, Francji, Szwecji i Macedonii).

      Czy Austria nadal by wygrała?
      Tak. Nawet jeszcze większą przewagą głosów (miałaby aż 309 punktów). Zostałaby bardziej doceniona m.in. przez głosujących z Polski, którzy widzieli ją na 4 pozycji. Ostatecznie, po uwzględnieniu wyniku jury, Austria w Polsce spadła na niepunktowane miejsce. 

      Tak czy inaczej, zaskakujące jest dla mnie, jak niewiele w praktyce zależało od wysyłanych przez ludzi sms-ów. Nawet pierwsze miejsce przyznane w głosowaniu sms-owym nie gwarantowało choćby jednego punktu. 

      Poniżej wypisałam wyniki głosowań mieszkańców innych krajów na Polskę. W niektórych państwach decydowało tylko jury - tam nie znamy sympatii zwykłych ludzi. Pominęłam również kraje, w których Polska nie znalazła się w głosowaniu mieszkańców na punktowanym miejscu.


      Jak na Polskę głosowali mieszkańcy poszczególnych krajów?


      1 miejsce (12 punktów)
      Irlandia
      UK
      Ukraina
      Norwegia

      2 miejsce (10 punktów)
      Islandia
      Holandia

      3 miejsce (8 punktów)
      Austria
      Macedonia
      Francja
      Niemcy
      Włochy
      Szwecja

      4 miejsce (7 punktów)
      Belgia
      Litwa

      5 miejsce (6 punktów)
      Białoruś
      Grecja

      6 miejsce (5 punktów)
      Hiszpania

      7 miejsce (4 punkty)
      Szwajcaria
      Węgry

      8 miejsce (3 punkty)
      Mołdawia

      9 miejsce (2 punkty)
      Malta

      10 miejsce (1 punkt) 
      Dania
      Łotwa


      --
      *Po wybraniu państwa pojawi się tabela pokazująca wyniki głosowania w danym kraju na kolejnych kandydatów. W podziale na wybór mieszkańców, wybór członków jury oraz ostateczny wynik, który odczytano nam podczas finału. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Finał Eurowizji - Polska najlepsza w Irlandii, UK, Norwegii i na Ukrainie.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 maja 2014 03:15
  • czwartek, 24 kwietnia 2014
    • Jak pomóc niepełnosprawnym i ich rodzinom nie wydając ani grosza

      Oxygen64 | Dreamstime.comCzy państwo może jakoś pomóc niepełnosprawnym i ich rodzinom, nie wydając na to ani grosza? Może. Wystarczy zacząć myśleć. Żeby nie było wątpliwości, podam 2 punkty, w których dotychczasowy dramatyczny brak myślenia, bez sensu szkodzi. Co np. można zrobić?

      1) Nie szkodzić, kiedy ludzie sami próbują sobie pomóc

      Osoby niepełnosprawne czy rodziny chorych próbują się czasem organizować i zrobić coś konkretnego. Nie zakładają wielkich fundacji z zatrudnionymi pracownikami, tylko małe stowarzyszenia, w których każda złotówka jest wykorzystywana bezpośrednio na cele działania stowarzyszenia.
      To znaczy... byłaby wykorzystywana, gdyby państwo nie zmuszało ich najpierw do zupełnie niepotrzebnego wyrzucania pieniędzy w błoto.
      Okazuje się, że zakładając stowarzyszenie i dopiero próbując cokolwiek zdziałać, nie mając jeszcze zebranych pieniędzy, już trzeba je marnować.

      Ktoś nieprzytomny wymyślił w swoim czasie, że stowarzyszenia muszą prowadzić pełną księgowość. A to oznacza płacenie księgowej z uprawnieniami po kilkaset złotych... miesięcznie. To wymogi godne spółki giełdowej, obracającej niewyobrażalnymi dla takich malutkich stowarzyszeń kwotami.
      W praktyce jeśli wśród założycieli nie ma księgowej, to stowarzyszenie ma poważny problem. 

      Druga sprawa - choroba nie wybiera. Dlatego stowarzyszenie łączące osoby niepełnosprawne i ich rodziny nie będzie grupą przyjaciół z jednego podwórka. Będą to najczęściej ludzie z różnych miast, którzy poznali się, rozpaczliwie szukając przez Internet informacji dotyczących ich schorzenia.
      Jak najprościej byłoby im przeprowadzić walne? W formie telekonferencji, albo chociaż przesłania pisemnie swojego głosu w kwestiach podlegających głosowaniu.

      Czy to jest możliwe? Nie. Dlaczego? Ponieważ posłowie pamiętali o stowarzyszeniach tworząc obostrzenia dotyczące walnego, ale zapomnieli o nich, kiedy te zasady były łagodzone. 

      Efekt? Wielka spółka może przeprowadzić walne zgromadzenie w formie telekonferencji, czatu czy przesłania głosów, a małe stowarzyszenie nie. Ludzie muszą stawić się osobiście. W efekcie wiele stowarzyszeń szybko traci możliwości podejmowania decyzji, ponieważ członkom jest trudno spotykać się poza swoim miejscem zamieszkania. Osobom niepełnosprawnym czy ich opiekunom jest trudno tym bardziej. Jeśli uświadomimy sobie, że to zupełnie niepotrzebny wymóg, nie egzekwowany już nawet w obracających milionami spółkach, to robi się po prostu głupio, że w naszym państwie dochodzi do takich absurdów.

      To oczywiście nie koniec kłód rzucanych pod nogi ludziom, którzy chcieliby zacząć działać w stowarzyszeniu. Z niezrozumiałych względów starostowie potrafią domagać się zupełnie niepotrzebnych zmian w statucie. Tak, jakby w tym właśnie miejscu musieli wykazać się, że pracują, nawet jeśli ich uwagi nie mają żadnego sensu. 

      Co gorsze, sędziowie ostatnio zbyt często lubią działać metodą "kopiuj-wklej-nie czytaj" i z automatu domagają się wprowadzenia wszystkich poprawek starosty pod rygorem odmowy rejestracji stowarzyszenia. Osobiście znam przypadek, kiedy sędzia (jak już wreszcie po paru miesiącach zajął się sprawą) to zażądał wprowadzenia poprawek w terminie krótszym niż wpisany do statutu 14-dniowy termin na powiadomienie członków o walnym. Co znaczy, że w ogóle do statutu nie zajrzał.
      To teraz wyobraźcie sobie, że coś takiego spotyka rozsianych po całej Polsce niepełnosprawnych i ich opiekunów. Już widzicie cały absurd sytuacji?
      A przypomnijmy, że wskutek braku myślenia w sprawie walnego, ofiary takiej niekompetencji nie mogą skorzystać z możliwości porozumiewania się na odległość i zadecydować bez konieczności nagłego wyjazdu na drugi koniec Polski.

      Oczywiście tworzenie organizacji samopomocowych, to tylko jedna z sytuacji, którą można bez sensu utrudniać.

      Co jeszcze należałoby zrobić? 

      2) Skończyć z rozdmuchiwaniem biurokracji i rzucaniem ludziom kłód pod nogi

      Wyjaśnię to na prostym przykładzie.
      W Polsce nie wystarczy być niepełnosprawnym, żeby być przez państwo uznawanym za niepełnosprawnego.
      Ok, czasem niesprawności nie widać. Ale jeżeli pewnego dnia coś spowoduje, że zostaniesz ciężko sparaliżowany, na wózku inwalidzkim, to w świetle polskiego prawa nadal jesteś w pełni sprawny. O uznanie Cię za niepełnosprawnego musisz dopiero zawalczyć. Nie Ty sam, bo w tej sytuacji sobie nie poradzisz. Czyli będziesz musiał wystawić członka swojej rodziny do roli worka treningowego dla niemiłych, niekompetentnych urzędników, zachowujących się, jak w środku strajku włoskiego. 

      Zakładam, że jesteś pracującym mężczyzną, z żoną i dzieckiem. Mieszkacie z dala od reszty rodziny, więc nie możecie na co dzień liczyć na pomoc innych osób.
      Pewnego dnia zostajesz poważnie sparaliżowany. Żona próbuje jakoś godzić swoją pracę, odwiedzanie Cię w szpitalu i samotną już teraz opiekę nad dzieckiem i dbanie o dom.
      To już jest w zasadzie niemożliwe. Ale w końcu wypuszczają Cię ze szpitala. Twoja żona już nauczyła się sprytnych technik, dzięki którym przenosi Cię kilka razy dziennie z łóżka na wózek i odwrotnie. Paraliż powoduje, że nie jesteś w stanie zadbać o siebie nawet w podstawowym zakresie, ale ona dzielnie się Tobą opiekuje. Jest tym wszystkim razem zmordowana.

      Co jakiś czas musisz zostać zawieziony do lekarza. Masz szczęście, w Twoim mieście istnieje system busików miejskich dla osób niepełnosprawnych. Jeśli udałoby się Ciebie zawieźć własnym samochodem to Twoja żona ma prawo zaparkować na kopercie (bez czego nie wyjmiecie Cię z samochodu na wózek). Ale nie, chwileczkę, nie masz do tego prawa, bo przecież oficjalnie nadal jesteś... w pełni sprawny. To znaczy, że busiki miejskie nie mogą przyjąć Twojego zlecenia na przejazd (bo sprawnych nie wolno im wozić) a gdyby Twoja żona zaparkowała na kopercie i zawiozła Cię na wózku do przychodni, to wracając mogłaby zastać za szybą mandat za parkowanie w miejscu dla Was niedozwolonym. Poważnie.

      No dobrze, dowiadujecie się, co trzeba zrobić, żeby to zmienić. 

      Oczywiście w dobrze zorganizowanym państwie wystarczyłoby, żeby szpital wypisując Cię w tak ewidentnej sytuacji, przesłał Twoje dokumenty do urzędu, a urzędnicy od razu przesłaliby Ci kartę parkingową i tymczasowe potwierdzenie niepełnosprawności do celów pozarentowych, a później najwyżej to weryfikowali.

      U nas nie. Obiecałam, że nie będzie o pieniądzach, ale tu drobna dygresja, konieczna do dalszych wyjaśnień. Pracowałeś, płaciłeś składki, a w tej sytuacji pracować nie możesz, więc masz prawo do renty z ZUS-u. Sytuacja jest ewidentna, załóżmy, że ZUS się nie wygłupił i przyznał Ci należną rentę, czyli uznał Cię oficjalnie za niepełnosprawnego.

      Czy to wystarczy, żeby Twoja żona mogła stanąć z Tobą na kopercie, czy żebyś mógł zamówić busiki miejskie albo korzystać z innych form pomocy przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych?
      Nie, nie w tym kraju.
      Tutaj musisz drugi raz zgłosić się do kolejnego urzędu, który dopiero musi Cię drugi raz uznać za niepełnosprawnego, tym razem dla celów pozarentowych.

      Uwaga: przykład pokazujący, jak rozwija się w Polsce niepotrzebna biurokracja.

      Z ustawy wyraźnie wynika, że osoby posiadające ważne orzeczenia ZUS-owskie, wydawane do celów rentowych, mogą składać wnioski o ustalenie stopnia niepełnosprawności do celów pozarentowych, powołując się tylko na orzeczenie ZUS-owskie.
      A zespół ds. orzekania o niepełnosprawności musi ją orzec tylko na podstawie już istniejącego orzeczenia ZUS-owskiego. 
      [Art. 5 i 5a ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych.] 

      Nie ma zatem żadnych podstaw do przedłużania sprawy. Urzędnicy mogą jedynie przepisać z orzeczenia ZUS-owskiego, w odpowiedni sposób, już ustalone fakty.

      Nie mogą bawić się w całą nową procedurę, nie mogą domagać się, żeby pacjent odwiedził lekarza tylko w celu uzyskania kolejnego formularza, nie mogą domagać się donoszenia jakichkolwiek dodatkowych, niepotrzebnych papierków. W skrócie - nie mogą niczego przedłużać.

      Twoja żona zatem pewnego dnia zwalnia się z pracy, ustawia w długiej kolejce, próbując załatwić prostą sprawę. Jest przygotowana, ma przy sobie wniosek, kopię orzeczenia z ZUS-u, oryginał do wglądu (żeby urzędnik mógł na miejscu sprawdzić prawdziwość kopii) i Twoje upoważnienie. Kiedy wreszcie dotarła do okienka, poinformowano ją, że nic nie załatwi, bo musisz od nowa przejść całą procedurę. Na jakiej podstawie?

      Tu właśnie dochodzimy do metody na rozdmuchiwanie biurokracji, stosowanej zbyt często, w polskich urzędach.

      Ustawa nie pozostawia wątpliwości - osoby z orzeczeniem ZUS-owskim nie muszą przechodzić całej procedury drugi raz. Są z niej zwolnione.

      Żeby nie dopuścić do takiego usunięcia niepotrzebnej biurokracji urzędnicy stosują charakterystyczny trick - powołują się na przepis techniczny, mówiący jedynie o tym, w jaki sposób mają pracować. W tym przypadku akurat wczytują się z takim zapałem w szczegóły procedury, z której ich ofiary zostały zwolnione, żeby dojść do wniosku, że skoro takie procedury istnieją, to oni zawsze muszą się do nich ściśle stosować, nawet wtedy kiedy nie muszą, co przecież zostało wyraźnie w ustawie zapisane. 

      Kiedy na takie bezmyślne utrudnienia trafia umordowana żona sparaliżowanego człowieka, to to już jest znęcanie się. 

      Prawo mogłoby być lepsze. Można by całkowicie zrezygnować nawet z przepisywania orzeczeń.
      Czemu to służy? Wystarczyłoby na druku z ZUS-u dodawać wyjaśnienie. "Niniejsze orzeczenie jest równoznaczne z orzeczeniem o... i wprost zapewnia wszelkie wynikające z niego uprawnienia".
      A w ustawie wpisać jedynie (z myślą o niezbyt mądrych urzędnikach), że posiadacze tych orzeczeń mogą posługiwać się nimi wprost jako orzeczeniami o ustaleniu określonego stopnia niepełnosprawności.

      Oczywiście to nie są jedyne utrudnienia, z jakimi spotykają się, już i tak umęczeni członkowie rodzin osób niepełnosprawnych, albo ci niepełnosprawni, którzy są w stanie stawić się i dawać męczyć osobiście.
      Sytuacja autentyczna, po odstaniu przez taką osobę kilku godzin w kolejce: 

      -ale to nie jest zdjęcie od fotografa - urzędnik próbuje odrzucić prosty wniosek, będący już tylko formalnością.

      -a proszę mi wskazać, gdzie w ustawie jest nakaz, żeby zdjęcie było od fotografa - odpowiada przygotowany na takie sztuczki petent - cóż urzędnik miał pecha.

      -co by to było, jakby wszyscy sami sobie robili zdjęcia - stwierdza niepocieszony urzędnik.

      Nie wnikam, czy taki urzędnik ma procent od najbliższego fotografa, czy po prostu lubi bawić się w kontrolowanie ludzi na każdym kroku, a może naprawdę ma aż tak wąskie horyzonty, że zbyt mało mieści mu się w głowie. Taki człowiek nie powinien być urzędnikiem. A jeśli już koniecznie państwo musi mieć go na liście płac, to stanowisko związane ze stałym kontaktem z osobami niepełnosprawnymi i ich rodzinami, powinno być ostatnim, na którym będziemy go jako społeczeństwo utrzymywać.

      Przykłady absurdalnych urzędniczych zachowań można mnożyć. Zdarza się, że np. osoba na wózku nie może dostać się do niedostosowanego urzędu, a urzędnik odmawia wyjścia do niej, upierając się, że nie wolno mu wynieść żadnego dokumentu poza budynek. Pomijam już fakt, że do urzędu należą zwykle nie tylko same mury, taka odpowiedź jest zwyczajnie niepoważna i przypomina strajk włoski, a nie uczciwą pracę urzędnika. 
      Kolejnym problemem jest zupełnie niepotrzebne męczenie ludzi, którym już przyznawana jest pomoc. Nie było np. żadnego racjonalnego powodu odebrania pomocy niepełnosprawnemu studentowi, który mieszcząc się w przyznanej kwocie, zamiast urządzenia X, wymagającego pomocy osoby trzeciej, kupił urządzenie Y, którego mógł używać samodzielnie.

      Dlatego proponuję politykom drobiazg, który państwa nic nie kosztuje, a skutki mają swoją wartość.

      Proponuję usunięcie sztucznie rozdmuchanej biurokracji. Nie wiecie, gdzie jej szukać? Zgłoście się do mnie. Pomogę Wam ją odnaleźć.
      A potem wymianę złych urzędników na myślących i empatycznych. Na końcu wystarczy po prostu naprawdę wymagać od urzędników, żeby byli pomocni a nie szkodliwi. Oni szybko się zorientują, jaki typ zachowań się opłaca, a jaki wręcz przeciwnie.

      Zrobicie coś sensownego, czym będziecie się mogli pochwalić, będziecie mogli pokazać, że w kraju są sensowni urzędnicy, a ludzie wychodząc z urzędu czują się psychicznie wzmocnieni, a nie wymięci.

      Co zrobić z zaoszczędzonymi pieniędzmi? 

      Bo przecież usuwając niepotrzebne procedury, niepotrzebną biurokrację, uzyskuje się oszczędności. A te można przeznaczyć na realną pomoc niepełnosprawnym.

      Nagle okaże się, że zamiast urzędników zajmujących się głównie uzasadnianiem swojego istnienia i odbieraniem godności ludziom w szczególnie trudnej sytuacji, będzie można zatrudnić kompetentnych pracowników, którzy tym ludziom udzielą potrzebnego wsparcia.
      Choćby asystentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych, którzy zapewnią potrzebującym rodzinom realną pomoc.

      A papier zaoszczędzony na niepotrzebnych procedurach będzie można przeznaczyć na plakaty czy ulotki z najważniejszymi informacjami, dzięki którym jeszcze w szpitalu osoba, która nagle stała się niepełnosprawna i jej rodzina, uzyskają podstawowe informacje, jaką pomoc mogą uzyskać i gdzie. W momencie, kiedy czują się najbardziej bezradni.

      Warto pamiętać też o oszczędnościach w dalszej perspektywie

      Już tylko dlatego, że urzędnicy nie będą dręczyć niepełnosprawnych i ich opiekunów, nie przyczynią się do przejścia kolejnych osób niepełnosprawnych na droższą, całodobową, opiekę państwa.  

      Dlatego to ważne, żeby nie pozwalać urzędnikom na stresowanie ludzi.
      Ważne jest też udzielanie wsparcia (zarówno za zaoszczędzone pieniądze, jak też po prostu dzięki kompetencji i empatii urzędników, pomagających przejść przez formalności, a nie utrudniających tę drogę).

      Przy okazji - zastanawialiście się kiedyś, jakie są w praktyce koszty leczenia skutków stresu, generowanego przez samo państwo, na swoją własną zgubę? Skutki głupiego prawa, rozdmuchanej biurokracji, bezmyślnych urzędników, którzy nie podpowiedzą człowiekowi prostego rozwiązania, tylko poczekają aż się potknie, albo forsują dodatkowe, bezprawne, wymogi? Społeczne koszty (czyli choćby przeliczane łatwo na pieniądze koszty leczenia chorób kardiologicznych) w całym kraju są ogromne i co najważniejsze, zupełnie niepotrzebne. Wystarczyłoby na początku trochę pomyśleć.

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 kwietnia 2014 15:56
  • wtorek, 22 kwietnia 2014
    • Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek

      W czasie wojny pod niemiecką okupację (oczywiście w wersji light) trafia jedna niewielka angielska wyspa - Guernsey. Na tej wyspie przypadkowi ludzie, którzy akurat złamali narzucone przez Niemców zasady, próbując uniknąć konsekwencji, zakładają rodzaj literackiego klubu dyskusyjnego. Szybko okazuje się, że dobra literatura może wciągnąć nie tylko intelektualistów.

      Kiedy tamtego wieczoru przyszli wybrać książki, niektórzy dopiero wtedy zetknęli się z innym rodzajem lektury niż Biblia, katalogi nasion i poradniki hodowców świń. Dawsey odkrył swojego Charlesa Lamba, Isola wybrała Wichrowe wzgórza, a ja Klub Pickwicka, licząc na to, że poprawi mi humor; tak też się stało.

      Książka jest pisana w formie listów pomiędzy członkami stowarzyszenia, ich zołzowatą, próbującą zaszkodzić sąsiadką, zainteresowaną tematem popularną pisarką, jej wydawcą, jego siostrą i od czasu do czasu też przystojnym, cwanym amerykańskim wydawcą konkurencyjnym. Cóż, od razu widać, kto jest dobry, a kto zły.

      Z początku irytowała mnie też nieco naiwność w wyobrażeniach Anglików o wojnie i  ich „niebywałym bohaterstwie” ludzi, którzy nigdy nie mieli okazji zobaczyć, do czego Niemcy są zdolni.
      Czy wiesz, że mieszkańcy mełli siemię lniane na mąkę, dopóki jeszcze było?
      Ach straszne, mogli sobie z niego robić np. przepyszne muffinki, już mi ich żal. 

      Potem doszły jeszcze zachwyty nad frenologią w wersji dla naiwnych (jedna z bohaterek pod wpływem kolejnej książki dała sobie wmówić, że po kształcie czaszki potrafi oceniać cechy charakteru). 

      W efekcie trudno mi było nazwać tę książkę ambitną i miałam nawet początkowo wątpliwości, jak w tym kontekście odebrać stwierdzenie:
      Jak się poczyta dobre książki, to te kiepskie potem zupełnie nie cieszą.

      Ale myślę, że nie doceniłam autorek. Być może tylko tak mogły się przebić przez nieświadomość tych angielskich czytelników, którzy nigdy nie przeczytaliby niczego ambitniejszego. Łagodnie i pogodnie z początku,  żeby ich nie wystraszyć, w końcu jednak odrobinę otworzyły ich umysły. Na tyle, na ile to możliwe. 

      W efekcie wyszła książka wciągająca, wzruszająca i w jakiś sposób wartościowa. 
      A czy jest sens, żeby czytali ją Polacy? Tak, mimo wad w paru kwestiach poszerza horyzonty, zwalcza stereotypy i poprawia nastrój. Warto ją przeczytać choćby dla uroku, ciepła i fragmentów takich, jak te:

      Była to pierwsza rzecz Lamba, po jaką sięgnęłam. Ze wstydem przyznaję, że kupiłam ją, dowiedziawszy się, iż Leigh Hunta, siedzącego w więzieniu za obrazę księcia Walii, odwiedził jego przyjaciel nazwiskiem Lamb. Najpierw  pomógł Huntowi namalować na suficie celi błękitne niebo z chmurkami, a potem na ścianie kratę z różami. Dowiedziałam się też, że Lamb wspomógł finansowo jego rodzinę – choć sam był niezamożny. Nauczył także najmłodszą córkę Hunta odmawiać Ojcze Nasz wspak. Naturalnie, że chciałam zdobyć więcej informacji o kimś takim.

      One tymczasem przyszły mnie ostrzec. (…) Elizabeth wiedziała, że moja matka była Żydówką (…) i obmyśliła pewien plan. Ponieważ i tak wszyscy mieszkańcy wyspy mieli dostać nowe dokumenty, to może zgłosiłbym się po nie jako lord Tobias Penn-Piers we własnej osobie. (…)Trzeba bym wyglądał jak lord i odpowiednio się zachowywał. Byłem przerażony.-Nonsens – stwierdziła Elizabeth. - Masz doskonałą prezencję, jesteś wysoki, ciemnowłosy, przystojny, a wszyscy lokaje doskonale umieją patrzeć na ludzi z góry. I namalowała mnie jako szesnastowiecznego Penn-Piersa. Pozowałem w aksamitnym płaszczu i w kryzie, siedząc na tle ciemnego gobelinu i mrocznego cienia i trzymając sztylet w dłoni. Wyglądałem bardzo nobliwie, posępnie i groźnie. Było to genialne posunięcie. Niecałe dwa tygodnie później do biblioteki wtargnęło bez pukania sześciu niemieckich oficerów. Przyjąłem ich, sącząc chateaux Margaux rocznik 1893 pod portretem „przodka” wiszącym nad kominkiem. Ukłonili się i zachowywali bardzo grzecznie.

      "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" 
      Mary Ann Shaffe i Annie Barrow
      Tłum. Joanna Puchalska (nie czytałam wersji oryginalnej, ale polskie tłumaczenie wygląda na bardzo dobre). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 kwietnia 2014 03:01
  • środa, 26 marca 2014
    • Kto bogatemu zabroni?

      Proszę, nie mów mojej matce, że jestem politykiem. Ona myśli, że gram na pianinie w lokalnym burdelu - humor z pubuMusimy zacisnąć pasa - ogłaszają społeczeństwu politycy, robiąc smutne miny i spodziewając się zrozumienia przy cięciu kolejnych, potrzebnych, wydatków.

      Ale zaraz potem okazuje się, że stać nas na bezmyślne wyrzucanie publicznych pieniędzy, w niebywałej ilości, często dramatycznie przepłacając. Do tego na rzeczy niepotrzebne, źle wykonane, czy wątpliwe prawnie.

      Dopadł mnie od tego tak silny dysonans poznawczy, że postanowiłam pomóc politykom odszukać przynajmniej część pogubionych pieniędzy. Ograniczając się do większych kwot i spraw najbardziej rzucających się w oczy. Zacznę łagodnie. 


      1) Milion złotych z publicznych pieniędzy m.in. za udostępnienie publiczności obrazu z domeny publicznej.
      Kwota 1 mln zł, jaką otrzyma fundacja od Wawelu, nie wynika jedynie z udostępnienia przez fundację obrazu, ale także z praw do wykorzystania przez Wawel wizerunku obrazu, wykorzystania znaku słownego „Dama z gronostajem”, wykorzystania znaku słownego „Fundacja XX. Czartoryskich”, wykorzystania znaku słownego „Muzeum XX. Czartoryskich”.
      [Maciej Babczyński - rzecznik prasowy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
      Cytuję za fundacją "Nowoczesna Polska", domagającą się od MKiDN dostępu do informacji publicznych w tej sprawie] 
      Zaskakujące są tu 2 informacje:
      - że ktokolwiek się domaga, a państwo polskie jest skłonne płacić, za wykorzystanie wizerunku obrazu oraz znaku słownego "Dama z gronostajem", kiedy przecież jej autor zmarł w 1512 roku, czyli dawno przed powstaniem prawa autorskiego - obraz ten zatem od początku wszedł do domeny publicznej;
      - że wystawiając obraz, podmiot publiczny będzie promował Fundację i Muzeum xx. Czartoryskich (rozumiem, że Fundacja sobie tego zażyczyła, miała prawo postawić taki warunek) ale żeby móc zrealizować ten warunek, jeszcze zapłaci Fundacji za wykorzystanie jej znaków słownych.

      2) 49 milionów złotych na portal dla bezdomnych, biednych i pracowników pomocy społecznej oraz tablety (ale nie, nie dla biednych i bezdomnych, tylko dla ministra i urzędników). Bezdomni i biedni są akurat wyjątkowo często wykluczeni cyfrowo, więc ich szanse na realne skorzystanie z portalu są nikłe. A jeśli komuś by się udało, to od razu wzbudziłby podejrzenia, czy rzeczywiście jest wystarczająco biedny. Wątpliwości wzbudza zatem nie tylko niewyobrażalnie wysoka cena projektu, ale w ogóle sens istnienia portalu i co za tym idzie, umożliwiania urzędnikom jednostronnej cyfrowej komunikacji z cyfrowo wykluczonymi.  
      Odkąd portal stał się skandalem, ilość wejść wreszcie znacząco wzrosła. Ku zupełnie niezrozumiałej radości urzędników, którzy najwyraźniej nie potrafią odróżnić oburzonych od wykluczonych.
      [Na podstawie Kto zarobił na Emp@tii? "DGP" bierze pod lupę portal dla bezdomnych] 

      3) przynajmniej 124 miliony złotych na reklamy i ogłoszenia w wybranych mediach. Nie chcę w tym miejscu rozważać podejrzeń o kupowanie sobie przez konkretne rządy przychylności gazet za publiczne pieniądze. Mam natomiast wątpliwości co do konieczności korzystania z zewnętrznych nośników i przede wszystkim co do zasadności kupowania reklam. Rzeczywiście szczególnie dziwi 
      budżet reklamowy ministerstwa zdrowia, który w 2008 roku na reklamę i ogłoszenia w mediach wydał niespełna 45 tysięcy złotych. W roku 2012 ta kwota wzrosła do ponad 7,8 miliona (!) złotych.
      [Marcin Wikło, wpolityce.pl]

      4) 21 miliardów złotych (nie milionów, miliardów) na olimpiadę w Krakowie. Większość tej kwoty ma pokryć budżet państwa, resztę samorządy. Nawet jeśli (miejmy nadzieję) do olimpiady nie dojdzie, pieniądze na jej konto już są wydawane lekką ręką. Przy tak olbrzymim budżecie liczono być może, że nikt nie zwróci uwagi na takie "drobiazgi" jak 78 tysięcy za logo igrzysk. To o wiele za dużo, szczególnie przy zastosowaniu trybu konkursowego. Ale konkurs, mimo sporego wyboru, unieważniono.  Za pieniądze z budżetu olimpiady członkowie komitetu już bawili w Soczi. 
      Sam pomysł olimpiady jest absurdalny. Na razie działania komitetu już stały się pośmiewiskiem - żeby zareklamować olimpiadę, trzeba było zrobić fotomontaż i dokleić miastu widok na góry, które przecież w rzeczywistości są o wiele dalej i z innej strony. Smogu najwyraźniej nie udało się usunąć. Przynajmniej ze zdjęcia. W tej kwestii są za to wątpliwości dotyczące dokumentacji.
      Nieważne jednak, że nie mamy warunków. Ważne, że nie mamy pieniędzy. Bogatsi już się wycofali (Monachium i Sztokholm) uznając igrzyska za zbyt drogie. Przy okazji, osoby podpisane pod listem otwartym przeciw olimpiadzie w Krakowie, powołują się również na zatrważające dane, potwierdzające ryzyko nawet kilkukrotnego przekroczenia zakładanego budżetu. Mogłoby do tego dojść, jeżeli przy zaawansowanych pracach, obiecane inwestycje okazałyby się bardziej skomplikowane, na etapie, na którym nie dałoby się już z igrzysk wycofać. Tymczasem już dużo mniej skomplikowana inwestycja, jaką była modernizacja stadionu Wisły, kosztowała około 16-krotnie więcej niż pierwotnie zakładano.
      [Tomasz Leśniak, Kraków Przeciw Igrzyskom]. 

      5) Kolejne miliardy złotych tracone bez sensu na strony internetowe ministerstw i inne serwisy administracji publicznej. Od lat na ten problem zwraca uwagę prawnik i działacz obywatelski Piotr Waglowski, relacjonując szczegółowo kolejne wydobyte na ten temat dane. A nie muszę chyba wyjaśniać, że przy okazji widać jak w soczewce problemy z poszanowaniem prawa obywateli do informacji publicznej, co utrudnia zdobywanie pełnej informacji, choć autor w podlinkowanym tekście próbuje dokonać chociaż ostrożnych szacunków. Nawet te przerażają. Okazało się np. że istnieją przynajmniej 3893 serwisy internetowe administracji publicznej. A przypomnijmy, że wyłącznie Biuletyn Informacji Publicznej ma umocowanie ustawowe. Pozostałe w zasadzie... nie powinny istnieć.
      Dodajmy, że kiedy politycy organizują choćby rekonstrukcję rządu, każdorazowo nie wiadomo, co stanie się z informacjami publicznymi zgromadzonymi na stronach nagle nieaktualnych już ministerstw. Jakoś trudno politykom przyjąć do wiadomości, że nie ma potrzeby, żeby każde ministerstwo miało swoją osobną stronę.
      Jakby tego było mało, nasi decydenci odczuwają jeszcze nieodpartą potrzebę, żeby te swoje niepotrzebne strony internetowe... pozycjonować. Co oczywiście oznacza kolejne, dziwnym trafem również niemałe, koszty.


      Ostatnio Premier sugerował, że konieczne będzie "przesunięcie" w inne miejsce pieniędzy przeznaczonych na drogi. 
      Miło mi Pana poinformować, że to nie będzie konieczne. W odróżnieniu od budowy dróg, mamy jak widać wystarczająco dużo wydatków rzeczywiście zbędnych.

      A to tylko wierzchołek góry lodowej. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kto bogatemu zabroni?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 26 marca 2014 15:16
  • środa, 15 stycznia 2014
    • „Zima” Andrzej Stasiuk

      Andrzej Stasiuk, Zima, obraz - Kamil TargoszMalutki zbiór, a w nim opowieści o polskiej prowincji.   
      Czasem z nutką ciepła, np. kiedy Grzesiek mówi czule do ledwie jadącej syrenki:

      Ale na złom nie pójdziesz. Kogoś ci znajdę. Może emeryta. Będzie o ciebie dbał i razem się zestarzejecie. 
      [z opowiadania "Grzesiek"]

      Czasem opisujące rzeczywistość bez owijania w bawełnę - jak rozmowa Edka z żoną, przy telewizorze, na temat obowiązkowych szczepień dla zwierząt. Nie, nie zacytuję jej, bo popsułabym efekt. Mistrzowskie zestawienie dające do myślenia. 

      A zupełnie przy okazji ten fragment pokazuje, że ludzie nie zawsze zrobią to, co nakaże im władza. Oni tylko unikną kary/zapłaty. W sposób, który decydenci powinni umieć przewidzieć, żeby wiedzieć, jaki skutek naprawdę przyniesie ich nakaz czy zakaz.

      W opowieściach przewijają się też gdzieś niby przy okazji rozważania filozoficzne:

      ...od dawna wątpię w zmartwychwstanie ciał, ponieważ nagość i samowystarczalność przeminęły razem z rajskim upadkiem i teraz nic nie jesteśmy warci bez rzeczy, które nas otaczają, bo oddaliśmy im część naszych nieśmiertelnych dusz i musielibyśmy wszystko zabrać ze sobą, żeby stanąć przed obliczem w jakiej takiej całości.
      [z opowiadania tytułowego] 

      A ilustracje stworzył Kamil Targosz  - ciekawe, trochę jakby Bruegel na swoich obrazach nie domalował zwyczajowego tłumu ludzi, wybierając zamiast nich mocny akcent na pierwszym planie. 

      Ponoć jeśli komuś spodoba się "Zima", to spodobają mu się też "Opowieści galicyjskie", choć większość ludzi czyta je w odwrotnej kolejności. Cóż, będę musiała się przekonać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 15 stycznia 2014 01:45
  • środa, 25 grudnia 2013
    • Szpieg na Boże Narodzenie - trzej królowie w wersji szpiegowskiej

      "Szpieg na Boże Narodzenie" David Morrell

      okładkaRzecz dzieje się w Boże Narodzenie w Santa Fe w Nowym Meksyku w Stanach. Domki pełne południowego uroku, ale w górach, dzięki czemu zimą często pada tam śnieg. Mają tam nawet kurort narciarski i oczywiście mnóstwo ludzi zjeżdża do miasta oglądać bożonarodzeniowe dekoracje na tak wyjątkowym tle.

      Wśród tych tłumów i klimatycznych uliczek ucieka Paul (amerykański szpieg rosyjskiego pochodzenia) ścigany przez rosyjską mafię. Pod kurtką niesie niemowlę wykradzione mafiozom, które ma przynieść światu pokój. W rzeczywistości to po prostu dziecko człowieka, który może doprowadzić do zakończenia konflikt izraelsko-palestyński. Nie zrobi tego, jeśli szantażyści będą przetrzymywali jego synka. 

      W tym samym czasie w jednym z tych ślicznych domów przerażony chłopiec widzi, jak jego pijany ojciec bije matkę, upewnia się, że nie będzie mogła wezwać policji, w tym rozbija młotkiem wszystkie telefony i wychodzi.

      Przypadek (albo nie?) sprawia, że Paul i niemowlę trafiają pod ich dach. Na szczęście w zestawie umiejętności szpiegowskich znalazły się też informacje, pozwalające nakarmić niemowlę w domu bez mleka i butelki ze smoczkiem (wg podziękowań, konsultowane przez pediatrę).

      Czekając na atak z zewnątrz Paul opowiada chłopcu i jego matce niezwykłą, szpiegowską wersję Bożego Narodzenia.

      Szczególną rolę w tej alternatywnej interpretacji pełnią Trzej Królowie.

      Nie jestem miłośniczką klasycznych thrillerów, ale ten jest nietypowy i dlatego nawet mi się spodobał. To co dla mnie jest zaletą, dla niektórych miłośników Davida Morrella może być wadą. Ale bądźmy szczerzy, ja dla odmiany raczej nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby mi ją reklamowano, jako książkę autora powieści zekranizowanej jako Rambo.
        

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 25 grudnia 2013 23:23

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa