Wpisy

  • czwartek, 22 sierpnia 2013
    • Humanitarni mięsożercy

      Krowy hodowane w humanitarnych warunkach, bez łańcuchów, w rodzinnym stadzie, Irlandia Północna. Fot. Marta WieszczyckaPo tym, jak przez Polskę przetoczyła się dyskusja o uboju rytualnym, co przytomniejsi z nas zaczęli sobie zadawać pytanie „no dobrze, a jak traktowane są zwierzęta, trafiające na mój talerz”?

      Obecnie już nie da się „nie wiedzieć”. Zanim nasze mięso trafiło do sklepu, najpierw było żywym zwierzęciem, które ktoś musiał zabić.* A wcześniej mogło być bardzo różnie traktowane.

      Oczywiście z obecnej sytuacji od razu skorzystali najróżniejsi "łapacze" odsłon i komentarzy, napuszczając na siebie mięsożerców i wegetarian. Tak jest najłatwiej, ale i najbardziej bez sensu. Chyba że mowa o sensie finansowym dla samego "łapacza".
      Ja chcę zadać inne pytanie:

      Czy mięsożerca może być humanitarny?

      Właściwie czemu nie? Na pewno istnieje coś pomiędzy korzystaniem z okrutnej hodowli przemysłowej a całkowitą rezygnacją z mięsa. Zwierzęta mogą być przecież w różny sposób hodowane i w różny sposób zabijane.

      Cała ta dyskusja kazała mi też zweryfikować dotychczasowe poglądy. Wcześniej uważałam, że np. myśliwi to może nie aż zwyrodnialcy, ale ludzie co najmniej dziwni. Nie mogli sobie wynaleźć mniej okrutnego sportu? Gdzie uganialiby się za jakąś, nie wiem, piłeczką, która nie byłaby żywa i zabawa nie polegałaby na jej zabiciu?

      Ale jakby tak porównać tego myśliwego z miłą gospodynią domową, która nie skrzywdziłaby nawet muchy... Ta sympatyczna pani idzie do sklepu i z zadowoleniem stwierdza „kupiłam świeżą cielęcinkę w korzystnej cenie” albo „o jakie tanie udka, będą na obiad”.

      Żeby ta miła pani mogła sobie kupić tanie udka, czy cielęcinę w korzystnej cenie, istnieje cały przemysł hodowlany. Przemysł, który sprawia, że wiele z zabitych także dla niej zwierząt nigdy nie widziało światła dziennego, spędziło całe życie w ciasnych klatkach. Żeby było więcej i taniej, te zwierzęta także dla niej cierpiały, a potem zostały zabite w sposób najwygodniejszy dla rzeźni, ale czy na pewno humanitarny?

      Tu dochodzimy do paradoksu - tej łagodnej pani, podobnie jak i nam, ciężko wytrzymać porównanie z krwiożerczym myśliwym. Żeby on mógł zwierzę upolować, ono musi najpierw żyć na wolności – w przestrzeni, w słońcu, w stadzie, czyli ze swoją rodziną. Myśliwi często te leśne zwierzęta np. zimą dokarmiają. Dla ich potrzeb te zwierzęta musiały żyć w dobrych warunkach, a nie w obozie koncentracyjnym. Druga sprawa – myśliwy nie poluje na zwierzęce dzieci. Bażant tak, ale nie w okresie lęgowym, a już tym bardziej nie pisklaki. Podobnie sarny, jelenie, dziki– tak, ale nie małe sarenki, jelonki czy warchlaczki. Nie odbiorą też maleństwom mamy.

      Tymczasem cały przemysł mleczarski opiera się na odbieraniu malutkim cielaczkom mamy i na wykorzystywaniu miłości macierzyńskiej u krów. Nikt nawet się nie zastanawia, czy nie dałoby się tego jakoś ominąć. Po co? Krowy to dla nas rzeczy, a mleko przecież bierze się ze sklepu.

      Ale czy naprawdę jedynym rozwiązaniem jest przejść już nawet nie na wegetarianizm (niejedzenie mięsa) ale wręcz na weganizm (niejedzenie ani mięsa ani produktów zabranych zwierzętom, jak mleko czy jajka)?
      A jeżeli jesteś nieuleczalnym mięsożercą, to czy z automatu musisz godzić się na całe to bagno hodowli przemysłowej? Moim zdaniem nie. No dobrze, to:

      Jak mięsożerca może być humanitarny? 

      Zacznijmy od jajek. Dzięki obowiązującemu systemowi oznaczeń już teraz możemy nie kupować jajek pochodzących z hodowli przemysłowej. Nie musimy się martwić, czy przypadkiem naszego jajka nie zniosła kura trzymana całe życie w ciasnej klatce, z obciętymi pazurami i dziobem, szprycowana antybiotykami i sterydami, żeby jakoś to przetrwała.

      Nie. Kupując jajka możemy wspierać humanitarną hodowlę kur, głosując portfelem przeciw hodowli przemysłowej. Mamy wybór. Wystarczy tylko znać prosty kod, wyjaśniający, co oznacza pierwsza cyfra na jajku:

      0 - jajka od kur z hodowli ekologicznej,
      1 - jajka od kur z wolnego wybiegu,
      2 - jajka od kur z chowu ściółkowego (to już lepsze niż klatki, ale kury trzymane są w zamkniętych halach i też często w ciasnocie - to nieco lepsza wersja hodowli przemysłowej),
      3 - jajka z chowu klatkowego (najgorszego i najbardziej niehumanitarnego).

      Wielu ludzi korzysta z tej wiedzy i mimo, że jajka zdobyte w niehumanitarny sposób są tańsze, coraz chętniej kupujemy jajka zdobyte w sposób, którego nie musimy się wstydzić. 
      Część osób wybierze niższą cenę, starając się nie myśleć o tym, że dla ich niższej ceny, kury były w niewyobrażalny sposób męczone.
      Ale coraz więcej osób woli jeść jajka nawet nieco rzadziej, ale w zgodzie ze sobą. Motywację zwiększa też świadomość, że takie jajka są zwyczajnie lepsze i zdrowsze.

      Zatem da się.
      A skoro jajka możemy wybierać z dobrego chowu, to dlaczego nie mielibyśmy mieć takiego samego wyboru przy mięsie?

      Nie godziliśmy się na ubój rytualny, powiedzmy też jasno, że nie godzimy się na męczenie zwierząt. Że chcemy mieć wybór. Że chcemy wiedzieć w jakich warunkach były hodowane zwierzęta trafiające na nasz talerz i czy na pewno były w odpowiednio humanitarny sposób zabijane.

      Dziennikarze zamiast napuszczać na siebie wegetarian i mięsożerców, mogliby wzorem Jana Gitlina (jednego z najlepszych reporterów jakich Polska kiedykolwiek miała) wybrać się do ubojni i zobaczyć, jak to naprawdę wygląda. Gitlin w "Rio de la Plata" opisał swoją wizytę w jednej z najlepszych wówczas argentyńskich ubojni i przetwórni mięsa. Argentyna była wówczas światową potęgą w hodowli bydła i przetwórstwie mięsnym. Co zobaczył nasz reporter? Przed ubojem zwierzęta były tam ogłuszane. Tylko że... pod wpływem bólu się z tego ogłuszenia wybudzały i w efekcie i tak umierały w męczarniach. Pytanie - a jak to naprawdę wygląda teraz w Polsce?
      Przecież to się da sprawdzić.

      Możemy wpłynąć na władze, żądając zapewnienia nam równie jasnego wyboru, jak przy jajkach. Właściwie... dlaczego jeszcze go nie mamy? Podobno jesteśmy cywilizowanym krajem. Możemy zadbać o to, żeby nie dręczono dla nas kur niosek. Czemu nie możemy zadbać, żeby nie męczono dla nas kurczaków hodowanych na mięso? A już tym bardziej świń, które są ponoć równie inteligentne i wrażliwe na ból jak psy.

      Humanitarna hodowla może oczywiście zwiększyć cenę naszego mięsa. Ale na razie w ogóle nie wiemy, gdzie zwierzęta są hodowane i zabijane w przyzwoitych warunkach, a gdzie nie. Być może już, przynajmniej częściowo, kupujemy dobre mięso.

      Ale nawet jeśli się okaże, że wszystkie dotychczasowe źródła mięsa są dla nas nie do zaakceptowania i chcąc kupować mięso z dobrej hodowli, musielibyśmy kupować je drożej, to powinniśmy mieć prawo wyboru.

      To powinna być nasza decyzja, czy rzeczywiście wolimy płacić mniej, biorąc na swoje sumienie cierpienia zwierząt (męczonych, żebyśmy mogli kupić ich więcej i taniej).

      Może jednak wolimy płacić nieco więcej - w domyśle jeść mięso trochę rzadziej, ale lepsze, zdrowsze, smaczniejsze i przede wszystkim hodowane w warunkach, za które nie musimy się wstydzić.

      To prawda, że skoro chcemy jeść mięso, to to zwierzę musi zostać jakoś zabite. Musi też być jakoś wyhodowane. Ale nie musi być męczone, żebyśmy mogli kupić jego mięso jak najtaniej.
      Możemy nie chcieć jeść takiego mięsa i mamy do tego prawo. Nie musimy stać przed wyborem albo wegetarianizm albo hodowla przemysłowa.  

      Chętnie poznałabym też inne pomysły na humanitaryzm mięsożerców.

      ----------------------

      *Bardzo ciekawie pisze o tym Paweł Droździak w tekście "Czy Jezus jadł mięso z rytualnego uboju. O złudzeniach, które pozwalają żyć" 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Humanitarni mięsożercy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 sierpnia 2013 01:40
  • niedziela, 28 kwietnia 2013
    • W obronie Litwinów


      Flaga LitwyCo jakiś czas w naszych mediach wraca problem litewski. Ot choćby dziś. Z niezrozumiałych dla nas powodów Litwini upierają się, żeby polskie nazwiska, mieszkających na Litwie Polaków, pisane były po litewsku, nie zgadzają się na podwójne nazwy ulic*, nawet w miejscach zamieszkałych w większości przez Polaków. 

      Zadajemy sobie pytanie - dlaczego? Przecież my ich tak nie traktujemy. Wystarczy pojechać choćby do gminy Puńsk. Jeśli gdzieś w Polsce Litwini stanowią większość, to stosowane jest podwójne nazewnictwo. Polscy Litwini nie mają problemów z edukacją w ojczystym języku, a ich wyjątkowość jest u nas traktowana raczej jako atrakcja turystyczna, na pewno nie jako zagrożenie. Dlatego zachowania Litwinów są dla nas niezrozumiałe.

      Nie potrafimy zrozumieć, czemu oni nie traktują nas równorzędnie, tak jak my ich.

      Wytłumaczę Wam dlaczego i proszę przeczytajcie to do końca.
      Ich sytuacja jest nieporównywalna z naszą, dlatego oni nie mogą sobie pozwolić na to, co dla nas jest tylko równorzędnością. Po jednej stronie jest silny, bezpieczny język dużego narodu, a po drugiej cudem odratowany język narodu o wiele, liczebnie, mniejszego. Litewskim (już po całej akcji odtwarzającej) posługuje się 4 miliony ludzi, a polskim 40 milionów. A nie przepraszam, 44 miliony, zgubił mi się "ogonek" wielkości wszystkich użytkowników litewskiego. 

      Nasz język nigdy nie był naprawdę zagrożony. Polski nigdy nie przestał istnieć. Nigdy nie było takiego ryzyka. Możemy promować język litewski na wszystkie możliwe sposoby i nic złego się nie stanie. Polski na tym nie straci.
      Tymczasem Litwini nagle "obudzili się" prawie bez języka. Pozbierali resztki, odtworzyli co się dało, wyrzucili wszelkie polonizmy i rusycyzmy (co nie było proste) po czym stanęli przed koniecznością włożenia tego języka w naród. Naród, któremu naprawdę było prościej, wygodniej i opłacalniej, korzystać z rosyjskiego czy polskiego. Nawet dziś na Litwie łatwo znaleźć Litwinów (nie Polaków i nie staruszków) potrafiących porozumieć się po polsku. Bo to się nadal w niektórych sytuacjach opłaca. Znalezienie w Polsce Polaka mówiącego po litewsku to wyzwanie. Po co ktoś miałby się uczyć litewskiego?
      Dlatego władze litewskie zastosowały jedyną na świecie skuteczną metodę przywrócenia języka - totalny zamordyzm językowy. A polsko-litewski konflikt językowy jest tylko efektem ubocznym tego zamordyzmu. Myślicie, że mogli działać inaczej? Nie mogli i zaraz Wam to udowodnię. 

      Nie dowiedziałam się tego ani w szkole ani na zajęciach ze stosunków polsko-litewskich na studiach. Wiecie, gdzie to zrozumiałam? Dopiero 2000 km dalej, w Irlandii.

      Wiedzieliście, że Irlandczycy mają własny język? Nie wersję angielskiego, tylko prawdziwy, piękny, bardzo skomplikowany, celtycki język. Jest obowiązkowo nauczany w ich szkołach i wymagany na niektórych egzaminach.

      Ale Irlandczycy nie używają go w życiu. Ostatni jednojęzyczni użytkownicy już wymarli. Zdarzają się jeszcze malutkie dzieci, do których rodzice mówią specjalnie cały czas po irlandzku, ale one też nie mają żadnych szans. Wystarczy, że pójdą do szkoły i natychmiast władzę nad nimi przejmuje powszechny wszędzie wokół angielski.

      Władze wprowadzają kolejne programy ratowania języka, ale to nic nie daje. Irlandzkie dzieci na pytanie o najbardziej nielubiany przedmiot w szkole wskazują... swój język ojczysty. Bo go nie potrzebują. Przecież w życiu prawie nikt go już nie używa. Mało tego, jest od angielskiego trudniejszy. W efekcie Polacy mówiący po irlandzku robią to zwykle znacznie lepiej od rodowitych Irlandczyków, bo niektóre dźwięki istniejące i w polskim i w irlandzkim, w angielskim się nie pojawiają.

      Tymczasem język to ważny wyznacznik narodowości. Poznając irlandzki zobaczyłam, że to okno na zupełnie inny świat. W języku są odpowiedzi na temat charakterystycznego dla Irlandczyków sposobu myślenia i widzenia świata. Na pytanie, czy ten fragment irlandzkiej kultury da się odratować, jest tylko jedna odpowiedź - już nie.
      Bo jedyną skuteczną metodą byłoby pójście drogą litewską - totalny zamordyzm językowy. Kiedy cała nauka musiałaby się odbywać w języku narodowym, wszelkie kontakty z urzędami, policjantami itd. Telewizja, radio, reklamy mówiłyby tylko językiem narodowym, bez możliwości wyboru. Podobnie nazwy miast i ulic. Bez możliwości skorzystania w razie wątpliwości z wersji angielskiej. 

      Inaczej się nie da. Obowiązkowa nauka w szkołach, specjalne programy prowadzone w języku narodowym, wspieranie twórców śpiewających po irlandzku, a nawet zmuszenie Unii Europejskiej do uznania języka irlandzkiego za jeden z języków unijnych, kiedy praktycznie nikt z tych tłumaczeń nie korzysta, nie pomaga, bo nie może pomóc.


      W tak tragicznej sytuacji język można odzyskać wyłącznie sposobem litewskim. Innej drogi nie ma. Dlatego Irlandczycy mogą tylko patrzeć, jak ich piękny język umiera i zbierać w skansenie jego ślady.

      A Litwini swój język odratowali.

      Uważacie, że istnieje równie skuteczna, a mniej drastyczna metoda na uratowanie umierającego języka? Przekażcie ją władzom Irlandii. Szukają jej rozpaczliwie od lat.  

      ------------------------------
      Konfliktem zakończyła się nawet próba nadania jednej z ulic w Wilnie nazwiska prezydenta Kaczyńskiego. Sama się śmiałam, że jeszcze zrobią z niego Kaczynskasa, ale w zasadzie to przecież nawet my stosujemy polski zapis i polskie końcówki dla ronda Jerzego Waszyngtona, czy ulicy Szekspira. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W obronie Litwinów”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 kwietnia 2013 21:38
  • poniedziałek, 15 kwietnia 2013
    • Skąd się wzięły się te wszystkie Brajany, Dżastiny i Żakliny?

      ? Igor Sokalski | Dreamstime.comSkąd się wzięły te wszystkie dziwne przeróbki zagranicznych imion?

      Skąd dzieci noszące takie imiona jak Brajan (zamiast Brian) Sajmon (zamiast Simon) Żaklina (zamiast Jaqueline) czy Dżastin (zamiast Justin)?

      Myślicie, że to skutek swobody decyzji rodziców? Nic bardziej mylnego. Raczej odbierania im tej swobody i to na wyjątkowo wątpliwych podstawach.

      Rodzice chcą nazwać syna Brian, urzędnik odmawia, upierając się, że jedyną dopuszczalną w Polsce formą jest Brajan, chcą nazwać go Justin - słyszą, że po polsku to by musiało być Dżastin. Simon powinien zostać Sajmonem, a dziewczynka nie może nosić francuskiego imienia Jaqueline*, może najwyżej Żaklina itd. Oczywiście większość rodziców w takiej sytuacji odpuszcza i wybiera dziecku inne imię, ale niektórzy godzą się na dowolną, narzuconą przez urzędnika, wersję tego wymarzonego.

      Przejdźmy do wątpliwości prawnych, dotyczących ograniczania rodziców w ten sposób. Ponieważ ustawodawca nie wprowadził nigdzie zakazu nadawania imion obcojęzycznych, trochę mi zajęło dotarcie do przyczyn całego zamieszania.

      A to akurat efekt uboczny nakazu... starannego sporządzania aktów stanu cywilnego (sic!). Zabawna sytuacja. Zasady nadawania imion znajdują się na odpowiednim miejscu we właściwej ustawie. Tymczasem urzędnicy, razem z Radą Języka Polskiego wierzą w istnienie dodatkowego, ponadustawowego zakazu. Wywodzą go z rozporządzenia wykonawczego, odnoszącego się do kwestii technicznych. Poważnie. Zacytujmy ten przepis: 

      Zgodnie z art. 2 ustęp 2 rozporządzenia MSWiA w sprawie szczegółowych zasad sporządzania aktów stanu cywilnego, sposobu prowadzenia ksiąg stanu cywilnego, ich kontroli, przechowywania i zabezpieczenia... Akt stanu cywilnego powinien być sporządzony starannie i czytelnie; pisownia poszczególnych wyrazów nie może budzić wątpliwości i powinna być zgodna z obowiązującą normą ortograficzną, z wyjątkiem pisowni nazwisk, która może uwzględniać również pisownię tradycyjną, używaną przez osobę noszącą określone nazwisko.

      Czyżby ograniczono konstytucyjne prawa rodziców... rozporządzeniem, choć można je ograniczyć tylko ustawą? Nawet nie. Czyżby bez delegacji ustawowej, rozporządzeniem, zmieniono ustawę? Też nie.

      To cały czas jest tylko zwykły przepis techniczny, na podstawie którego urzędnik ma obowiązek działać starannie, trzymając się zasad ortografii. Jeżeli w akcie ma się znaleźć jakiś Krzysztof, to urzędnik ma się pilnować, żeby nie napisać z błędem - Kszysztof. Jakuba nie może zapisać błędnie jako Jakóba, a Przemysława jako Pszemysława. 

      Do tego nie ma tu żadnego znaczenia, w jakim kontekście wspomniany Przemysław ma się w akcie pojawić. Może być małżonkiem na akcie ślubu, albo ojcem rejestrującym dziecko. Może też być samym rejestrowanym dzieckiem, którego tata słabo zna ortografię, a żona chce "żeby miał na imię Pszemek".

      Urzędnik ma tylko uniknąć błędu ortograficznego w zapisywaniu imienia. Tylko tyle. Nie może na tej podstawie o nim decydować. Ani w przypadku dziecka, ani kandydata na małżonka. Bo z punktu widzenia tego przepisu przecież nie ma żadnego znaczenia, czyje imię jest do aktu wpisywane. To nie jest przepis o zasadach nadawania imion, a jedynie o prawidłowym wypełnianiu dokumentów.

      Dlatego nie wolno nam go nadinterpretować. Bo przecież jeśli uznamy, że na tej podstawie naprawdę każde imię w akcie stanu cywilnego musi być koniecznie zgodne z polską, aktualną, normą ortograficzną, to będziemy musieli przyjąć, że każdy posiadacz zagranicznego imienia np. biorący w Polsce ślub, czy wpisywany w akcie urodzenia swojego dziecka, powinien tam widnieć pod nieswoim imieniem. Catherine powinna zostać Katarzyną, Keira Kirą, Simon Sajmonem, Brian Brajanem, a Johann Janem.
      Dodajmy do tego niejednolitość decyzji urzędniczych (to samo imię w jednym urzędzie jest uznawane bez problemu, w innym nie). Czytając te przepisy dosłownie, nawet gdyby jeden urzędnik zarejestrował dziecko pod wzbudzającym wątpliwości imieniem, to drugi, po latach, np. w akcie ślubu, powinien od nowa decydować o prawidłowości imienia panny młodej. Kolejny, w akcie narodzin jej dziecka, nadal powinien oceniać imię matki itd. Bo jeżeli imię jest niezgodne z zasadami ortografii, to nie może się znaleźć w żadnym akcie stanu cywilnego, w żadnym kontekście.

      Takie są skutki prób wywodzenia ograniczeń ogólnych (dotyczących tego, jakiego imienia w ogóle nie wolno nadać dziecku) z przepisów... technicznych, dotyczących tylko prowadzenia aktów stanu cywilnego.

      Najwyższy czas, żeby zarówno Rada Języka Polskiego, wydająca na podstawie tej kuriozalnej nadinterpretacji zalecenia i opinie dla urzędników  (1), (2), jak też sami urzędnicy, uświadomili sobie wreszcie, że to nie jest przepis ograniczający cechy nowych imion, bo zwyczajnie nie może nim być.

      Jedyne ograniczenia dotyczące tego, jakie imiona nie mogą być dzieciom nadawane, zawiera art. 50 ustęp 1 ustawy o aktach stanu cywilnego. Oto jego treść:
      Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia o wyborze dla dziecka więcej niż dwóch imion, imienia ośmieszającego, nieprzyzwoitego, w formie zdrobniałej oraz imienia niepozwalającego odróżnić płci dziecka.

      Czy to znaczy, że można nazwać dziecko Kszysztof albo Gżegorz? Nie, ponieważ błędy - prawdziwe błędy ortograficzne - byłyby dla dziecka ośmieszające, co jest podstawowym ustawowym ograniczeniem w tej sprawie. Brian, Simon, czy Jason ośmieszające nie są.

      A czy widzicie tam zakaz nadawania imion obcojęzycznych? Nie, bo go tam nie ma.
      Tymczasem z samego nakazu starannego wykonywania urzędniczej pracy może wynikać najwyżej tyle, że jak ojciec chce syna nazwać John, to urzędnik ma się nie pomylić i nie wpisać błędnie Jonh. 

      -------------------------- 
      Przy imieniu Jaqueline może pojawić się dodatkowo wątpliwość, czy to imię pozwala odróżnić płeć dziecka. Aczkolwiek uwzględniając fakt, że to znane, francuskie imię żeńskie, kojarzone m.in. dzięki Jaqueline Kennedy, raczej ciężko byłoby twierdzić, że rzeczywiście nie pozwala odróżnić płci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Skąd się wzięły się te wszystkie Brajany, Dżastiny i Żakliny?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 kwietnia 2013 23:02
  • wtorek, 26 marca 2013
    • Nadawanie imion - obecne prawo i planowane zmiany

      ? Joellen Armstrong | Dreamstime.comOstatnio panikę wzbudza pomysł złagodzenia przepisów dotyczących nadawania imion.
      W mediach można czytać opinie psychologów o tym, jak szkodliwe są dla dzieci ośmieszające imiona. Tu nikt nie ma wątpliwości. Jest tylko jeden problem - zakaz nadawania imion ośmieszających przecież pozostaje.

      O co w takim razie chodzi? Wyjaśnijmy na spokojnie.

      Tego, jakie imię można nadać dziecku, dotyczy art. 50 ustęp 1 ustawy o aktach stanu cywilnego*.
      Obecnie jest tam 5 zakazów. 
      Nadal nie będzie można nadawać:
      - ani imion ośmieszających,
      - ani imion nieprzyzwoitych,
      - ani więcej niż 2 imion. 

      Usunięte mają być tylko 2 ograniczenia:
      1) zakaz nadawania imion zdrobniałych oraz
      2) zakaz nadawania imion niepozwalających odróżnić płci.

      Czy już widzicie, jak absurdalne jest sianie paniki, że teraz będzie można nazwać dziecko "Fifi"? Nie będzie można, bo "Fifi" nadal będzie podpadać pod niedozwolone imiona ośmieszające.

      W Internecie pojawiły się od razu komentarze krytykujące rodziców za chęć nadawania dzieciom rozbudowanych, pretensjonalnych imion. Tylko że...  proponowane zmiany pomogą głównie miłośnikom imion prostych, krótkich i wygodnych.

      To co tak naprawdę ma się zmienić?

      Ad. 1 - będzie można nadawać imiona zdrobniałe.

      Już nie będzie trzeba nazywać syna Radosław, czy Mirosław, będzie można wybrać od razu imię Radek czy Mirek. Podobnie zamiast Wioletta, Jolanta czy Izabela, będzie można nadać dziecku imię Wiola, Jola czy Iza. Krótko i prosto. Szczególnie, że wiele dorosłych osób, właśnie takich form używa.

      A biorąc pod uwagę konieczność wpisywania podstawowej formy imienia w różnych, także międzynarodowych, dokumentach - wygląda to na spore ułatwienie życia.
      Efekt? Pojawi się więcej prostych, krótkich imion. Nie będzie trzeba wszędzie wpisywać, często niechcianej, czasem uważanej za zbyt pretensjonalną, rozbudowanej formy imienia.

      Znikną też problemy osób próbujących nadać dziecku imię, co do którego urzędnicy mają różne poglądy. Część już uznaje je za osobne imię, a część nadal upiera się, że to zdrobnienie. Do mediów trafiła w swoim czasie sprawa matki, która chciała nazwać córeczkę Nadia. Większość wypowiadających się kierowników USC zapewniała, że nie widzi problemu, ale akurat kierownik urzędu właściwego do rejestracji jej córki uparł się, że to zdrobnienie i zmusił matkę do nadania dziecku imienia Nadzieja. Podobne problemy mają (bądź nie mają, to zależy od urzędu) rodzice nadający dzieciom takie imiona jak Majka czy Ada. Część urzędników uznaje je już za osobne imiona, część upiera się, że to zdrobnienia od Maja i Adrianna.
      Co zabawne - żeby imię zostało uznane za odrębne, musi być w tej roli używane, a o to ciężko, kiedy nie da się go zarejestrować. To bez sensu. Krótsze, niepieszczotliwe formy, powinny być rejestrowane bez problemu jako osobne imiona. Po zmianie, na szczęście, tak właśnie ma być.

      A co z formami dziecinnymi, jak Jaś, Kubuś, czy Izusia?

      Ponieważ imię nadawane jest na całe życie, to jeśli takie imię występowałoby w formie podstawowej - dla dorosłego byłoby ośmieszające.  To powinno wystarczyć, żeby nie można było go nadać.

      Chociaż jak tak się zastanawiam, to żeby usunąć wszelkie obawy, art. 50 ust. 1 wystarczyłoby zmienić po prostu na: Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia o wyborze dla dziecka więcej niż dwóch imion, imienia ośmieszającego, nieprzyzwoitego lub które w inny sposób mogłoby utrudnić mu życie. 
      To wszystko, więcej ograniczeń naprawdę nie potrzeba.

      Ad. 2 - zniknie zakaz nadawania imion niepozwalających na rozróżnienie płci.

      To między innymi ten zakaz odpowiada za dziwaczne twory językowe, proponowane przez urzędników. 
      Rodzicom próbującym nadać dziewczynce imię Inez urzędnicy zmieniają je na Ineza czy Inessa, Nicole na Nikola itd.

      Część urzędników posiada, w końcu powszechną, wiedzę, że Karen czy Doris, to imiona żeńskie. Ale część tego nie wie i tworzy sztuczny problem.

      Z drugiej strony takie imiona jak np. Alex czy Robin są na świecie nadawane i dziewczynkom i chłopcom. Pytanie, czy one rzeczywiście muszą być w Polsce zakazane? W imię czego? 

      Rzeczpospolita w swoim tekście poza sporą dawką paniki, zamieściła sensowną wypowiedź Małgorzaty Piotrak - dyrektor Departamentu Spraw Obywatelskich MSW, że "zmiany są potrzebne w związku ze zwiększającą się liczbą małżeństw z cudzoziemcami, a także pojawieniem się imion niespolszczonych, które nie dają pewności co do płci dziecka".  

      W rzeczywistości tak jest. Pokolenie obecnych dziadków wychowało się jeszcze w świecie żelaznej kurtyny, gdzie wyjazdy zagraniczne były rzadkością. Obecni rodzice sami jeżdżą za granicę, niektórzy tam studiowali, część tam pracowała, pracuje lub będzie pracować. Także międzynarodowe małżeństwa są coraz częstsze. Czy tego chcemy czy nie, w pokoleniu obecnych dzieci to otwarcie na świat będzie jeszcze większe. Stąd międzynarodowe imiona w obecnym świecie mogą ułatwiać dzieciom życie i rodzice mają prawo także ten aspekt brać pod uwagę.

      Reasumując - wygląda na to, że proponowane zmiany mają po prostu dostosować prawo do bardziej otwartej międzynarodowo rzeczywistości. 

      Pół roku na zmianę decyzji - nieznane uprawnienie rodziców

      Prawie każdy zna historie osób, którym przejęty tata pomylił imiona i dlatego przez całe życie używają innego imienia niż oficjalne. Większość ludzi myśli, że jak już rodzic się pomyli, to... nic się nie da zrobić. Czy na pewno nic? Wręcz przeciwnie.

      Mało kto wie, że na początku imię można bez żadnych problemów zmienić, rodzice mają całe 6 miesięcy do namysłu. Co ciekawe, to praktycznie nieznane uprawnienie, istniało nawet w poprzednim ustroju. Na podstawie art. 51 ustęp 1 ustawy o aktach stanu cywilnego, Rodzice dziecka mogą w ciągu 6 miesięcy od daty sporządzenia aktu urodzenia złożyć kierownikowi urzędu stanu cywilnego pisemne oświadczenie o zmianie imienia (imion) dziecka wpisanego do aktu w chwili jego sporządzenia.

      Rodzice zatem mogą bez żadnego tłumaczenia się, w ciągu tych 6 miesięcy po prostu przyjść do urzędu i oświadczyć, że jednak chcą nazwać dziecko inaczej.

      Dopiero po upływie tego czasu, zmiana jest trudniejsza, ale nadal możliwa. Wymaga decyzji kierownika USC, do którego występuje się z wnioskiem. Może to zrobić przedstawiciel ustawowy dziecka, a po osiągnięciu pełnoletności już sam zainteresowany.
      Zmianę muszą uzasadniać ważne powody, np. używanie w rzeczywistości innego imienia niż oficjalne, albo fakt, że obecne imię jest ośmieszające, czy zostało zmienione bezprawnie.

      Jeżeli kierownik USC odmówi dokonania zmiany, musi to zrobić w formie decyzji administracyjnej, od której przysługuje odwołanie.

      Jak widać prawo nie jest aż takie złe, jak niektórzy myślą, a akurat zakazy, które mają zostać usunięte naprawdę przynoszą więcej szkody niż pożytku. Dobrze, że znikną.

      ----------------------------------------------------------------------------------------------------------

      *Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia o wyborze dla dziecka więcej niż dwóch imion, imienia ośmieszającego, nieprzyzwoitego, w formie zdrobniałej oraz imienia niepozwalającego odróżnić płci dziecka. 

      [Art. 50 ustęp 1. ustawy Prawo o aktach stanu cywilnego, t.j. Dz. U. nr 212, poz. 1264, z 2011 r.] 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nadawanie imion - obecne prawo i planowane zmiany”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 marca 2013 17:47
  • środa, 09 stycznia 2013
    • Izrael już nie frunie

      Izrael już nie frunie, Paweł SmoleńskiCo ciekawego znajdziemy u Smoleńskiego?

      Syndrom jerozolimski

      Zdarza się, że Człowiek zdrowy na umyśle, racjonalnie opisujący rzeczywistość przekracza jerozolimskie, białe mury i naraz wydaje mu się, że jest postacią z Biblii. (...) 
      Aż nagle, ni z tego, ni z owego, wychodzą na jerozolimskie ulice, ubrani w białe szaty zrobione z hotelowych prześcieradeł. 

      Jeden z chorych dotkniętych Syndromem (...) chciał poruszyć kamienie w Ścianie Płaczu i przesunąć mur we właściwe - jego zdaniem - miejsce. Był pewien, że jest biblijnym siłaczem Samsonem. 

      Jest też niezwykła historia Israela Segala - prymusa słynnej jesziwy Ponowicz, któremu coś nie daje spokoju po tym, jak pewnego dnia uwielbiany nauczyciel, uczący swoich studentów myślenia, obśmiewa człowieka, który gdzieś w Europie napisał książkę o tym, że ludzie pochodzą od małp. Nazywa się Freud.

      Dlatego choć chasydzi nigdy tego nie robią, Israel idzie do biblioteki w świeckiej dzielnicy. Tam dowiaduje się, że "O pochodzeniu gatunków" napisał Karol Darwin i czyta pierwszą świecką książkę w jego życiu. 

      W końcu zaczyna zadawać sobie kolejne pytania:

      Jaki Bóg ma interes w tym, by w szabat nie zapalać światła? Może przed tysiącami lat była to praca (...). Ale dziś to tylko naciśnięcie przycisku. (...) jaki Bóg ma interes w tym, bym na początku wiązał but na prawej nodze? (...) Bóg to abstrakt, świętość, doskonałość, a nie niewolnictwo dnia codziennego.

      Ale  czy ortodoksyjny Żyd może odejść? Straciłby całe dotychczasowe życie. Różnica jest taka, jakby człowiek w jeden dzień przeskoczył ze średniowiecza do naszych czasów. Nie znając życia, nie rozumiejąc niearchaicznego języka. Chcecie wiedzieć, co wybrał i jak potoczyły się jego losy? Odpowiedzi są w książce i w My Brother's Keeper. 

      A że w ogóle uwielbiam książki w książkach, filmy w książkach i odwrotnie, to zainteresował mnie też opisany przez Smoleńskiego Ari Folman i jego filmy, a szczególnie "Made in Israel": Żydzi gonią Żydów, którzy eskortują Niemca (hitlerowskiego zbrodniarza). I wnet pojawiają się problemy. Najmniejszy z nich, to ten, że Syryjczycy wydali Schultza tuż przed szabatem, więc nie można go zawieźć wprost do jerozolimskiego więzienia.

      Ari jest dzieckiem ocalonych z Holocaustu, przyjechał do Izraela z Polski. Dlatego też ciężko mu zamknąć usta, kiedy mówi o wykorzystywaniu pamięci Holocaustu do niesłusznych celów.

      [...] w imię pamięci Holocaustu dokonuje się w Izraelu wielkiej manipulacji. Pomyśl co dzieje się w duszach tysięcy nastoletnich Izraelczyków przyjeżdżających do Polski tylko po to, by odwiedzić Oświęcim, Treblinkę, Majdanek i warszawskie getto. (...) 
      Tylko że w kilka miesięcy po opuszczeniu Polski wszyscy ci młodzi ludzie dostają powołanie do wojska. Stają naprzeciw Arabów, walczą z nimi jak nawiedzeni, a w głowach kołacze im się to, na co przysięgali chwilę wcześniej: drugiego Holocaustu nie będzie! 
      Z tym wiążą się też przemówienia polityków.
      Arabowie to naziści, chcą mordować Żydów jak kiedyś hitlerowcy. To właśnie jest manipulacja. 

      Z książki Smoleńskiego dowiadujemy się też, jak niesamowicie ambiwalentny stosunek mają Żydzi do Holocaustu. Z jednej strony to ich podstawowe spoiwo, ale z drugiej też coś, czego się wstydzą. Bo Holocaust to biedni, bezbronni Żydzi, tak sprzeczni z marzeniem o silnych, niezwyciężonych Izraelczykach. Dlatego też wielu ludzi nie przyznaje się, że pochodzą z diaspory, a na pytanie skąd pochodzą odpowiadają że np. z Tel Awiwu.

      Ari dla odmiany nie ukrywa, że pochodzi z Polski. Skutki bywają różne, niektóre całkiem zabawne.

      W pamięć zapadł mi też np. tekst o Fatimie - Palestynce, która w biednej Al-Azariji założyła stowarzyszenie "Sziruk", będące taką jutrzenką dla palestyńskich kobiet. Pewnego dnia Fatima i jej koleżanki pojechały na spotkanie z matkami żołnierzy, z izraelskimi kobietami.     

      -Boję się Was (...) opowiada o strachu pojawiającym się natychmiast, gdy widzi izraelskie punkty kontrolne (...) Żołnierze są o wiele młodsi od Fatimy. A mają władzę, jak sam Bóg; mogą zabrać życie lub je darować (...) opowiada o nocnych rewizjach (...) Boi się wtedy - wyjaśnia - jeszcze bardziej, bo ściany własnego pokoju i rozkotłowane łóżko, jeszcze ciepłe od snu, powinny być dla niej azylem, tymczasem na kilka godzin stają się więzieniem, salą przesłuchań i psychicznych tortur.

      Spotkanie miało nieoczekiwany przebieg...

      Smoleński w ogóle w tej książce przeprowadził masę ciekawych rozmów z ludźmi o różnych poglądach, statusie, historii i narodowości. Można się z niej wiele dowiedzieć - np. czemu judaizm i syjonizm są jak ogień i woda. Albo tego, że Palestyńczycy równie wiele cierpią z powodu decyzji izraelskich, co niby własnych władz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 09 stycznia 2013 01:29
  • piątek, 21 grudnia 2012
    • "Georgialiki" Pakosińskiej

      Georgialiki, Katarzyna PakosińskaKsiążki nie ocenia się po okładce, ale rzadko zdarza się tak piękny i przemyślany projekt. Cała oprawa graficzna robi wrażenie, a już w zachwyt wprowadza masa zdjęć i reprodukcji. 

      W zasadzie można Georgialiki nazwać pięknie wydanym albumem w twardej oprawie, tylko z dużą ilością tekstu.

      A co znajdziemy w środku? Bogactwo różności.

      Wszystko zaczyna się od romantyczno-dramatycznej opowieści o młodzieńczej miłości - skąd wzięła się fascynacja autorki Gruzją. Pakosińska potem latami zbierała wszystko, co związane z jej ukochanym krajem dało się w Polsce znaleźć. Dlatego kiedy trafiła tam znowu, wiedziała naprawdę sporo. 

      W książce jest też mnóstwo odniesień do kultury, historii, mitów, baśni, opowieści. Poznajemy gruzińskie zwyczaje, tradycje, przepisy kulinarne, sposób myślenia. Zaczynamy rozróżniać regiony, dowiadujemy się mnóstwa ciekawych rzeczy. Czegoś takiego nie da się napisać bez głębokiego zanurzenia w temacie. 

      Nagromadzenie wartościowych informacji, porządnej wiedzy, robi wrażenie. Wszystko to jednocześnie jest podane lekko i przeplatane anegdotami.

      Opowieść przyprawiono jeszcze szczyptą metafizyki, tym bardziej niewytłumaczalnej, że to przecież wspomnienia:

      Wyjrzałam przez okno. I nagle poczułam, że znam to miejsce. Wiem, gdzie jestem! O matko, chyba mam jakieś omamy z gorąca.
      -To może zatrzymamy się na chwilę? - usłyszałam swój głos.  - Za kilka zakrętów będzie świetne miejsce na postój. Jest tam niewielka polana, pośrodku drzewo, a pod nim studzienka. Obok jest piękna brama, która prowadzi do zacienionej alejki... i jest tam stara świątynia...
      Boże, co ja wygaduję - pomyślałam. Wezmą mnie za wariatkę! Zanim jednak zdążyłam wszystko obrócić w żart, ikarus wykonał manewr i stanął. A przed naszymi oczami roztoczył się widok - dokładnie taki jak opisałam.

      Czy czegoś mi w książce brakuje? Nurtuje mnie pytanie, czemu Mamuka przestał pisać do Polski, on mógł po wojnie zmienić adres, ale list do niej przecież by trafił. Tak to już jest, jak się człowiek zwierzy, a czytelnicy się wzruszą i potem mają pytania ;) Druga uwaga - chętnie się dowiem, jak w oryginale brzmiało zdanie między stroną 21 a 23, które najwyraźniej poszarpane przeszło przez obrazek.

      Tak czy inaczej mnie Georgialiki zachwyciły - stąd podejrzewam, że zachwycą też kolejnych ludzi otwartych na inne kultury, że o miłośnikach samej Gruzji nie wspomnę.

      Autorka nie tylko ma gruzińską urodę, ma też bez wątpienia gruzińskie serce i czuje ten kraj, jak mało kto. Może reinkarnacja naprawdę istnieje? W końcu, jak inaczej wytłumaczyć, że ktoś jedzie do obcego kraju, czuje się w nim, jakby wrócił do domu i jeszcze rozpoznaje nieznane sobie miejsca. Magiczna, wciągająca opowieść z dużą dawką ciekawej, całkiem realnej, wiedzy - polecam.

      UZUPEŁNIENIE:
      Po jakimś czasie pojawiły się poważne zastrzeżenia do "Georgialików" - dotyczące łamania praw autorskich.
      Szkoda. W wielu przypadkach autorce wystarczyłoby skorzystanie z prawa cytatu, do którego wymagane jest tylko uczciwe podanie autora i źródła. To aż tak wiele? W innych można by się zastanowić, czy książka rzeczywiście musi mieć informacje, których autorka nie posiada, albo nie umie napisać sama.
      Moim zdaniem to, co by zostało przy uczciwym podejściu, wymagałoby może więcej pracy, może byłoby krótsze, ale cały czas byłoby warte przeczytania. A teraz? 
      Nie rozumiem, jak można było taką fajną książkę zepsuć w tak głupi sposób. 
      Więcej informacji TUTAJ i TUTAJ 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2012 17:41
  • poniedziałek, 17 grudnia 2012
    • Kiedy starszych ludzi przygniatają prezenty

      Kiedy starszych ludzi przygniatają prezenty, rysunek mój.

      Prezenty dla dzieci

      Ostatnio słyszałam rozmowę dwóch starszych pań. Jedna z nich żaliła się:

      Ja mam sześcioro wnucząt. Staram się unikać wszelkich uroczystości, takich jak urodziny. Dzisiejsze dzieci już nie cieszą się ze zwykłych prezentów. Od rodziców dostają super zabawki, musiałabym kupić im coś porównywalnego, a mnie na to nie stać. Z drugiej strony wydać pieniądze tylko po to, żeby prezent został od razu rzucony w kąt - jaki to ma sens?

      Świąt ta pani nie uniknie i chyba... nie o to chodzi. Macie pomysł, co z tym zrobić? 

      Inna sprawa, że dzieci w ogóle są ostatnio zasypywane prezentami. Mało tego, za oczywistość przyjmuje się, że nawet jeśli w rodzinie prezentów nie ma, to dzieci powinny je od każdego dostać. Zatem obraz, w którym siedzi dziecko ze znudzoną miną pod choinką, rozpakowuje prezenty i rzuca je kolejno w kąt, niestety jest coraz częstszy.
      Może nie tędy droga? 

      Prezenty dla babci i dziadka 

      Pewnej starszej pani, zadowolony z siebie członek rodziny kupił ekspres do kawy... na kapsułki. 
      Nie zainteresował się, czy babcię będzie stać na kupowanie sobie kapsułek (zamiast kawy, która wychodzi taniej) czy w jej okolicy w ogóle da się kapsułki pasujące do jego ekspresu kupować (nie dało się) ani co będzie za kilka lat, jak firma zacznie wprowadzać nowy model. Kapsułki akurat do tego ekspresu były dostępne tylko w niektórych miejscach i reszta rodziny starała się je potem starszej pani zdobywać. Bez sensu, prawda?

      Podobny problem pojawia się np. przy odkurzaczach na worki. Starsi ludzie często mają problem z kupnem pasujących worków, nie wszyscy są mobilni i bez trudu w razie czego objadą centra handlowe z pytaniem o worki określonego typu. Często całkiem słusznie boją się, co będzie jak im się posiadane worki skończą. Może lepiej sprezentować im odkurzacz bezworkowy, z łatwym do czyszczenia filtrem?

      Nieco trudniej jest przy przyrządach filtrujących wodę, ponieważ one z założenia mają wymienne filtry. Jak się kupuje przyrząd do filtrowania wody, to trzeba po prostu też wziąć na siebie kwestię wymiany filtrów. Szczególnie, że patrząc na ceny dzbanków z zestawem filtrów w porównaniu z ceną samych filtrów, można dojść do wniosku, że bardziej się opłaca za każdym razem kupować nowy dzbanek.

      Starsi ludzie oczywiście są różni - niektórzy jeżdżą samochodami, a stan ich finansów też może różnie wyglądać. Nie zmienia to faktu, że w przeważającej większości to jednak nie jest ten okres życia, kiedy ludziom się najlepiej powodzi. Mobilność w tym czasie też będzie raczej spadać niż rosnąć. 

      Dlatego jeśli już chcemy starszym osobom kupić prezent praktyczny, z którego miałyby na codzień korzystać, to wybierzmy wersję, która nie będzie ograniczała ich samodzielności. Nie wymuszajmy na nich przy okazji kupowania, często droższych, czasem (szczególnie po jakimś czasie) trudnodostępnych dodatków. Poszukajmy uczciwie opcji zapewniającej jak największą samowystarczalność.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Kiedy starszych ludzi przygniatają prezenty”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 grudnia 2012 23:34
  • niedziela, 25 listopada 2012
    • "Fatalne jaja" Michaił Bułhakow

      Fatalne jaja, BułhakowRząd podejmie najdrastyczniejsze kroki, by nie dopuścić do powtórzenia się tragedii smoleńskiej - te słowa napisał Michaił Bułhakow w... 1924 roku.

      Można powiedzieć, że Fatalne jaja to satyra na radziecką biurokrację i zdehumanizowanie.
      Na szczęście w całej republice zmarło nie więcej niż tysiąc osób.

      Ale tak naprawdę książka jest ponadczasowa i obśmiewa przede wszystkim ludzką głupotę. Jakby ktoś chciał ją przerobić na wersję kapitalistyczną, to by się nawet zbytnio nie napracował. Rokk musiałby mieć powiązania ze strategicznym sponsorem instytutu, no i przepadłaby częściowo historia żony popa oraz żarty z Łubianki, ale większość treści wymagałaby najwyżej kosmetycznych poprawek.

      Poza głupotą, Bułhakow obśmiewa także chęć zysku, władzy, sławy. Obrywa się również goniącym za newsami dziennikarzom, a nawet twórcom, robiącym wokół siebie zamieszanie za wszelką cenę

      Teatr imienia nieodżałowanej pamięci Wsiewołoda Meyerholda, który jak wiadomo zginął podczas prób nowej inscenizacji Puszkinowskiego Borysa Godunowa, kiedy to urwały się trapezy z gołymi bojarami...             

      Ale przejdźmy do akcji. Oderwany od rzeczywistości profesor biologii...

      Dajcie mi, jak jej tam, Łubiankę. Merci. Kogo tam od Was powinienem zawiadomić? Przyłażą tu do mnie podejrzane indywidua w kaloszach, tak...

      Zatem oderwany od rzeczywistości profesor biologii przypadkiem odkrywa nietypowy promień, co doprowadza do całego ciągu zaskakujących wydarzeń.

      W polskim wydaniu do Fatalnych jaj dodano jeszcze dwa mistrzowskie opowiadania:

      "Szkarłatna wyspa" - satyra na zadowolonych z siebie kolonialistów, tak popularnych na przełomie wieków, inspirowana Vernem oraz "Przygody Cziczikowa" czyli co by było, gdyby bohaterowie martwych dusz Gogola trafili do radzieckiej Rosji.

      Swoją drogą aż trudno uwierzyć, że genialny Bułhakow, twórca słynnego "Mistrza i Małgorzaty" swojej wielkiej sławy nie dożył.

      Książka tyleż zapomniana, co ciekawa, a ja uwielbiam czytać takie perełki w świecie, w którym żeby książka dostała się do mediów, musiałaby być na nowo wydana.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 listopada 2012 18:12
  • niedziela, 11 listopada 2012
    • Żałosny epilog na Święto Niepodległości

      W Polsce nie wolno produkować w celu sprzedaży polskich flag.Przypominam, że w Polsce nadal nie wolno produkować koszulek czy wpinek z orzełkami, flag narodowych, CD z hymnem itd. chyba że będzie się je rozdawać.

      Nie znam drugiego kraju, w którym cały propatriotyczny przemysł byłby nielegalny. U nas jest.

      Rok temu napisałam o tym TUTAJ

      Wydawało się, że dzięki aferze z orzełkami na koszulkach reprezentacji politycy zwrócą wreszcie uwagę na problem i zmienią te ewidentnie szkodliwe przepisy.

      Nic bardziej mylnego. Najpierw na całej linii zawiedli dziennikarze. Zamiast pokazać problem, ograniczyli się do tych nieszczęsnych orzełków PZPN-u.

      W tej sytuacji politycy z wielką pompą wprowadzili "zmiany".

      Czy zmienili te bezsensowne przepisy? Nie.
      Dodali tylko wyjątek dotyczący tej indywidualnej sprawy, która trafiła do mediów: na strojach reprezentacji (także olimpijskich) będzie godło (art. 3A ustawy o godle).
      Jednocześnie tymi strojami (to jedyny wyjątek) organizacje, które za nie odpowiadają, będą mogły handlować (art. 13.4 ustawy o sporcie). 

      Tymczasem w Polsce nadal nie wolno produkować w celu sprzedaży normalnych koszulek z godłem - legalnie możemy kupić tylko koszulkę sportową (sic!) albo taką, na której orzeł będzie w jakiś sposób... nieprawidłowy. Tak samo nielegalne są: flagi narodowe, CD z hymnem, wpinki z godłem, pocztówki z godłem czy flagą i wiele innych, patriotycznych gadżetów. Przemysł patriotyczny mamy w praktyce podziemny. W tej sytuacji dla tych przedsiębiorców najlepiej (i najbezpieczniej) byłoby, jakby się przestawili na Polska Walczy. Albo na bociany. Tak, bociany to bezpieczny, bo jeszcze nie zagarnięty symbol. Smutne ale prawdziwe.

      Politycy są z siebie dumni. Niezorientowani dziennikarze jeszcze ich chwalą. A głupie przepisy zostały.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 listopada 2012 01:45
  • środa, 31 października 2012
    • Likwidacje grobów - co na to polskie prawo, nasza kultura i KK?

      Czy można ot tak sobie zlikwidować grób? Czy żądanie powtórnych opłat zawszeZniszczone groby, na ziemi walają się kamienne elementy tu krzyż, tam waza, tu podstawa, tam odłupane inne części - ID 21487612 © Photowitch | Dreamstime jest dopuszczalne? Czy usuwanie grobów jest zgodne naszą kulturą? A z religią katolicką? 

      Zainspirowana tym artykułem i komentarzami, jakie się pod nim pojawiły, postanowiłam przyjrzeć się temu problemowi bliżej.

      Czy usuwanie grobów jest zgodne z naszą kulturą?  

      Oficjalnie w naszej kulturze zmarłych otaczamy szacunkiem. Mamy obowiązek ich pochować. Pochować naprawdę, a nie na niby. Zapewnić im grób, a nie... wypożyczyć go. Na pytanie, czy w naszej kulturze wyjmujemy zmarłych z grobów, odpowiemy, że nigdy. No chyba że w wyjątkowej sytuacji dokonujemy ekshumacji np. jakiegoś wybitnego Polaka, żeby go wreszcie pochować docelowo w ziemi ojczystej, czy też osoby błędnie pochowanej nie w swoim grobie, co się czasem zdarza przy ofiarach masowych katastrof. Ale to sytuacje wyjątkowe. Generalnie zmarły ma leżeć w grobie, tam gdzie go pochowano, to "oczywista oczywistość".

      Wieloma cmentarzami administrują parafie rzymskokatolickie. Stąd kolejne pytanie: 

      Co na ten temat Katechizm Kościoła Katolickiego?

      KKK 2300 Ciała zmarłych powinny być traktowane z szacunkiem i miłością wypływającą z wiary i nadziei zmartwychwstania. Grzebanie zmarłych jest uczynkiem miłosierdzia względem ciała (Por. Tb 1,16-18.; jest uczczeniem dzieci Bożych, będących świątynią Ducha Świętego.

      Miłosierdzie uzależnione od opłaty przestaje być miłosierdziem.
      W tej sytuacji, na katolickich cmentarzach wyznaniowych problem chyba w ogóle nie powinien istnieć. 

      Czy wolno likwidować wyjątkowe groby?

      Podlinkowana dyskusja dotyczyła jednak cmentarza komunalnego, a tam chrześcijańskie sumienie nie musi obowiązywać. Za to w komentarzach padły inne ciekawe zarzuty:

      -A tymczasem na cmentarzu komunalnym w moim mieście zlikwidowano grób bohaterów września 1939, bo ktoś zapłacił za miejsce zanim zrobiło to miasto. Grób został zlikwidowany, obecnie na jego miejscu stoi grobowiec jakiejś rodziny [Fidelxxx]

      -Ja to widziałem na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni już co najmniej pięć lat temu.Tyle lat już trwa tam akcja likwidacji nieopłaconych grobów i tak znikają tam groby często zasłużonych ludzi morza,komandorów,kapitanów żeglugi wielkiej [Sundragonnet]

      Co na to polskie prawo? Zajrzyjmy do ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych.
      [t.j. Dz.U. Nr 118, poz. 687)]

      Art. 5.6. Niezależnie od powyższych przepisów jest wzbronione użycie do ponownego pochowania grobów, mających wartość pamiątek historycznych (ze względu na swą dawność lub osoby, które są w nich pochowane, lub zdarzenia, z którymi mają związek) albo wartość artystyczną. 

      Wniosek: jeśli widzisz, że ktoś usuwa albo już usunął grób, który ma szczególne znaczenie historyczne czy artystyczne - najlepiej od razu wezwij Policję.


      Powtórne opłaty - wątpliwości 

      Generalnie o powtórnym użyciu grobu i opłatach mowa w art. 7.1-3 ustawy o cmentarzach:
      Art. 7.1. Grób nie może być użyty do ponownego chowania przed upływem lat 20.
      2. Po upływie lat 20 ponowne użycie grobu do chowania nie może nastąpić, jeżeli jakakolwiek osoba zgłosi zastrzeżenie przeciw temu i uiści opłatę, przewidzianą za pochowanie zwłok. Zastrzeżenie to ma skutek na dalszych lat 20 i może być odnowione.

      Wątpliwości pojawiają się przy ust. 3.
      Art. 7.3. Przepisy ust. 1 i 2 nie mają zastosowania do chowania zwłok w grobach murowanych przeznaczonych do pomieszczenia zwłok więcej niż jednej osoby, a także do chowania urn zawierających szczątki ludzkie powstałe w wyniku spopielenia zwłok.
       

      Czy to oznacza, że w przypadku grobu murowanego nie ma także obowiązku ponawiania opłat?

      Zajrzyjmy do orzecznictwa Sądu Najwyższego w tej sprawie:

      Do grobów murowanych przeznaczonych do pochowania więcej niż jednych zwłok nie mają zastosowania ograniczenia dotyczące ponownego użycia grobu (art. 7 ust. 3 ustawy z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych, t.j. Dz.U. z 2000 r. Nr 23, poz. 295), a zatem członkowie rodziny uprawnieni do tego grobu nie tylko nie muszą po upływie 20 lat przedłużać tego prawa, ale także uiszczać ponownej opłaty. W tym wypadku zarządowi cmentarza nie przysługuje prawo dysponowania wolnymi miejscami w grobie murowanym ani przed, ani po upływie dwudziestu lat od pochowania, ani do pobierania kolejnej opłaty. 

      [Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna,  z dnia 3 grudnia 2010 r. Sygn. I CSK 66/10]

      Do wymienionych ograniczeń dochodzi jeszcze jedno:

      Zgodnie z prawem ludzkie szczątki są objęte ochroną

      Zachęcam do przeczytania krótkiego wywiadu z przedstawicielką SANEPID-u - Nie można ot tak zlikwidować grobu.

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Likwidacje grobów - co na to polskie prawo, nasza kultura i KK?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 31 października 2012 22:53

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa