Wpisy

  • piątek, 20 grudnia 2013
    • Pierniczki świąteczne dla laików - na ostatnią chwilę

      Nasze pierniczkiW tym roku upiekliśmy z Danielem własne pierniczki.
      Korzystaliśmy z przepisu z Moich wypieków na szybkie pierniczki, bo tylko tam obiecywali, że ich pierniczki nie muszą nigdzie odczekiwać i dochodzić. 
      Oczywiście jako laicy nie wiemy, ile to jest np. 13 dag miodu, na szczęście Lobby wie wszystko. Zatem spis składników w tłumaczeniu na ludzki (w alfabecie łyżek i szklanek) brzmi:
      -1 i 3/4 szklanki mąki pszennej,
      -trochę ponad pół szklanki mąki żytniej,
      -2 duże jajka,
      -3/4 szklanki cukru pudru,
      -pół (dwustugramowej) kostki masła, miękkiego, 
      -4-5 łyżek miodu,
      -1 łyżka przyprawy do piernika,
      -1 łyżka kakao,
      -1 łyżeczka sody oczyszczonej.

      Do lukrowania laikom przydadzą się pisaki cukrowe. Jeśli chcecie być ambitniejsi, potrzebujecie jeszcze szklankę cukru pudru, białko, może nawet barwniki spożywcze i dekorator do ciast z odpowiednią, nie za grubą końcówką. Ale my lukru samodzielnie nie robiliśmy. Jako laicy nabyliśmy tzw. pisaki cukrowe, z lukrem w 4 kolorach i jesteśmy zadowoleni.
      Dla kurażu przeczytaliśmy jeszcze opis wykonania pierniczków w Kieszeniach jak ocean i jakoś poszło.


      Jeśli mielibyśmy dodawać własne uwagi laików, to brzmiałyby one tak:

      Nasze pierniczki na choince1) Kupowanie porządnego miodu staje się ostatnio nie lada wyczynem, skoro Daniel w całym wielkim supermarkecie znanej francuskiej marki nie znalazł żadnego, który nie chowałby się za enigmatycznym "mieszanka miodów z krajów UE i spoza UE". Na szczęście w sklepach zdarzają się jeszcze polskie miody.

      2) W pierwotnym przepisie sugerowano rozpuszczone masło. Na szczęście nie próbowaliśmy go rozpuszczać. Jako irlandofile wzięliśmy po prostu Kerrygold - irlandzkie masło, prawdziwe, ale od razu miękkie, takie dziwo. Okazało się wystarczające, co oznacza że zwykłe masło też wystarczyłoby zostawić na trochę, żeby zmiękło, nie trzeba go od razu rozpuszczać. 

      3) Na przyprawy do piernika często składają się takie "przyprawy" jak cukier, kakao, mąka, glukoza. Ciężko znaleźć coś bez wypełniaczy. Można oczywiście przygotować własną mieszankę - jeśli się nie jest początkującym kulinarnym laikiem - swoją drogą chyba nie istnieje coś takiego jak początkujący laik, bo musiałby wracać do początków po wcześniejszym byciu nielaikiem.
      Tak czy inaczej z przypraw bez wypełniaczy na placu boju pozostały:
      -Podlaska przyprawa do pierników i innych ciast - zawiera wszystko co trzeba, a dodatkowo jeszcze skórkę z pomarańczy, nie ma wypełniaczy, tylko nie była dostępna w naszej okolicy w przedświątecznym zamieszaniu;
      -Kotanyi - tej użyliśmy.

      Rybka4) Z tą mąką... Wypieki pisały, że ciasto może być klejące. No nie może. U laików nie może, bo pierniczki przyklejają się do foremek, przelewają się przez dłonie, nóż, czy czym tam laicy (my) próbują je przenosić. Kieszenie też miały z tym problem, tylko zabawniej go opisały. Zatem ciasto nie może być lepiące. Owszem nie dodawaliśmy mąki, ale:
      -w końcu zaczęliśmy od serca podsypywać mąkę na stolnicę i wałek
      -i to mimo przetrzymania ciasta przez dobrych kilkanaście zdrowasiek w lodówce.

      5) Podczas zdobienia w końcu udało mi się odkryć, że lukier źle nałożony szybko można zetrzeć, a ciężki do ułożenia daje się poprawiać w wersji półzastygniętej. 

      6) Dziurki dobrze się robi słomkami do lemoniady. Dziurkom zdarza się w czasie pieczenia częściowo zarosnąć. Na szczęście od razu po wyjęciu z piekarnika, pierniczki są na tyle miękkie, że da się bezpiecznie te dziurki poszerzyć, np. za pomocą wykałaczki. Ale trzeba to zrobić bardzo szybko, zanim pierniczki nie stwardnieją.

      7) 8 minut wg przepisu, to 8 minut, a nie "oj takie jakieś grubiutkie brzuszki im się zrobiły, lepiej potrzymajmy je dłużej". Chociaż z drugiej strony troszkę zbyt przypieczone pierniczki też są smaczne. A skoro te udane trafiają na choinkę, przy dobrym doborze foremek mało co się pokruszy, tymczasem zainteresowanych spróbowaniem nagle zrobiła się czwórka...

      W każdym razie na zdjęciu prezentujemy ilość pierniczków, która ostała się do celów choinkowo-wieszawczych. Jakieś może 70%, trudno stwierdzić.
      Reasumując - pierniczki wyszły i są pyszne. A procedura wytwarzania została przetestowana przez laików.

      Nasze pierniczki
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 20 grudnia 2013 04:05
  • środa, 18 grudnia 2013
    • Zimowe opowieści znanych pisarzy

      Opowiadania bożonarodzenioweTę książkę stworzono z myślą o dzieciach. Wielkie, kwadratowe tomiszcze w twardej oprawie, z wygodną, bardzo dużą czcionką i rysunkami prawie na każdej stronie. Ewidentnie wydawca dzieci miał na myśli. Ale wypełnił ją opowieściami wybitnych pisarzy, ciekawymi, wciągającymi i nie przypominającymi naiwnych świątecznych bajek, jakich pełno teraz na księgarskich półkach. Czasem pokazują twardsze niż dziś życie XIX-wiecznych ludzi i mogą wywołać dodatkowe dziecięce pytania. Ale czy to źle?
      Generalnie nie, choć czasem mogą się pojawiać pytania, czy rzeczywiście wszystkie te opowiadania są dla dzieci. Dlatego na końcu spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.

      Pewną wadą jest tytuł - "Opowiadania bożonarodzeniowe". Kiedy do samego Bożego Narodzenia odnosi się tam (i to też mniej lub bardziej) zaledwie 5 opowiadań z 13. 
      O wiele lepszym tytułem byłby zatem "Zimowe opowieści" - i bliższym prawdzie i ludzie nie ograniczaliby błędnie zainteresowania książką do czasu adwentu i Bożego Narodzenia. 

      A co znajdziemy w środku?

      1) Aleksander Afanasjew "Mrózko" - klasyczna rosyjska zimowa bajka. Co ważne Afanasjew niczego nie wymyślał, tylko zbierał prawdziwe bajki, krążące po rosyjskich wsiach, ponieważ był XIX-wiecznym badaczem etnograficznym. W bajce podoba mi się też, że dobra siostra wyjątkowo nie jest najmłodsza, tylko najstarsza. To że ma na imię Marfusza (rosyjska wersja Marty) stanowi dla mnie tylko dodatkowy atut.

      2) Hans Christian Andersen "Dziewczynka z zapałkami" - przedstawiania nie wymaga (BN).

      3) Jakub i Wilhelm Grimm "Pani Holle" - stara baśń niemiecka. Ponoć do tej pory, kiedy w Hesji pada śnieg, mówią "Pani Holle ściele swoje łóżko.


      4) Karel Čapek "Ślady" - Čapek to jeden z najbardziej inteligentnych pisarzy, jakich kiedykolwiek nosiła ziemia. Uwielbiam go odkąd przeczytałam jego mądrą, wręcz proroczą "Inwazję Jaszczurów", którą też Wam serdecznie polecam. Ślady to trochę dziwne opowiadanie, z zagadką bez rozwiązania, za to z bardzo ciekawym zestawieniem różnego myślenia o naturze rzeczywistości.

      5) Jack London "Za zdrowie wędrowca na szlaku" - lubię tę opowieść. Na tle śnieżnej zimy, życia twardzieli na Alasce z czasów gorączki złota, autor stawia fundamentalne pytanie o to, co jest ważniejsze - prawo, czy sprawiedliwość.


      6) O. Henry (właść. Wiliam Sydney Porter) "Dary trzech króli" (BN) 
      Bardzo znane opowiadanie, na pewno już się z nim zetknęliście. O młodym, biednym i kochającym się, nie za mądrym małżeństwie - nie mieli nic tylko siebie i ona miała najpiękniejsze w świecie długie włosy, a on najwspanialszy zegarek i oboje koniecznie chcieli podarować sobie wzajemnie prezenty na Boże Narodzenie. Sama nie przepadam za tą opowieścią i nie zgadzam się z konkluzją autora. Ale mogło być gorzej. Pewna matka w dzisiejszej Polsce tak bardzo chciała wyprawić swojemu dziecku godną komunię, że poszła zbierać pieniądze jako prostytutka. O. Henry aż tak daleko się nie posunął, ale nie wiem, czy ta nieszczęsna kobieta przypadkiem nie czytała jego opowiadania w dzieciństwie i nie uwierzyła autorowi.

      7) Hans Christian Andersen "Dzieje roku" - ciekawe opowiadanie, w którym Andersen zestawia ze sobą współczesne już od jego czasów rozumienie roku, jego początku, końca i pór, ze starymi wierzeniami, jakoś tak bardziej naturalnymi.

      8) Aleksander Puszkin "Zamieć" - wszystkie te trzy rosyjskie opowiadania o zawiejach i zamieciach mogą być ciekawym doświadczeniem szczególnie dla dzieci wychowywanych za granicą, w krajach, gdzie śnieg zdarza się rzadko. Ale i w dzisiejszej Polsce, szczególnie w miastach, zwykle nie znajdujemy się w sytuacji, w której zawieja miałaby szansę wpłynąć na nasze losy. Akurat opowiadanie Puszkina jest do tego jest zabawne, pisane lekko, a bohaterowie nie są traktowani do końca poważnie. Przyjemnie się je czyta.

      9) Michaił Bułhakow "Zawieja" - to nie jest fikcja. Uwielbiany autor "Mistrza i Małgorzaty" naprawdę z wykształcenia był lekarzem i w tym opowiadaniu nawiązał do rzeczywistych wydarzeń ze swojej praktyki. Z noty biograficznej na końcu książki wynika, że to opowiadanie pierwotnie ukazało się w jednym z czasopism medycznych. Historia działa się w czas straszliwej zamieci, a autor opisuje ją sucho, tak jak zapewne ją widział oczami nieprawdopodobnie przemęczonego lekarza. Ale i tak bohaterowie zapadają w pamięć i człowieka dosięga żal. Z drugiej strony ta opowieść i tak jest bardziej optymistyczna niż niektóre historie z naszych nowoczesnych szpitali, gdzie dla odmiany czasem jest wszystko, poza dobrą wolą lekarzy...

      10) Lew Tołstoj "Zamieć. Opowiadanie" - Jeśli do tej pory nie zrozumieliśmy jeszcze, czym jest zamieć, Tołstoj pokaże nam ją z całą mocą. W dzisiejszym, miejskim życiu, przyroda rzadko daje nam odczuć realne zagrożenie, kiedy moglibyśmy poczuć siłę natury. Najbliżej niej jesteśmy stojąc na przystanku, kiedy autobus się spóźnia. Może warto dzieciom z takimi doświadczeniami poczytać tę opowieść...

      11) Vladimir Hulpach i Algonkinowie "Szingebis i północny wiatr" - baśń zaczerpnięta przez Hulpacha od indiańskiego plemienia Algonkinów - o odważnym człowieku, który zdecydował się stanąć twarzą w twarz ze straszliwym północnym wiatrem. Dla ludzi żyjących tak blisko natury była to zapewne historia pozwalająca oswajać ciężkie, zimowe miesiące i tłumaczyć różnice między porami roku.

      12) Alphonse Daudet "Trzy ciche msze. Opowieść wigilijna" (BN) - oryginalna opowieść o pewnym księdzu, który stanął pomiędzy celebracją Bożego Narodzenia a grzechem łakomstwa.

      13) Adalbert Stifter "Święta noc" (BN) - opowieść o austriackich bożonarodzeniowych zwyczajach i wierzeniach.

      Czy te opowiadania są dla dzieci? 

      Po rozmowie z pewną bardzo mądrą mamą postanowiłam dokładniej przemyśleć te wątpliwości.

      Oczywiście dla małych dzieci będą zwyczajnie niezrozumiałe. Na poziomie pięcio- sześciolatka pewnie jest najwyżej kilka opowiadań. Ale przyjmując, że opowiadanie nie będzie dla dziecka za trudne, czy to w ogóle są opowiadania dla dzieci?

      Wychodzi mi, że:
      -Hulpach z indianami (11) i Andersen "Dzieje roku" (7) to zupełnie nieszkodliwe mity. Nawet nikt nie ginie;

      -Stifler (13) opowiedział po prostu o tym, jak dzieci w Austrii czekają na prezenty, które według miejscowych wierzeń, przynosi im dzieciątko Jezus. Nikt nie ginie, nikt z nikim nie walczy;

      -Afanasjew (1) i Grimmowie (3) to klasyczne, stare bajki. Generalnie niegroźne, choć jak to w dawnych bajkach, złe siostry spotyka "zasłużona" kara, drastyczna jak na dzisiejsze rozumienie. Można się oczywiście zastanawiać, dlaczego w dawnych bajkach ocenie i porównaniu podlegają zawsze dziewczęta, a nie chłopcy i dlaczego tak premiowana jest skromność i pracowitość, ale na plus należy im policzyć, że odpuścili sobie klasyczny bajkowy stereotyp, zgodnie z którym dobra siostra powinna być młodsza, ładniejsza i blond, a zła starsza, brzydsza i najlepiej czarna;

      -Puszkin (8) i Daudet (12) to takie trochę nawet zabawne i dość lekko napisane opowiadania. Też się moim zdaniem nadają dla dzieci;

      -London (5) jest trochę trudniejszy i dzieciom nie spodoba się jedno zdanie - o konieczności zabijania psów z zaprzęgu, o ile zrozumieją, że to o to chodzi. Jest rzucone przy okazji i w zawoalowany sposób, czytając można je pominąć bez szkody dla wartości opowiadania;

      -Čapek (4) opisał zagadkę bez odpowiedzi, co może się okazać zbyt wysokim poziomem abstrakcji, ale może niekoniecznie, nie wiem;

      -Tołstoj (10) szczególnie dla młodszych dzieci będzie trochę za ciężki, chociaż nic groźnego tam się w zasadzie nie dzieje, po prostu jeżdżą w zamieci, nie mogą się zdecydować, zawracają, mylą drogę, a opowiadającego męczą wspomnienia o lecie i... no tak, przypomina sobie historię o topielcu;

      -Bułhakow (9) opowiedział prawdziwą, autobiograficzną historię. Dochodzi tam do nieszczęścia, które w odróżnieniu od historii o topielcu jest opowiedziane tak, że niby autor wcale się o to nie starał, ale ciężko się nim nie przejąć. To może być zbyt stresujące dla dziecka. Na wszelki wypadek proponuję, żeby dorosły sam najpierw sobie tę historię przeczytał. Dodatkowo niektóre określenia medyczne mogą też być niezrozumiałe, szczególnie dla młodszych dzieci;

      -Dziewczynka z zapałkami (2) - sami oceńcie. Tak naprawdę jest straszniejsza od pozostałych, bo to historia zamarzającej dziewczynki...

      -O'Henry (6) stworzył opowiadanie, w którym wprawdzie nikt nie ginie, ale raczej przeczytałabym je jako wstęp do dyskusji o histerii prezentowej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 18 grudnia 2013 03:58
  • poniedziałek, 16 grudnia 2013
    • "Przybieżeli pasterze" Jan Karon

      Przybierzeli pasterze, Jan KaronKolejna amerykańska książka świąteczna, która trafiła do mnie z powodu odniesień do Irlandii.
      W praktyce odniesienia okazały się niezbyt istotne, Irlandia pozostaje bardziej symbolem czy marzeniem, ale książka może być relaksującą lekturą na Boże Narodzenie.

      Nie spodziewajcie się po niej akcji czy ambitnych pomysłów, nie w tym celu ją stworzono.
      Raczej powstała, żeby zapewnić czytelnikom możliwość zanurzenia się w ciepłą atmosferę małego, urokliwego miasteczka, gdzie przyjaźni, religijni mieszkańcy najpierw spokojnie cieszą się urokami jesieni, a dopiero później Bożym Narodzeniem. Autorka wprost krytykuje bezsens robienia świątecznego zamieszania zaraz po Halloween, do klimatu Świąt przechodząc dopiero w odpowiednim momencie. Prezentami, które sprawiają ludziom przyjemność są tam albo rzeczy własnoręcznie wykonane, w tym ciasta albo książki. Jedna z bohaterek prowadzi klimatyczną księgarnię w dawnym stylu - taką, jakie w realnym świecie są już coraz częściej wypierane przez wielkie sieci księgarskie.
      Z nietypowych w dzisiejszych książkach czy filmach elementów - żona jednego z bohaterów mieszka w innym mieście, żeby opiekować się chorą matką. Wśród bohaterów w ogóle spore znaczenie mają starsi ludzie, w większości kochające się małżeństwa. Wśród nich główny bohater - emerytowany pastor, który wymarzył sobie odrestaurowanie starej szopki, wypatrzonej w sklepie z antykami. Pomagają mu w tym przyjaciele i tak niespiesznie toczy się cała historia.
      Co ciekawe, inspiracją dla autorki była prawdziwa zniszczona szopka, która rzeczywiście została odnowiona. Szkoda, że w ramach ilustracji nie dołączono zdjęć.

      Skoro już jestem przy uwagach, to wstrząsnęła mną głupota tego fragmentu: "Tak wiele rodzin przyszło po swoje torby z żywnością... Podobno więcej ludzi usiądzie do bożonarodzeniowej kolacji w Mitford i Wesley niż kiedykolwiek przedtem. 

      No tak, przecież bez odpowiednich składników do świątecznej kolacji by nie zasiedli. Tu przypominam sobie te wszystkie historie ludzi, którzy spędzali Boże Narodzenie w naprawdę trudnych warunkach - w czasie wojny, czy zesłani na Sybir. I z jakim przejęciem ci ludzie uroczyście obchodzili Wigilię, a po latach wspominali ją jako szczególnie ważną. Nawet jeśli w ramach potraw atrakcją było po prostu więcej chleba, albo zdobyta skądś fasola.
      Ale być może Amerykanie naprawdę mają aż tak ograniczoną wyobraźnię i tak głęboko zakorzeniony konsumpcyjny styl życia...

      Swoją drogą czasem też się zastanawiam, jak może ze sobą współistnieć Ameryka Santa Clausa, świątecznej Coca-Coli, szału prezentów od października, season greetings, sezonowych (bo przecież nie bożonarodzeniowych) piosenek, a z drugiej strony Ameryka jako kraj, w którym mieszka masa bardzo religijnych ludzi.

      Nie wiem. Książka w każdym razie zapewnia zanurzenie w prowincjonalnym, nieco staroświeckim amerykańskim świecie, gdzie nie dotarły wielkie sieci, a wspólnoty jeszcze nie rozbił indywidualizm za wszelką cenę. I gdzie konkretny człowiek (a nie wielka sieć) może dobrze sobie radzić prowadząc księgarnię, czy sklep z antykami. Takie świąteczne marzenie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 grudnia 2013 21:16
  • piątek, 13 grudnia 2013
    • Irlandzkie Święta w Stanach

      Szukając irlandzkich śladów w świątecznych książkach trafiłam na "Święta u Coole'ów".
      Czytając moją poprzednią recenzję, można było dojść do wniosku, że niektóre książki świąteczne są zbyt schematyczne i lukrowane, a do tego jak na pozycję z irlandzkimi elementami, było tam stanowczo za mało Irlandczyków.
      Niech już będą te Stany, ale człowiek zaczynał tęsknić za prawdziwymi, pełnokrwistymi, irlandzkimi bohaterami, w stylu "Fairytale of New York" - The Pogues and Kirsty MacColl



      albo "The Season's Upon Us" Dropkick Murphys

       

      Cóż, można powiedzieć - uważaj o co prosisz, bo jeszcze to otrzymasz. Zatem trzymajcie się mocno:

      "Święta u Coole'ów" Michael Gregory Stephens

      Święta u Coole'ów, Michael Gregory StephensRodzina O'Coole (teraz już wygodniej i bardziej po amerykańsku Coole) to biedni, wielodzietni, potomkowie irlandzkich emigrantów.

      Ojciec nie lubi świąt Bożego Narodzenia, bo kiedy był chłopcem, zapaliła się choinka i dom spalił się aż do fundamentów. To jeden z niewielu fragmentów nadających się do zacytowania.

      Ich Święta są beznadziejne, z awanturami, przemocą w rodzinie, alkoholem, narkotykami i generalnie z patologią w tle. A że akcja powieści odnosi się do lat 60-tych, to do tego dochodzą jeszcze nikogo wówczas w Stanach nie dziwiące rasizm i mizoginia. W dalszych wątkach (odwiedziny jednego z chłopców u rodziny) można dojrzeć nawet element pedofilii.

      Pojawiają się też oczywiście odniesienia literackie i filmowe. No właśnie, to dobry moment, żeby przypomnieć, że w irlandzkiej literaturze istnieje mocny nurt powieści naturalistycznej, ze słynnym Ulissesem Joyce'a na czele.

      M.G. Stephens jednak chyba szczególnie się starał odcisnąć w tym nurcie swoje piętno. Opis obrzydliwości, który odrzucił mnie od Ulissesa, znalazłam tutaj już na 27 stronie i to nie jest fragment nadający się do cytowania, a jeszcze wcale nie jest najgorszy.

      Autor naprawdę bardzo się starał, żeby zagęszczenie naturalistycznych obrzydliwości odrzucało czytelnika już od początku.

      Do tego ta książka jest naprawdę bardzo irlandzka i prawdziwa w wersji pasującej do swoich czasów. To nie jedyny amerykański przykład historii irlandzkiej wieloletniej rodziny z przemocą i alkoholem i beznadzieją w tle.
      Sam nienawidziła tego aspektu bycia Irlandczykiem, tego nastawienia na pecha życiowego (...)

      Jakim cudem niepostrzeżenie Irlandczycy przeszli metamorfozę do najbardziej wyluzowanych gości, którzy rozkręcą każdą imprezę - nie wiem. 

      Tu jesteśmy jeszcze na etapie - matka upijając się rozmawia z Matką Boską, rozbita po tym, jak po kolejnym poronieniu spuściła dziecko w toalecie, ojciec pracuje w służbie publicznej, a dumny z dzieci jest chyba tylko, kiedy odbiera Emmeta z komisariatu i może się tym faktem pochwalić w pubie itd.

      W zasadzie Emmet "Bestia" to chyba jedyny choć trochę zabawny element tej rodzinnej układanki. W wieku czternastu lat rozchorował się tak poważnie, że lekarze zapowiedzieli mu maksymalnie 2 lata życia. Uciekł ze Szpitala Miłosierdzia, przebrany za zakonnicę, został pijakiem i największym rozrabiaką w okolicy. Jednocześnie dbał o siebie i nawet najbardziej nieprzytomny nigdy nie zapominał o tabletkach. W efekcie:

      Mój kłopot polega na tym, że mam dwadzieścia siedem lat, żyję, a zachowuję się ciągle tak, jakbym miał piętnaście i rok życia przed sobą.

      Pozostał mu tylko rok życia Wysoki Sądzie!
      Ułaskawiano go, ponieważ osoby urzędowe myślały, że do roku pozbędą się tego chudego blond burzyciela ładu społecznego i kolejny rok będzie przyjemny, z Bestią martwym i pogrzebanym (...)

      Ale uczciwie rzecz ujmując, ta książka naprawdę nadaje się do czytania raczej przez najtwardszych miłośników wszystkiego, co irlandzkie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 13 grudnia 2013 01:03
  • środa, 11 grudnia 2013
    • "Najdłuższa noc" Mary Higgins Clark

      Kolejna recenzja do Świątecznego Maratonu Książkowego 2013, to kontynuacja szukania w świątecznych książkach irlandzkich śladów.
      Rzecz dzieje się  w Stanach, tyle tylko, że pojawiają się tam potomkowie irlandzkich imigrantów.

      "Najdłuższa noc" Mary Higgins Clark

      Najdłuższa noc, Mary Higgins ClarkMłoda dziewczyna porzuca w grudniową noc niemowlę w wózku pod kościołem i biegnie zadzwonić do parafii. Tej samej nocy złodziej wynosi z kościoła cenny puchar dawnego biskupa, do którego cała parafia się nieomal modli. Złodziej uruchamia cichy alarm, pojawia się policja, dziewczyna uznaje, że najwyraźniej znaleziono już jej dziecko. To tymczasem znika razem z wózkiem i złodziejem, który na szczęście posiadał też opiekuńczą, religijną ciocię.

      Jeśli szukacie książki przyjemnej, stereotypowej i przewidywalnej jak masa marnych amerykańskich filmów świątecznych, to nie czytajcie dalej tej recenzji, dobrze trafiliście, będziecie zadowoleni.

      To, że książka będzie marna, można się było domyślić już po pierwszym zdaniu, zamieszczonym w Podziękowaniach:

      "Kiedy mój wydawca, Michael Korda, zadzwonił z propozycją napisania książki na Boże Narodzenie, usłyszał w odpowiedzi:
      -Michael, odkładam słuchawkę."

      Wraz z tym fragmentem książka mogłaby służyć za ilustrację do tematu "skąd się biorą te wszystkie, przewidywalne, amerykańskie świąteczne scenariusze"?

      Potomkowie irlandzkich imigrantów, podobnie jak włoskich, są tu tylko niezbędnym elementem dekoracji, jako katolicka społeczność, pasująca do zakonnic i pucharu traktowanego jak relikwia.

      Dalej akcja rozwija się wg jasnego scenariusza (uwaga spojler). Ci dobrzy - zakonnice prowadzące świetlicę, gdzie dzieci pracujących rodziców mogą mogą przebywać pod dobrą opieką do wieczora. Ci źli - oszuści fałszujący testament, żeby ukraść kamienicę, do której miały się przeprowadzić zakonnice z dziećmi, żeby świetlica nie została zamknięta. Świetlicy obowiązkowo musi grozić zamknięcie, bez tego nie byłoby dramy. Superbohater - sprzątaczka, która została milionerką po wygraniu na loterii, a pieniądze spowodowały, że nagle odkryła w sobie talenty detektywistyczny i dziennikarski. 

      Dziecko oraz puchar oczywiście odnajdują się na końcu w odpowiednio atrakcyjnych okolicznościach, w samym środku przedstawienia jasełkowego, w którym dziewczynka rzecz jasna odgrywa główną rolę. Oczywiście też, jak w niektórych amerykańskich filmach, oszuści nie zostają wcale oddani w ręce policji, a poprzednie fałszerstwa przebadane. Bohaterowie po prostu informują oszustów, że o wszystkim wiedzą, na co oni się wyprowadzają. 

      Książka ma jednak dwie zalety - wskazuje absurdy prawne (wyśrubowane przepisy dotyczące warunków w jakich można opiekować się dziećmi, powodują, że wiele dzieci zostaje do czasu powrotu rodziców z pracy w znacznie gorszych warunkach, do tego bez opieki).
      Do tego jest napisana dość zgrabnie i pasuje do świątecznego klimatu.



       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 11 grudnia 2013 16:37
  • wtorek, 10 grudnia 2013
    • "Podarunek" Cecelia Ahern

      Kontynuując Świąteczny Maraton Książkowy 2013 - zaczęłam w książkach świątecznych szukać irlandzkich śladów.
      W tym celu przeczytałam 4 pozycje. Przyznam uczciwie, że z różnym skutkiem. Pierwszą jest:

      "Podarunek" Cecelii Ahern
      Podarunek, Cecelia AhernThe Gift, Cecelia AhernJedyna książka z tego zestawu, która w całości dzieje się w Irlandii.
      Poetycki klimat, odrobina magii, współczesne irlandzkie realia i niepewność, co wydarzy się dalej, czyli całkiem niezły przepis na świąteczną książkę, szczególnie dla miłośników zielonej wyspy.

      Przed Świętami na jeden z dublińskich posterunków przywożą nastolatka, który wrzucił wielkiego indyka przez szybę salonu do domu swojego znienawidzonego ojca. Stary policjant zaczyna opowiadać mu zadziwiającą historię, którą właśnie skończyli rozpracowywać.
      Lou z żoną i dwójką malutkich dzieci, dla których nigdy nie ma czasu, mieszka w willi na przepięknym półwyspie Howth, zaliczanym do eleganckich przedmieść Dublina. Pracuje w nowoczesnym budynku w centrum, nad brzegiem rzeki Liffey. W firmie pojawiła się właśnie szansa znacznego awansu, którą próbuje sprzątnąć mu sprzed nosa sprytny kolega. Pewnego dnia Lou biegnąc do pracy zauważa siedzącego na ziemi żebraka, który jak się okazuje, zadziwiająco dużo potrafi...

      Więcej szczegółów nie podam, żeby nie spojlerować - ta książka na to nie zasługuje. Dlatego przestrzegam przed czytaniem innych opisów i recenzji, bo w niektórych niestety, bez ostrzeżenia, podawane są informacje odnoszące się do zakończenia. A szkoda.

      Książka pasuje do świątecznego klimatu i mimo dokładanej czasem odrobiny moralizatorstwa czyta się ją dobrze. Jednocześnie nie jest przewidywalna, widać w niej kilka ciekawych pomysłów i w wystarczający sposób daje do myślenia.
      Na marginesie przyznam, że okładka oryginalnego wydania podoba mi się bardziej od wersji polskiej. 

      Recenzje pozostałych książek wrzucę tutaj wkrótce. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 grudnia 2013 18:32
  • niedziela, 08 grudnia 2013
    • Tolkien na Święta - Listy OD Mikołaja

      Okładka pierwszego polskiego wydania, a na niej rysunek Tolkiena z 1928 roku, przedstawiający wnętrze nowego domu Mikołaja, z malowidłami drzew, słońca, księżyca i gwiazd na ścianach. Ze schodów właśnie zjeżdża nosem w dół Miś Polarny, niosąc naręcze prezentów. Słysząc rumor, do schodów podbiega zaskoczony Mikołaj - tym razem ludzkich rozmiarów, choć w krasnoludkowym ubranku.Jak myślicie, co mają ze sobą wspólnego Tolkien i Święty Mikołaj? Okazuje się, że przez lata Tolkien wysyłał do swoich dzieci, na Święta, listy od Mikołaja. Czasem nawet przynosił je prawdziwy listonosz. Listy były pisane charakterystycznym drżącym pismem - Mikołaj, jako postać magiczna, był przecież bardzo stary. Co ciekawe, w wersji Tolkiena, był rówieśnikiem Bożego Narodzenia.

      Jeśli John nie może odczytać mego starczego, nierównego pisma (mam już przecież 1925 lat) niech poprosi Tatę o pomoc.
      [Z listu na Święta 1925 roku]

      Listy obowiązkowo zawierały znaczki z Bieguna Północnego i ilustracje przygód, jakie tym razem przytrafiły się Mikołajowi.

      No właśnie, to w końcu Święty Mikołaj, Mikołaj, Father Christmas, a może Santa Claus? Tu przypomnę, że Tolkien zaczął pisać swoje listy w 1920 roku. To był czas, kiedy coraz bardziej krystalizował się w społecznym odbiorze obraz magicznego, mieszkającego na biegunie północnym Santa Clausa. W Anglii jednak nadal, jeszcze powszechniej niż dziś, używano starego określenia Father Christmas. I Tolkien, kierując się angielską tradycją, podpisywał się w swoich listach właśnie Father Christmas. Ale zarówno postać Mikołaja, jak i przypisywane mu cechy i przygody (mieszkanie na biegunie północnym, renifery itd.) pasują już bardziej do ówczesnych wyobrażeń na temat Santa Clausa. Dlatego też Mikołaj na rysunkach Tolkiena jest taki malutki (zupełnie jak na słynnych XIX-wiecznych rysunkach F.O.C. Darleya czy Thomasa Nasta).
      Więcej szczegółów na temat tego, jak Santa Claus zastąpił Świętego Mikołaja znajdziecie TUTAJ (w tekście występuje również Father Christmas).

      Co ciekawe, Tolkien nie tylko podpisywał się Father Christmas (co nota bene wyjaśnia, czemu listy docierały na Boże Narodzenie, a nie 6 grudnia) nawiązywał też czasem wprost do swojego imienia:
      Serdecznie pozdrawiam Was obu oraz Christophera, którego imię trochę przypomina moje. 
      [B.N. 1925 r.] 

      Nawiązał też sprytnie do samego, prawdziwego Świętego Mikołaja.

      Kochani, mógłbym jeszcze długo opowiadać o moim wiecznie dziecinnym braciszku i o moim ojcu - Starym Mikołaju - a także dlaczego nas obu nazwano imieniem tego samego świętego (jego imieniny obchodzimy 6 grudnia), który zwykł dawać prezenty w tajemnicy i czasami wrzucał* przez okno sakiewki z pieniędzmi. 
      [B.N. 1930 r.]

      W tej sytuacji, w odniesieniu do Tolkiena, chyba najprościej będzie mówić Mikołaj. I tak, moim zdaniem, powinna być w Polsce tytułowana ta książka "Listy od Mikołaja"**.

      Okładka pierwszego wydania książki. Wykorzystano tam rysunek Tolkiena ze świątecznego listu z 1926 r. Miś Polarny właśnie odkręcił kurek z zorzami polarnymi, wywołując najgroźniejszy fajerwerk na świecie. Po tym wydarzeniu Biegun Północny sczerniał na 2 lata. Na rysunku widać Biegun Północny (ten wysoki lodowy sopel) stary dom Mikołaja (ten czarny cień po lewej stronie - Miś przypadkiem zniszczył go rok wcześniej) oraz nowy dom Mikołaja, który wybudowali razem na lodowym klifie nad Biegunem Północnym. Tolkienowski Mikołaj wygląda jak krasnoludek w czerwonym kubraczku, jak na dzisiejsze realia mikołajowe jest dość szczupły, mieszka na biegunie północnym, przygotowuje tam prezenty dla dzieci, przechowuje je w piwnicach wykutych w lodowym klifie, na którym stoi jego dom, a potem dzięki magicznemu pojazdowi zaprzężonemu w renifery jest w stanie w jedną noc rozwieźć prezenty wszystkim dzieciom świata.

      Co jest w listach? Przede wszystkim opisy perypetii, utrudniających Mikołajowi przygotowanie prezentów na czas. Większość zamieszania wywołuje Miś Polarny, któremu ciągle coś się przytrafia i w efekcie część prezentów się tłucze, niszczy, czy gniecie. Bohaterami tych opowieści są również inne niedźwiadki, bałwanki, gobliny podkradające prezenty (którym Mikołaj wydał wojnę) gnomy oraz elfy.
      Elfy, jako pomocnicy Mikołaja, pojawiają się dopiero po kilkunastu latach. List z 1936 roku zawiera genezę ich "zatrudnienia" u Mikołaja i nawet jest wyjątkowo pisany przez elfa, zamiast zbyt poruszonego wydarzeniami Mikołaja.

      Nazywam się Ilbereth. Wielu z nas, czerwonych i zielonych elfów, mieszka na stałe w domu na wzgórzu i przyuczyło się do pakowania prezentów. To był pomysł Misia Polarnego (...) 

      Do listu dołączony był również rysunek, przedstawiający Misia Polarnego, przyuczającego czerwone i zielone elfy do pracy.

      Czerwone i zielone elfy przyuczane do pracy dla Mikołaja - fragment rysunku Tolkiena, dołączonego do listu na Święta 1936 r.Zastanawiam się w tym momencie nad rolą Tolkiena w powiązaniu Mikołaja z elfami. Byłoby to wygodne założenie, tylko że elfy żyjące na Biegunie Północnym nie przypominają wysokich, eleganckich i raczej wyniosłych elfów, spotykanych w typowej Tolkienowskiej literaturze. Jednocześnie trzeba pamięć, że Tolkienowskie listy zostały po raz pierwszy wydane dopiero w 1976 roku. Z wcześniejszego okresu pochodzą choćby ilustracje Haddona Sundbloma, przygotowywane latami na zlecenie Coca-Coli, gdzie również czasem pojawiają się zabawne, malutkie elfy. My byśmy raczej powiedzieli "krasnoludki". Ale dokładnie tak samo nazwalibyśmy czerwone i zielone elfy z rysunku Tolkiena.

      Mocno Tolkienowskim elementem jest za to alfabet, który Miś Polarny odkrył w jaskiniach goblinów, a którego starsze dzieci mogą używać, bawiąc się w zaszyfrowane pisanie.

      A właśnie, dla kogo jest ta książka?
      Dla dzieci, dla miłośników Tolkiena, dla dzieci zaczytujących się w Tolkienie, a także... dla rodziców, którzy chcieliby wykorzystać ten pomysł i przygotować adresowane do własnych dzieci listy od Mikołaja. We własnych listach można odnieść się do spraw ważnych dla dziecka, umieścić je mocniej w dzisiejszych realiach, ale generalnie pomysły i opisy perypetii przygotowane przez Tolkiena, są w większości ponadczasowe.

      Ten tekst rozpoczyna Świąteczny Maraton Książkowy.
      To znaczy, że mam zamiar wrzucać tu recenzje kolejnych, czytanych w tym roku książek o tematyce świątecznej.

      --
      *Tekst w książce [Wyd. Rebis] brzmi naprawdę "i czasami wyrzucał przez okno sakiewki z pieniędzmi", ale przyjmuję, że to tylko szaleństwa chochlika drukarskiego, ponieważ Święty Mikołaj zasłynął podrzuceniem biednym ludziom pieniędzy, a nie ich wyrzuceniem. 

      **W Polsce pojawiły się dotąd 2 wydania, pod dwoma tytułami.
      -"Listy od Świętego Mikołaja" Wyd. Rebis, 1994 r.
      -"Listy Świętego Mikołaja" Wyd. Prószyński i S-ka, 2001 r.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 grudnia 2013 16:09
  • poniedziałek, 11 listopada 2013
    • Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce

      Z okazji 11 listopada przypomnę tylko, że nasi politycy, wbrew wszystkim okrągłym zdaniom, które dziś wygłoszą, utrzymują w Polsce stan, w którym praktycznie cały propatriotyczny przemysł jest nielegalny. Taką to mamy niepodległość...

      Pisałam o tym dwa lata temu TUTAJ

      Polska to taki dziwny kraj, w którym nie wolno produkować w celu sprzedaży:
      -wpinek z orzełkiem czy flagą państwową,
      -koszulek, czapek itp. z orłem białym czy flagą,
      -samych flag,
      -CD z hymnem narodowym.

      Nosić je (generalnie) możemy, tylko najpierw ktoś je musi nielegalnie wyprodukować. Ryzykując grzywną albo aresztem (art. 49 Kodeksu wykroczeń w związku z art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie RP).

      Teraz już wiecie, czemu w Polsce jest o wiele mniej fajnych projektów promujących barwy narodowe, nasze godło, czy hymn? Bo jeśli nie polegają na wyprodukowaniu czegoś i rozdaniu ludziom, to są nielegalne.

      Wtedy wydawało się, że jest nadzieja na zmianę. Do prasy dotarła afera z orzełkami PZPN-u. 
      Niestety jak często się zdarza - media pokazały wierzchołek góry lodowej, a politycy radośnie ograniczyli rozwiązanie problemu do tego wierzchołka.

      Rok temu zatem kontynuowałam temat TUTAJ

      Nie znam drugiego kraju, w którym cały propatriotyczny przemysł byłby nielegalny. U nas jest.
      Wydawało się, że dzięki aferze z orzełkami na koszulkach reprezentacji politycy zwrócą wreszcie uwagę na problem i zmienią te ewidentnie szkodliwe przepisy.
      Nic bardziej mylnego. Najpierw na całej linii zawiedli dziennikarze. Zamiast pokazać problem, ograniczyli się do tych nieszczęsnych orzełków PZPN-u.
      W tej sytuacji politycy z wielką pompą wprowadzili "zmiany".
      Czy zmienili te bezsensowne przepisy? Nie. Dodali tylko wyjątek dotyczący tej indywidualnej sprawy, która trafiła do mediów (...).

      Po więcej szczegółów zapraszam do podlinkowanych wpisów. 

      Tymczasem w zeszłym roku wydano sporo pieniędzy, żeby wypromować zmienioną wersję godła. Sprawa wzbudziła spore kontrowersje. Szczególnie warto przeczytać uwagi znanego prawnika Piotra Waglowskiego, wyrażone np. w tekście Zadanie lotnicze "Orzeł może", czyli o śmigłowcach Sił Zbrojnych RP zrzucających ulotki Trójki i Gazety Wyborczej.
      Obecnie sprawą zajmuje się prokuratura, o czym możemy przeczytać w najnowszej Rzeczpospolitej.

      Akcja niestety utrwaliła tylko w Polakach przekonanie, że nasze prawdziwe barwy i prawdziwe godło nie nadają się do manifestowania radości z niepodległości. Tym bardziej przykre, że wmieszany był w nią również prezydent Komorowski. Prezydentowi chyba brakuje doradców, potrafiących analizować sytuację. Zbyt płytką oceną wykazał się przecież również przy sprawie orzełków PZPN-u, o której się zdecydowanie wypowiadał. Wtedy też ani jedna osoba w całej kancelarii nie stworzyła dla niego pełnego obrazu sytuacji. W efekcie zamiast rozwiązać problem całościowo, prezydent doprowadził do wprowadzenia jednego, piłkarskiego, wyjątku. Pisałam o tym rok temu

      Ale wróćmy do akcji "Orzeł może" z różowymi orłami.
      Przy okazji oberwało się wszystkim, którzy wtedy prawdziwych symboli próbowali bronić.
      Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy smutasami i nie mamy poczucia humoru.
      Tymczasem biel i czerwień to naprawdę fajne, radośnie nastrajające kolory.
      A smutasami są raczej politycy, którzy odpowiadają za to, że (poza tymi nieszczęsnymi koszulkami piłkarskimi) cały propatriotyczny przemysł w Polsce nadal jest zakazany
      Nie można legalnie produkować niczego dla fanów Polski. Można jedynie dla fanów polskiej (wiadomo jakiej) drużyny narodowej. To jest tak żałosne, że aż śmieszne. 

      A poniżej dowód, że związane z Polską poczucie humoru naprawdę nie wymaga farbowania na różowo:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 listopada 2013 01:52
  • czwartek, 22 sierpnia 2013
    • Humanitarni mięsożercy

      Krowy hodowane w humanitarnych warunkach, bez łańcuchów, w rodzinnym stadzie, Irlandia Północna. Fot. Marta WieszczyckaPo tym, jak przez Polskę przetoczyła się dyskusja o uboju rytualnym, co przytomniejsi z nas zaczęli sobie zadawać pytanie „no dobrze, a jak traktowane są zwierzęta, trafiające na mój talerz”?

      Obecnie już nie da się „nie wiedzieć”. Zanim nasze mięso trafiło do sklepu, najpierw było żywym zwierzęciem, które ktoś musiał zabić.* A wcześniej mogło być bardzo różnie traktowane.

      Oczywiście z obecnej sytuacji od razu skorzystali najróżniejsi "łapacze" odsłon i komentarzy, napuszczając na siebie mięsożerców i wegetarian. Tak jest najłatwiej, ale i najbardziej bez sensu. Chyba że mowa o sensie finansowym dla samego "łapacza".
      Ja chcę zadać inne pytanie:

      Czy mięsożerca może być humanitarny?

      Właściwie czemu nie? Na pewno istnieje coś pomiędzy korzystaniem z okrutnej hodowli przemysłowej a całkowitą rezygnacją z mięsa. Zwierzęta mogą być przecież w różny sposób hodowane i w różny sposób zabijane.

      Cała ta dyskusja kazała mi też zweryfikować dotychczasowe poglądy. Wcześniej uważałam, że np. myśliwi to może nie aż zwyrodnialcy, ale ludzie co najmniej dziwni. Nie mogli sobie wynaleźć mniej okrutnego sportu? Gdzie uganialiby się za jakąś, nie wiem, piłeczką, która nie byłaby żywa i zabawa nie polegałaby na jej zabiciu?

      Ale jakby tak porównać tego myśliwego z miłą gospodynią domową, która nie skrzywdziłaby nawet muchy... Ta sympatyczna pani idzie do sklepu i z zadowoleniem stwierdza „kupiłam świeżą cielęcinkę w korzystnej cenie” albo „o jakie tanie udka, będą na obiad”.

      Żeby ta miła pani mogła sobie kupić tanie udka, czy cielęcinę w korzystnej cenie, istnieje cały przemysł hodowlany. Przemysł, który sprawia, że wiele z zabitych także dla niej zwierząt nigdy nie widziało światła dziennego, spędziło całe życie w ciasnych klatkach. Żeby było więcej i taniej, te zwierzęta także dla niej cierpiały, a potem zostały zabite w sposób najwygodniejszy dla rzeźni, ale czy na pewno humanitarny?

      Tu dochodzimy do paradoksu - tej łagodnej pani, podobnie jak i nam, ciężko wytrzymać porównanie z krwiożerczym myśliwym. Żeby on mógł zwierzę upolować, ono musi najpierw żyć na wolności – w przestrzeni, w słońcu, w stadzie, czyli ze swoją rodziną. Myśliwi często te leśne zwierzęta np. zimą dokarmiają. Dla ich potrzeb te zwierzęta musiały żyć w dobrych warunkach, a nie w obozie koncentracyjnym. Druga sprawa – myśliwy nie poluje na zwierzęce dzieci. Bażant tak, ale nie w okresie lęgowym, a już tym bardziej nie pisklaki. Podobnie sarny, jelenie, dziki– tak, ale nie małe sarenki, jelonki czy warchlaczki. Nie odbiorą też maleństwom mamy.

      Tymczasem cały przemysł mleczarski opiera się na odbieraniu malutkim cielaczkom mamy i na wykorzystywaniu miłości macierzyńskiej u krów. Nikt nawet się nie zastanawia, czy nie dałoby się tego jakoś ominąć. Po co? Krowy to dla nas rzeczy, a mleko przecież bierze się ze sklepu.

      Ale czy naprawdę jedynym rozwiązaniem jest przejść już nawet nie na wegetarianizm (niejedzenie mięsa) ale wręcz na weganizm (niejedzenie ani mięsa ani produktów zabranych zwierzętom, jak mleko czy jajka)?
      A jeżeli jesteś nieuleczalnym mięsożercą, to czy z automatu musisz godzić się na całe to bagno hodowli przemysłowej? Moim zdaniem nie. No dobrze, to:

      Jak mięsożerca może być humanitarny? 

      Zacznijmy od jajek. Dzięki obowiązującemu systemowi oznaczeń już teraz możemy nie kupować jajek pochodzących z hodowli przemysłowej. Nie musimy się martwić, czy przypadkiem naszego jajka nie zniosła kura trzymana całe życie w ciasnej klatce, z obciętymi pazurami i dziobem, szprycowana antybiotykami i sterydami, żeby jakoś to przetrwała.

      Nie. Kupując jajka możemy wspierać humanitarną hodowlę kur, głosując portfelem przeciw hodowli przemysłowej. Mamy wybór. Wystarczy tylko znać prosty kod, wyjaśniający, co oznacza pierwsza cyfra na jajku:

      0 - jajka od kur z hodowli ekologicznej,
      1 - jajka od kur z wolnego wybiegu,
      2 - jajka od kur z chowu ściółkowego (to już lepsze niż klatki, ale kury trzymane są w zamkniętych halach i też często w ciasnocie - to nieco lepsza wersja hodowli przemysłowej),
      3 - jajka z chowu klatkowego (najgorszego i najbardziej niehumanitarnego).

      Wielu ludzi korzysta z tej wiedzy i mimo, że jajka zdobyte w niehumanitarny sposób są tańsze, coraz chętniej kupujemy jajka zdobyte w sposób, którego nie musimy się wstydzić. 
      Część osób wybierze niższą cenę, starając się nie myśleć o tym, że dla ich niższej ceny, kury były w niewyobrażalny sposób męczone.
      Ale coraz więcej osób woli jeść jajka nawet nieco rzadziej, ale w zgodzie ze sobą. Motywację zwiększa też świadomość, że takie jajka są zwyczajnie lepsze i zdrowsze.

      Zatem da się.
      A skoro jajka możemy wybierać z dobrego chowu, to dlaczego nie mielibyśmy mieć takiego samego wyboru przy mięsie?

      Nie godziliśmy się na ubój rytualny, powiedzmy też jasno, że nie godzimy się na męczenie zwierząt. Że chcemy mieć wybór. Że chcemy wiedzieć w jakich warunkach były hodowane zwierzęta trafiające na nasz talerz i czy na pewno były w odpowiednio humanitarny sposób zabijane.

      Dziennikarze zamiast napuszczać na siebie wegetarian i mięsożerców, mogliby wzorem Jana Gitlina (jednego z najlepszych reporterów jakich Polska kiedykolwiek miała) wybrać się do ubojni i zobaczyć, jak to naprawdę wygląda. Gitlin w "Rio de la Plata" opisał swoją wizytę w jednej z najlepszych wówczas argentyńskich ubojni i przetwórni mięsa. Argentyna była wówczas światową potęgą w hodowli bydła i przetwórstwie mięsnym. Co zobaczył nasz reporter? Przed ubojem zwierzęta były tam ogłuszane. Tylko że... pod wpływem bólu się z tego ogłuszenia wybudzały i w efekcie i tak umierały w męczarniach. Pytanie - a jak to naprawdę wygląda teraz w Polsce?
      Przecież to się da sprawdzić.

      Możemy wpłynąć na władze, żądając zapewnienia nam równie jasnego wyboru, jak przy jajkach. Właściwie... dlaczego jeszcze go nie mamy? Podobno jesteśmy cywilizowanym krajem. Możemy zadbać o to, żeby nie dręczono dla nas kur niosek. Czemu nie możemy zadbać, żeby nie męczono dla nas kurczaków hodowanych na mięso? A już tym bardziej świń, które są ponoć równie inteligentne i wrażliwe na ból jak psy.

      Humanitarna hodowla może oczywiście zwiększyć cenę naszego mięsa. Ale na razie w ogóle nie wiemy, gdzie zwierzęta są hodowane i zabijane w przyzwoitych warunkach, a gdzie nie. Być może już, przynajmniej częściowo, kupujemy dobre mięso.

      Ale nawet jeśli się okaże, że wszystkie dotychczasowe źródła mięsa są dla nas nie do zaakceptowania i chcąc kupować mięso z dobrej hodowli, musielibyśmy kupować je drożej, to powinniśmy mieć prawo wyboru.

      To powinna być nasza decyzja, czy rzeczywiście wolimy płacić mniej, biorąc na swoje sumienie cierpienia zwierząt (męczonych, żebyśmy mogli kupić ich więcej i taniej).

      Może jednak wolimy płacić nieco więcej - w domyśle jeść mięso trochę rzadziej, ale lepsze, zdrowsze, smaczniejsze i przede wszystkim hodowane w warunkach, za które nie musimy się wstydzić.

      To prawda, że skoro chcemy jeść mięso, to to zwierzę musi zostać jakoś zabite. Musi też być jakoś wyhodowane. Ale nie musi być męczone, żebyśmy mogli kupić jego mięso jak najtaniej.
      Możemy nie chcieć jeść takiego mięsa i mamy do tego prawo. Nie musimy stać przed wyborem albo wegetarianizm albo hodowla przemysłowa.  

      Chętnie poznałabym też inne pomysły na humanitaryzm mięsożerców.

      ----------------------

      *Bardzo ciekawie pisze o tym Paweł Droździak w tekście "Czy Jezus jadł mięso z rytualnego uboju. O złudzeniach, które pozwalają żyć" 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Humanitarni mięsożercy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 sierpnia 2013 01:40
  • niedziela, 28 kwietnia 2013
    • W obronie Litwinów


      Flaga LitwyCo jakiś czas w naszych mediach wraca problem litewski. Ot choćby dziś. Z niezrozumiałych dla nas powodów Litwini upierają się, żeby polskie nazwiska, mieszkających na Litwie Polaków, pisane były po litewsku, nie zgadzają się na podwójne nazwy ulic*, nawet w miejscach zamieszkałych w większości przez Polaków. 

      Zadajemy sobie pytanie - dlaczego? Przecież my ich tak nie traktujemy. Wystarczy pojechać choćby do gminy Puńsk. Jeśli gdzieś w Polsce Litwini stanowią większość, to stosowane jest podwójne nazewnictwo. Polscy Litwini nie mają problemów z edukacją w ojczystym języku, a ich wyjątkowość jest u nas traktowana raczej jako atrakcja turystyczna, na pewno nie jako zagrożenie. Dlatego zachowania Litwinów są dla nas niezrozumiałe.

      Nie potrafimy zrozumieć, czemu oni nie traktują nas równorzędnie, tak jak my ich.

      Wytłumaczę Wam dlaczego i proszę przeczytajcie to do końca.
      Ich sytuacja jest nieporównywalna z naszą, dlatego oni nie mogą sobie pozwolić na to, co dla nas jest tylko równorzędnością. Po jednej stronie jest silny, bezpieczny język dużego narodu, a po drugiej cudem odratowany język narodu o wiele, liczebnie, mniejszego. Litewskim (już po całej akcji odtwarzającej) posługuje się 4 miliony ludzi, a polskim 40 milionów. A nie przepraszam, 44 miliony, zgubił mi się "ogonek" wielkości wszystkich użytkowników litewskiego. 

      Nasz język nigdy nie był naprawdę zagrożony. Polski nigdy nie przestał istnieć. Nigdy nie było takiego ryzyka. Możemy promować język litewski na wszystkie możliwe sposoby i nic złego się nie stanie. Polski na tym nie straci.
      Tymczasem Litwini nagle "obudzili się" prawie bez języka. Pozbierali resztki, odtworzyli co się dało, wyrzucili wszelkie polonizmy i rusycyzmy (co nie było proste) po czym stanęli przed koniecznością włożenia tego języka w naród. Naród, któremu naprawdę było prościej, wygodniej i opłacalniej, korzystać z rosyjskiego czy polskiego. Nawet dziś na Litwie łatwo znaleźć Litwinów (nie Polaków i nie staruszków) potrafiących porozumieć się po polsku. Bo to się nadal w niektórych sytuacjach opłaca. Znalezienie w Polsce Polaka mówiącego po litewsku to wyzwanie. Po co ktoś miałby się uczyć litewskiego?
      Dlatego władze litewskie zastosowały jedyną na świecie skuteczną metodę przywrócenia języka - totalny zamordyzm językowy. A polsko-litewski konflikt językowy jest tylko efektem ubocznym tego zamordyzmu. Myślicie, że mogli działać inaczej? Nie mogli i zaraz Wam to udowodnię. 

      Nie dowiedziałam się tego ani w szkole ani na zajęciach ze stosunków polsko-litewskich na studiach. Wiecie, gdzie to zrozumiałam? Dopiero 2000 km dalej, w Irlandii.

      Wiedzieliście, że Irlandczycy mają własny język? Nie wersję angielskiego, tylko prawdziwy, piękny, bardzo skomplikowany, celtycki język. Jest obowiązkowo nauczany w ich szkołach i wymagany na niektórych egzaminach.

      Ale Irlandczycy nie używają go w życiu. Ostatni jednojęzyczni użytkownicy już wymarli. Zdarzają się jeszcze malutkie dzieci, do których rodzice mówią specjalnie cały czas po irlandzku, ale one też nie mają żadnych szans. Wystarczy, że pójdą do szkoły i natychmiast władzę nad nimi przejmuje powszechny wszędzie wokół angielski.

      Władze wprowadzają kolejne programy ratowania języka, ale to nic nie daje. Irlandzkie dzieci na pytanie o najbardziej nielubiany przedmiot w szkole wskazują... swój język ojczysty. Bo go nie potrzebują. Przecież w życiu prawie nikt go już nie używa. Mało tego, jest od angielskiego trudniejszy. W efekcie Polacy mówiący po irlandzku robią to zwykle znacznie lepiej od rodowitych Irlandczyków, bo niektóre dźwięki istniejące i w polskim i w irlandzkim, w angielskim się nie pojawiają.

      Tymczasem język to ważny wyznacznik narodowości. Poznając irlandzki zobaczyłam, że to okno na zupełnie inny świat. W języku są odpowiedzi na temat charakterystycznego dla Irlandczyków sposobu myślenia i widzenia świata. Na pytanie, czy ten fragment irlandzkiej kultury da się odratować, jest tylko jedna odpowiedź - już nie.
      Bo jedyną skuteczną metodą byłoby pójście drogą litewską - totalny zamordyzm językowy. Kiedy cała nauka musiałaby się odbywać w języku narodowym, wszelkie kontakty z urzędami, policjantami itd. Telewizja, radio, reklamy mówiłyby tylko językiem narodowym, bez możliwości wyboru. Podobnie nazwy miast i ulic. Bez możliwości skorzystania w razie wątpliwości z wersji angielskiej. 

      Inaczej się nie da. Obowiązkowa nauka w szkołach, specjalne programy prowadzone w języku narodowym, wspieranie twórców śpiewających po irlandzku, a nawet zmuszenie Unii Europejskiej do uznania języka irlandzkiego za jeden z języków unijnych, kiedy praktycznie nikt z tych tłumaczeń nie korzysta, nie pomaga, bo nie może pomóc.


      W tak tragicznej sytuacji język można odzyskać wyłącznie sposobem litewskim. Innej drogi nie ma. Dlatego Irlandczycy mogą tylko patrzeć, jak ich piękny język umiera i zbierać w skansenie jego ślady.

      A Litwini swój język odratowali.

      Uważacie, że istnieje równie skuteczna, a mniej drastyczna metoda na uratowanie umierającego języka? Przekażcie ją władzom Irlandii. Szukają jej rozpaczliwie od lat.  

      ------------------------------
      Konfliktem zakończyła się nawet próba nadania jednej z ulic w Wilnie nazwiska prezydenta Kaczyńskiego. Sama się śmiałam, że jeszcze zrobią z niego Kaczynskasa, ale w zasadzie to przecież nawet my stosujemy polski zapis i polskie końcówki dla ronda Jerzego Waszyngtona, czy ulicy Szekspira. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W obronie Litwinów”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 kwietnia 2013 21:38

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa