Wpisy

  • czwartek, 25 października 2012
    • "Obfite piersi, pełne biodra" czyli nowy noblista Mo Yan

      Mo Yan, Obfite piersi, pełne biodraKsiążka od razu wciąga intensywną akcją i mnóstwem ciekawych odniesień do chińskich realiów. 

      Na początek przenosimy się do świata, w którym kobiety są tak nieważne, że kiedy rodzi kobieta i oślica, wszyscy zajmują się oślicą. Kobiecie tylko powtarzają, żeby urodziła wreszcie chłopca. Imiona wszystkich jej córek znaczą "Nadchodzący młodszy brat, Przywoływany młodszy brat, Wzywany młodszy brat, Wytęskniony młodszy brat, Spodziewany młodszy brat, Upragniony młodszy brat i Wybłagany młodszy brat.

      To dopiero daje do myślenia, jak nieprawdopodobnie zafiksowani na płci potrafią być Chińczycy. Jak sobie teraz wyobrazimy, że to w tym kraju wprowadzono politykę jednego dziecka...

      Całość zaczyna się jak u Hitchcoka, ponieważ poród odbywa się w czasie szturmu "japońskich diabłów", co paradoksalnie okaże się jedyną nadzieją.

      Poznajemy historię jednej rodziny, składającej się głównie z kobiet. Dzięki temu to, co działo się w XX wieku w Chinach widzimy z bardzo bliskiej, ludzkiej, perspektywy, przyprawionej jeszcze odrobiną magicznego sosu.

      Jedna rzecz mnie zaskoczyła. Jak na pisarza oskarżanego o służalczość wobec komunistycznego reżimu, Mo Yan umieścił w książce zadziwiająco wnikliwe obserwacje socjologiczne i to w formie zapadających w pamięć scen będących żywą krytyką komunizmu. Mo Yan przejmująco piętnuje i propagandową manipulację i możliwości, jakie komunizm zapewnia proletariackim chuliganom, czy zwykłym bandytom w kontakcie z bezbronnymi, wobec chorego systemu, ludźmi.

      Owszem, autor nie jest dysydentem, nie krytykuje konkretnych osób i na pewno nie tworzy reportaży o prawach człowieka. Ale to jest dobra literatura, do tego zaangażowana społecznie. 
      Z drugiej strony, uwzględniając fakt, że Mo Yan to pseudonim, oznaczający po prostu "nie mów", co ma przypominać autorowi, żeby za dużo nie napisać, trudno się nie zastanawiać, jakie przemilczenia go dręczą. 

      Jednocześnie, kiedy chiński pisarz, doceniany przez władze, z jednej strony twierdzi, że cenzury nie ma, a z drugiej każdą książkę podpisuje przypomnieniem o jej istnieniu, daje to, raczej świadomy, efekt komiczny.

      Większość Polaków o "Obfitych piersiach, pełnych biodrach" usłyszała dopiero teraz, kiedy Mo Yan otrzymał Nobla z literatury. Szybko okazało się, że w naszym kraju wydano tylko 2 jego powieści. Druga, to "Kraina wódki".

      Obie tłumaczyła (bezpośrednio z chińskiego!) Katarzyna Kulpa. 
      Okazuje się, że to ważna informacja, ponieważ to cenny wyjątek. Niestety coraz powszechniejszą praktyką wydawców jest zamawianie tłumaczeń z angielskiego. A nietrudno sobie wyobrazić, jak wiele niuansów przepada podczas takiego "głuchego telefonu". Dodatkowo wśród wielu tłumaczy łatwiej znaleźć kogoś, kto wprawdzie zgodzi się wykonać tę pracę za zbyt małe pieniądze, ale poświęcając jej tylko tyle uwagi, za ile zapłacono.

      Tutaj całego tego problemu uniknięto. Tłumaczenie jest świetne, czyta się wyjątkowo lekko, a dla lepszego zrozumienia sytuacji, w niektórych miejscach tłumaczka dodała też przydatne, krótkie objaśnienia. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Obfite piersi, pełne biodra" czyli nowy noblista Mo Yan”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 października 2012 17:54
  • poniedziałek, 08 października 2012
    • O Syberii całkiem inaczej

      Powtórka z Syberii, Anna ŁabieniecOstatnio wpadła mi w ręce arcyciekawa książka Powtórka z Syberii Anny Łabieniec. 

      Do tej pory myśląc o Polakach na Syberii wyobrażałam sobie tylko zesłańców. Tymczasem od ponad 100 lat, na głębokiej Syberii, istnieje polska wioska - Wierszyna. Założyli ją ludzie, którzy po prostu wyemigrowali na Syberię, a nie jak inni, do Ameryki.

      Zresztą bądźmy szczerzy, Polacy trafili tam częściowo przez pomyłkę, chociaż wysłali najpierw parę osób na zwiady ;)
      Oto co mówi Luda, jedna z ciekawszych postaci w książce:
      Przyjechali latem, gdy wszystko tonęło w zieleni. Zobaczyli wielkie połacie ziemi, którą wystarczyło przygotować pod uprawę. Po bezkresnych łąkach chodziło wolno bydło. Miejsce to wydało im się rajem na ziemi. Wrócili więc i zachęcili wszystkich do przyjazdu. Nie wiedzieli tylko, że bydło należy do mieszkających tu Buriatów, że lato trwa dwa miesiące, a potem jest już dużo gorzej. […] 

      Na szczęście z Buriatami jakoś się dogadali: Początki były bardzo ciężkie. Wokół była tylko tajga. Przetrwali dzięki Buriatom, którzy pomogli.

      Tam to wybrała się polska dziennikarka z Kanady, wioząc pomoc od polonijnych organizacji. Książka jest zapisem jej podróży.

      Ale mieliśmy szczęście - trafiło na osobę ciekawą świata, dostrzegającą tak wiele, jak tylko da się dostrzec. W efekcie książka pełna jest świetnych obserwacji, dotyczących:
      -nie tylko samej Wierszyny,
      -ale też Rosjan,
      -Polaków,
      -polonii (fajne są porównania Syberii z Kanadą),
      -zachowań kościołów kiedy nie mają w danym państwie pozycji dominującej, w odróżnieniu od sytuacji, kiedy ją mają.

      Mieliśmy tym większe szczęście, że ta dziennikarka potrafiła z ludźmi rozmawiać. Jak się okazuje, dziennikarze, również trafiający aż tak daleko, też nie zawsze potrafią wykonywać swoją pracę.

      -Wyobraź sobie taką sytuację – denerwuje się Luda – siedzę wieczorem w domu i karmię dziecko piersią. Wpada jakiś człowiek, włącza kamerę i mówi mi, żebym mu szybko opowiedziała w skrócie dzieje Wierszyny. Tylko żebym się zmieściła w piętnastu minutach, bo on się bardzo śpieszy. Był bardzo zdziwiony i oburzony, że odmówiłam.

      Dodatkową zaletą są "książki w książce". Szczególnie przy tekstach podróżniczych wspaniale się czyta odniesienia do innych książek. Tutaj są aż dwie. Pierwsza to Lalka Prusa (tak, wiem, że to atrakcja bardziej dla polonusów, tęsknym okiem spoglądających w kierunku lektur szkolnych, ale Wokulski został tam naprawdę zgrabnie wprowadzony). Druga to Przez Syberię na gapę Romualda Koperskiego. Tutaj robi się ciekawie, szczególnie, że w Powtórce pojawia się sam Koperski, dostarczając nam dodatkowych atrakcji. 
      Zachęcająco brzmią też fragmenty jego książki: Powszechnie wiadomo, że wspólną cechą większości podróżników, alpinistów, grotołazów oraz innych osób w zaawansowanym stadium idiotyzmu jest fakt nie posiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby im realizację planów.
      Oj, tak, Koperskiego też koniecznie muszę przeczytać :) 

      Ale wróćmy do Wierszyny. Jak tam jest?

      Mijamy śliczne jak w skansenie domki. Wszystkie z bali drewnianych, ozdobione bogato, pomalowane na jaskrawy błękit. Równiutkie niebieskie płotki, wszystko maleńkie i słodkie, jak z obrazków w rosyjskiej baśni.

      Można też trafić na trzęsienie ziemi:
      Wstrząsom tektonicznym przeważnie towarzyszą burze – tłumaczy wśród łoskotu Luda. U nas mówią, że to błyskawice otwierają ziemię... Burza przewala się tuż nad nami. […] Od uderzenia pioruna pali się przeraźliwie jaskrawym ogniem słup sieci elektrycznej, oddalony zaledwie metr od ściany domu! Patrzymy jak skamieniałe na monstrualny zimny ogień, przypominający ten z choinki w Boże Narodzenie. Co robić? Zdaję sobie sprawę, że dom jest drewniany i zajmie się w okamgnieniu...

      Ale kim tak w ogóle jest Luda? Ludmiła Wiżentas – śliczna, mądra dziewczyna, którą wysłano do Polski na studia, żeby Wierszyna miała nauczyciela polskiego. Kończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim.:

      Gdy przyjechałam, znałam tylko dwa nazwiska sławnych Polaków: Kopernika i Curie-Skłodowskiej. Takie nazwiska jak Mickiewicz czy Kochanowski nic mi nie mówiły... I przyjechałam studiować literaturę polską! O polskich filmach nic nie wiedziałam. Byłam na etapie rozwoju przedszkolaka, tyle że na studiach. Było mi strasznie wstyd.”

      Nadgoniła braki, zdobyła ogromną wiedzę i... wróciła do Wierszyny. 

      Wita się z nami i sadza przy stole. Na talerzach rosół z pierożkami. Na ścianie skóra psa polarnego i śliczne ludowe hafty. W bielonym, wielkim piecu buzuje ogień.

      Ten bielony piec w klimatycznej chacie z bali będzie mi się śnił po nocy (można go obejrzeć na zdjęciu).

      Jedyne czego brakuje w książce to przepisów na smakowite czeremchowe ciasto i pierogi, które tak zachwycają Polaków z ojczyzny. W Internecie można trafić tylko na rozpaczliwe próby kupienia w Polsce mąki z czeremchy.

      Tak czy inaczej warto przeczytać Powtórkę z Syberii - dla ciekawych obserwacji, dla klimatu, dla uważnych opisów miejsc i pasjonujących ludzi. Autorka przy wszystkich swoich wadach, jest tak inteligentną, ciepłą i dowcipną osobą, że czyta się ją z przyjemnością. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 października 2012 02:02
  • czwartek, 12 lipca 2012
    • Księża homoseksualiści

      Fot. Winterberg, Dreamstime.comKsiądz Izakowicz-Zaleski postawił tezę, że w wśród księży katolickich jest wielu homoseksualistów, a wręcz istnieje homoseksualne lobby, decydujące w niektórych sytuacjach np. o nominacjach.

      Przeanalizujmy ten problem na spokojnie. Wyobraźmy sobie zwykłego chłopaka, który odkrywa, że jest homoseksualistą. Jego rodzice pomstują, widząc w telewizji Biedronia, wujek szczegółowo informuje, jak by "takim" obił twarz, ciocie reagują obrzydzeniem. Jednocześnie wszyscy jak jeden mąż wyobrażają sobie, że homoseksualiści w roli hobby uparcie afiszują się ze swoją innością na różnych marszach, a najchętniej biegaliby nago po ulicach uprawiając seks z przygodnymi partnerami.

      Tymczasem ludzie są w większości konformistami. Chcą spokoju, szacunku, bezpieczeństwa, miłości i ...pieniędzy. Naprawdę trzeba ogromnej odwagi, żeby narazić się na odrzucenie ze strony bliskich i być może nawet na fizyczną agresję sąsiadów, czy kolegów z pracy. Kto by chciał przyznawać się do inności i jeszcze ryzykować, pojawiając się na marszach równości? Na pewno nie konformista. A takich, niezależnie od orientacji seksualnej jest niestety większość.

      Chłopak może jest konformistą i wszystko sobie przemyślał, a może po prostu jest przerażony, szczególnie, że już zaczynają się pytania, kiedy wreszcie pojawi się jakaś dziewczyna.

      Tak czy inaczej pewnie szybko zacznie uwzględniać rozwiązanie proste, jak budowa cepa. Bo przecież wystarczy, że zostanie księdzem.

      Argumenty za

      1) Pytania o dziewczyny momentalnie się ucinają, jego brak zainteresowania płcią przeciwną nagle staje się cnotą. 

      2) Rodzina pewnie jest dumna, szczególnie jak ludzie zaczynają im powtarzać stare przysłowie "Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie".

      3) Wzrasta jego szacunek u sąsiadów (przynajmniej jeśli pochodzi w niewielkiej miejscowości).

      W wielu przypadkach ma nawet szansę zadziałać prosta zasada - im mniej tolerancji otoczenia dla jego homoseksualizmu, tym większa akceptacja i szacunek związany z wyborem drogi duchownej.

      No dobrze, powiecie, ale tutaj trzeba skończyć studia, które być może zupełnie go nie interesują.

      4) A co za różnica, czy skończy Seminarium, czy tak jak ostatnio tłumy młodych ludzi Ekonomię, Bankowość, Turystykę, Marketing, czy inne Finanse? Ludzie wybierali często ciężkie, zupełnie nieinteresujące ich kierunki wyłącznie dlatego, bo wg ówczesnych rankingów mogli w przyszłości liczyć na zatrudnienie i przyzwoite zarobki. Tymczasem w praktyce te rankingi zmieniają się jak w kalejdoskopie.
      Skoro już mowa o zatrudnieniu i zarobkach...

      5) W odróżnieniu od wspomnianego tłumu, jako ksiądz będzie miał zagwarantowane zatrudnienie. A to w dzisiejszej Polsce wcale nie jest takie pewne.

      6) Będzie miał też zagwarantowane pełne utrzymanie na przynajmniej przyzwoitym poziomie.

      7) Dodatkowo odpadną mu obowiązki domowe - gotować, sprzątać, prać itd. będzie za niego gospodyni, ew. pełniąca tę rolę zakonnica.

      8) Chętnych do Seminarium ostatnio jest coraz mniej (w odróżnieniu od chętnych na kierunki zalecane w rankingach) - ponieważ heteroseksualnych mężczyzn jednak odstrasza brak możliwości założenia rodziny, a bohater naszej historii przecież i tak musiałby się ukrywać ze swoim związkiem.

      9) W gruncie rzeczy zostając księdzem będzie mu o wiele łatwiej ukrywać przed bliskimi, że jest homoseksualistą.
      Jeśli wybierze drogę ukrywania. Na co jest spora szansa. W końcu widzi, z jaką niechęcią spotyka się choćby Robert Biedroń, który uczciwie mówi, że jest homoseksualistą i kto jest jego życiowym partnerem.

      Jednocześnie, nie ukrywajmy, nie przypuszczam, żeby młody homoseksualista w ogóle stawał przed podobnym dylematem, gdyby urodził się w Holandii, w Niemczech, czy w Skandynawii. Tam tolerancja dla homoseksualizmu jest większa, a jednocześnie księżom (na tle innych zawodów) nie jest wcale łatwiej. Dlatego tam też jest o wiele większa szansa, że chłopak zdecydowałby się po prostu na comming out i wybrał sobie jakiś świecki zawód. Również kierując się opłacalnością, raczej jednak nie zostałby księdzem.

      A dobre intencje?

      Ale przecież - podpowiada zdrowy rozsądek - co za różnica, czy ksiądz jest hetero, czy homoseksualny? Przecież i tak żyje w celibacie. Heteroseksualiści jakoś nie tworzą lobby. Miłośnicy brunetek nie zwalczają miłośników blondynek. Po prostu, decydując się na celibat, wycinają z życia ten aspekt.

      Zatem, drąży dalej rozsądek, może też istnieć ktoś, kto odczuwa pociąg homoseksualny, ale jednocześnie jest bardzo wierzący i albo i tak chciał zostać księdzem, albo uzna, że widocznie Bóg tak chciał - skoro nie czuje powołania do życia rodzinnego, a swojego homoseksualizmu nie akceptuje, to będzie się realizował na drodze duchownej i już. Heteroseksualiści mogą, to czemu homoseksualista nie?

      System wyklucza uczciwie stawiających sprawę homoseksualnych kandydatów, z dobrymi intencjami

      Niestety, taka prawda. Ktoś kto nie odczuwa pociągu do płci przeciwnej, tylko do własnej, katolickim księdzem zostać nie może.

      Jak zatem przez to sito przejdą homoseksualiści? To proste. Na pytanie o orientację seksualną wierzący, zaangażowani kandydaci, którzy uczciwie wybrali drogę duchowną powiedzą prawdę, bo przecież skoro są wierzący, to nie chcą żyć w kłamstwie i opierać na nim kapłaństwa.

      Czyli kto przejdzie przez to sito? Tylko ci homoseksualiści, którzy nie są za bardzo wierzący, a kierują się czystym konformizmem. Bo tylko oni skłamią.

      To co z tym homoseksualnym lobby?

      Skoro ludzie w większości są konformistami, oceńmy opłacalność poszczególnych wyborów. Akurat w Polsce o wiele bardziej opłaca się zostać księdzem niż otwarcie działającym homoseksualistą, podobnie jak o wiele prościej jest ukrywać homoseksualizm pod sutanną niż w zwykłym życiu. Dlatego podejrzewam, że procent homoseksualistów wśród księży znacząco przekracza średnią ilość homoseksualistów w społeczeństwie.

      Jednocześnie homoseksualiści uczciwie podchodzący do kapłaństwa zostali na początku wykluczeni.

      Część z tych ludzi kierowała się czystym wyrachowaniem - oni spokojnie będą szukać ludzi w podobnej sytuacji i nieoficjalnie wspierać się wzajemnie. Część zwyczajnie się bała, ale najwyraźniej wiara nie była dla nich kluczową sprawą, skoro od początku zdecydowali się kłamać. Oni również mogą zostać włączeni do grupy. Pewnie się ucieszą, jak zostaną skierowani np. do parafii, gdzie nie będą musieli przed pozostałymi księżmi ukrywać swojej orientacji. Do tego skoro w firmach zdarza się, że ktoś, heteroseksualnie, awansuje "przez łóżko", to czemu tutaj miałyby być same uczciwe aniołki?

      Ale nawet pomijając nietypowe drogi awansowania, wystarczy prosty fakt, że istnieje (bo w tych okolicznościach musi istnieć) grupa osób, mających wspólny cel. A taki cel istnieje - ochrona bezpieczeństwa członków grupy, wspólna tajemnica, a zapewne także umożliwienie członkom grupy, nieakceptowanej przez resztę, formy samorealizacji. W tych okolicznościach to oczywiste, że grupa zaczyna się wspierać i pomaga swoim członkom w awansowaniu, skoro od pozycji członków grupy w organizacji, zależy los jej członków.

      Reakcje władz kościelnych

      Tu wystarczy tylko przypomnieć, co się działo podczas afery arcybiskupa Paetza. Sprawa była długo zamiatana pod dywan, nawet kiedy kleryków wzięli w obronę rektor Seminarium i dziekan Wydziału Teologii UAM oraz redaktor naczelny "Tygodnika Katolickiego". Ten ostatni trafił zaraz potem do seminarium... w Zambii, skąd pokornie przysłał samokrytykę. Weźmy pierwszy z brzegu artykuł o ówczesnych wydarzeniach. "Biskupi nie poruszają tematu Paetza podczas synodu. Zawodzą kanały komunikacji. List nie dociera do Jana Pawła II. Nuncjusz Kowalczyk przekazuje go... Paetzowi." Do papieża informacja o sytuacji w Poznaniu dotarła dopiero prywatnymi drogami. Przekazała ją zaprzyjaźniona "ważna osoba z Krakowa" (Wanda Półtawska). Okoliczności odejścia arcybiskupa też są nie jasne. Z jednej strony sam odszedł, z drugiej pozbawiono go części uprawnień, ale tylko na terenie dawnej diecezji. Nigdy nie postawiono kropki nad "i".

      Najwyraźniej reakcji z tej strony również nie ma się co spodziewać.

      Wróćmy zatem do kluczowego pytania:

      Czy wśród polskich księży istnieje homoseksualne lobby?

      Logicznie rzecz ujmując - byłoby naprawdę zaskakujące, gdyby nie istniało.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 lipca 2012 20:35
  • czwartek, 26 stycznia 2012
    • ACTA - konkrety i linki

      Przede wszystkim to nieprawda, że po jednej stronie stoją piraci i hackerzy, a po drugiej rządy i twórcy. 

      ACTA nie poprawi sytuacji samych twórców

      Polskie prawo autorskie chroni twórców naprawdę mocno. Nie ma obowiązku otaczania się klauzulami, ochrona jest automatyczna, a twórca którego prawo złamano, może domagać się, w zależności od sytuacji, dwu lub trzykrotności należnego wynagrodzenia.

      Problemem jest najwyżej obawa przed kosztami procesu, szczególnie jeśli prawa twórcy - zwykłego człowieka naruszy bogata korporacja. Jego nie stać na prawników i procesy, korporację stać. Tutaj jest realny problem. ACTA nawet go leciutko nie dotyka.

      Zagrożenia 

      Zapisy ACTA są na tyle niejasne, uogólnione itd., że ich ofiarą mogą paść dowolni obywatele, w tym sami twórcy, szczególnie zagrożeni mogą być ludzie zajmujący się prawami obywatelskimi, administratorzy portali czy to poruszających tematykę niewłaściwego postępowania polityków, czy też stanowiących konkurencję dla korporacji medialnych, którzy prawa wcale nie złamią. 

      Wystarczy, że ktoś, kto akurat będzie miał w tym interes, zarzuci im, że prawo złamali. 

      Art. 12.2 umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi:

      Każda strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych, bez wysłuchania drugiej strony.

      Cóż - albo mamy do czynienia z państwem prawa, albo z jednostronnymi, tymczasowymi rozwiązaniami, bez zainteresowania się, czy przypadkiem druga strona nie dysponuje dowodami, potwierdzającymi, że to ona ma rację.

      Szczególnie, że działać należy raczej szybko niż wnikliwie. Dalej w artykule 12.2 możemy bowiem wyczytać, że:

      W przypadku postępowania prowadzonego bez wysłuchania drugiej strony, każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo do podejmowania natychmiastowego działania w odpowiedzi na wniosek o zastosowanie środków tymczasowych i do podejmowania decyzji bez zbędnej zwłoki.

      A przypomnijmy, że żyjemy w kraju, w którym organy ścigania potrafią postawić zarzut o uzyskanie bez zgody osoby uprawnionej, programu komputerowego, na szkodę GNU... General Public Licence Free Software Foundation Inc. 
      Dla niezorientowanych - mowa o Fundacji, która stworzyła licencję na wolne, darmowe oprogramowanie. Zatem nie dla wszystkich jest jasne, że nie można ukraść darmowego oprogramowania. A GNU - określające rodzaj licencji nie jest żadną korporacją roszczącą sobie  prawa do przedmiotów objętych licencją. [Artykuł na ten temat, na Vagla.pl, wraz ze screenem z dokumentacji procesowej].

      W tych warunkach wprowadza się możliwość przejęcia serwera, na którym np. jeden z kilkuset autorów zamieściłby w swoim materiale fragment (np. zdjęcie) wzbudzające wątpliwości, co do tego, czy zostało upublicznione zgodnie z prawem.

      Mowa o tym w art. 12.3 

      Przynajmniej w przypadkach naruszeń praw autorskich lub praw pokrewnych oraz podrabiania znaków towarowych, każda strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych możliwość nakazania przez jej organy sądowe konfiskaty lub innego rodzaju przejęcia kontroli nad podejrzanymi towarami oraz nad materiałami i narzędziami związanymi z naruszeniem.

      Czy umowa  zawiera jakiekolwiek zabezpieczenie na wypadek pomyłki? Owszem. Sąd będzie mógł (ale to nie jest obowiązkowe) w takiej sytuacji, nakazać wnioskodawcy, na wniosek osoby, przeciwko której skierowany był wniosek o zastosowanie środków tymczasowych, zapłatę rekompensaty z tytułu wszelkich poniesionych szkód (art. 12.5). Miło, że chociaż o tym pomyślano. Inna sprawa, że zwykły "mały żuczek" nie odważy się raczej na zabezpieczenie swoich praw , obawiając się, że jeśli sąd nie przyzna mu później racji, to musiałby ponieść zbyt drogie dla niego konsekwencje zastosowania środków, które miały go chronić. W tym koszt wynajęcia drogiego adwokata przez korporację, której próbowałby "się postawić". Czyli zwykły twórca na ACTA nie skorzysta, bo zwyczajnie będzie się bał wnioskować o takie zabezpieczenia. Tymczasem dla korporacji, albo polityków, koszt nawet przegranej sprawy może być niższy niż korzyści.

      Przejdźmy do jeszcze jednego ciekawego, niedookreślonego zapisu

      Art. 27.1 Każda Strona zapewnia w swoim prawie (...) dostępność procedur dochodzenia i egzekwowania, tak aby umożliwić skuteczne działania przeciwko naruszaniu praw własności intelektualnej, które odbywa się w środowisku cyfrowym, w tym doraźne środki zapobiegające naruszeniom i środki odstraszające od dalszych naruszeń (…).

      Możemy się tylko domyślać, jakie doraźne i odstraszające środki mogą zostać wprowadzone i na ile to może być pretekst do ograniczania praw obywatelskich, bez związku z realną ochroną praw autorskich i własności intelektualnej.

      Obawy wzbudza również art. 27.4, wprowadzający

      możliwość wydania (...) dostawcy usług internetowych, nakazu niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, co do którego istnieje podejrzenie, że jego konto zostało użyte do naruszenia (...)

      Osobiście nie jestem pewna, czy akurat ten zapis jest taki szkodliwy. Generalnie przydałaby się możliwość uzyskania informacji, kto dokonał naruszenia, żeby można było się przed nadużyciami w Internecie chronić.

      Realny problem może natomiast stworzyć art. 8, ponieważ na jego podstawie dostawcy internetu mogą być zmuszeni do zastosowania uprzedniej kontroli. W efekcie może dojść do blokowania użytkownikom dostępu do wybranych stron. Na wszelki wypadek, żeby uniknąć ryzyka, dostawcy mogą zacząć od blokowania stron serwisów aukcyjnych (ponieważ zdarza się, że sprzedawane są tam podróbki), youtube'a (na wypadek gdyby pojawiły się tam nielegalne nagrania) itd.

      Art. 8.1

      Każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, możliwość wydania przez jej organy sądowe nakazu zaprzestania przez stronę działań stanowiących naruszenie oraz między innymi do wydania tej stronie lub w stosownych przypadkach stronie trzeciej, nad którą odnośny organ sądowy sprawuje jurysdykcję, nakazu mającego na celu uniemożliwienie wprowadzenia do obrotu handlowego towarów, które naruszają prawa własności intelektualnej.

      Nie wierzę, że ACTA ma na celu poprawienie sytuacji twórców.

      Jak już pisałam, bez ACTA zgodnie z polskim prawem twórcy są chronieni i nie muszą nawet wprowadzać zabezpieczeń czy klauzul, żeby obejmowała ich ochrona. 
      ACTA natomiast wprowadza niejasne zapisy, z których wynika, że w niedookreślonych okolicznościach, bez pytania o wersję drugiej strony, będzie można np. blokować niewygodne strony internetowe. To może być bardzo niebezpieczne. Mogą to wykorzystywać politycy, mogą media korporacyjne. Nie w celu ochrony praw autorskich, a w celu usunięcia krytyki bądź konkurencji.

      Pomijam już nawet fakt, że brzmi to jak niepoważny bełkot.

      Być może znajdziemy jednak w umowie jakieś ograniczenie, gwarancja, że prawa obywatelskie nie będą łamane?

      Nie za bardzo. W art. 2 znajduje się wręcz zapis, zgodnie z którym:

      Strona może wprowadzić do swojego prawa szerzej zakrojone dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej, pod warunkiem, że ...

      Jeszcze szerzej? Ale dobrze, jest tam jakieś ograniczenie. Jak myślicie? Pod warunkiem, że np. działania te nie będą łamały praw obywatelskich? Nie. Doczytajmy do końca. Warunkiem jest, że

      ...takie dochodzenie i egzekwowanie nie narusza postanowień... niniejszej umowy.

      Przedstawiłam Wam tylko kilka przykładów, a teraz obiecane linki.

      1) Najwięcej pewnych informacji znajdziecie na portalu www.prawo.vagla.pl, w szczególności w tekstach:
      -materiały na temat ACTA (dla poszukujących merytorycznych informacji)

      -Pytania o ACTA - ściąga dla dziennikarzy

      -Zastanawiam się nad różnicami, motywami i celami

      2) Temat poruszał też w swoim tekście profesor Gwiazdowski

      3) Na marginesie całej sprawy warto zwrócić uwagę na wpis europosła Marka Migalskiego, który na swoim blogu wyjaśnił, jak doszło do tego, że europarlamentarzyści, w tym on sam, zagłosowali za ACTA. A przy okazji, uczciwie opisuje, jak wygląda praca parlamentarzystów i na czym polega "zajmowanie się polityką". Nadzwyczaj ciekawy tekst. W sprawie ACTA wyjaśnił wprost:

      Dzisiaj rano dowiedziałem się, że głosowałem za ACTA. Serio. I nie mam zamiaru się tego wypierać. Czy wiedziałem, za czym głosuję? Nie. Czy zawsze wiem, za czym głosuję? Rzadko. Czy inni posłowie i europosłowie wiedzą więcej? Nie.

      3) Zestawienie fundacji Panoptykon w sprawie ACTA (fundacja działa na rzecz ochrony praw człowieka w kontekście rozwoju "społeczeństwa nadzorowanego)

      Na pewno warto przeczytać, też na marginesie ciekawy artykuł Jacka Żakowskiego o tym, do czego prowadzi zamiana relacji na transakcje.

      4) Kto głosował za a kto przeciw ACTA w obecnej formie - zestawienie Gazety Wyborczej. Oprócz decyzji konkretnych posłów jest też tabelka pokazująca, jak nad rezolucją przeciw ACTA głosowali parlamentarzyści poszczególnych państw. Co ciekawe, poza Węgrami (O% - do tej pory nie wiedziałam, czemu mają opinię kraju godzącego się na wszystko) na samym dole tabelki jesteśmy my - tylko 14% polskich posłów było przeciw. W tym czasie przeważająca większość krajów osiągnęła przynajmniej 40% głosów przeciw.

      5) Przy okazji warto zwrócić uwagę na dwa teksty Krzysztofa Gonciarza:

      -ACTA w Polsce - co to naprawdę oznacza

      -Jak Internet zarabia na ACTA

      6) A dla wytrwałych - treść ACTA, czyli umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi. Niestety MKiDN zapewniło jedynie niewygodną wersję pdf w formie obrazka zawierającego średnio wyraźną kopię umowy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ACTA - konkrety i linki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 stycznia 2012 01:26
  • niedziela, 15 stycznia 2012
    • Protest pieczątkowy był tylko kolejną odsłoną znanego problemu

      Pieczątka stosowana przez lekarzy podczas protestuW poprzednim tekście pokazałam na 2 przykładach metodę przerzucenia problemów na osoby wybrane do roli kozłów ofiarnych. Już poznaliście sposób działania godny mafii albo dyktatury – „wybieramy grupę, na którą przerzucamy odpowiedzialność, koszty, a najlepiej jedno i drugie. Jesteśmy silniejsi (mamy broń – mafia, to my rządzimy – dyktatura) zatem ofiary nie będą mogły się bronić. Do tego ze wszystkich, do roli kozłów ofiarnych wybraliśmy mniejszość – reszcie się powie, że to ta mniejszość jest zła i nie chce współpracować.” Teraz przejdę do przykładu, który wzbudzał ostatnio najwięcej emocji*.

      System ubezpieczeń zdrowotnych jest nieszczelny? Wybierzmy ludzi, którym każemy płacić za te nieszczelności

      Problem: Przez kilkanaście lat, kolejne ekipy rządzące nie miały czasu, żeby przypilnować uporządkowania systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Już dawno powinien powstać system komputerowy, do którego trafiałyby dane z ZUS-u. Pacjent idąc do przychodni powinien mieć przy sobie tylko dowód osobisty. Pesel wystarczałby do sprawdzenia, czy pacjent jest ubezpieczony, czy nie. To wszystko.Kolejni rządzący (w tym obecna ekipa, w końcu to ich druga kadencja) jednak tego nie przypilnowali. Czemu? Może zbyt długo liczyli, że naiwne społeczeństwo będzie wierzyć w hasło „to nie my, to NFZ”?  NFZ to tylko urząd – za jego funkcjonowanie też w ostatecznym rozrachunku odpowiadają rządzący. 

      Pomysł polityków: „Wybieramy grupę, na którą przerzucamy ryzyko. Jeśli ktoś otrzyma nienależną refundację, to mamy ofiarę, która za to zapłaci. Z własnej kieszeni. Najlepiej jeszcze z odsetkami. Jak się będą buntować, to przecież mamy władzę, czymś im zawsze możemy zagrozić”.
      A jak słusznie napisali w swojej petycji lekarze: „Refundacja przepisanych leków jest prawem pacjenta i obowiązkiem płatnika. Jeżeli płatnik zrefunduje pacjentowi lek „nienależnie”, nie może obciążać tym problemem lekarzy.” 

      Tak jak jeszcze zrozumiałe byłoby nałożenie na lekarzy obowiązku zbierania dowodów uprawdopodabniających posiadanie przez pacjenta ubezpieczenia (chociaż w nowoczesnych państwach ten problem rozwiązuje się za pomocą systemu informatycznego) tak nie da się znaleźć uzasadnienia dla przerzucenia na nich odpowiedzialności za to, czego sprawdzić nie mogą.

      Wyobraźcie sobie, że budzicie się rano, a tu listonosz przynosi Wam w kopercie informację, że zostaliście wylosowani do Państwowego Programu Ochrony Refundacji. W kopercie są nazwiska kilkuset chorych osób. Z dokumentów wynika, że jak ktoś z nich nie będzie miał prawa do refundacji, to wy zobowiązaliście się pokryć jej koszt. W skrajnym przypadku może być mowa nawet o kilkuset tysiącach miesięcznie. Skąd je wziąć? Oczywiście nigdy się na to nie godziliście.

      A jeszcze okazuje się, że jeżeli nie podpiszecie tych dokumentów, to żaden z tych pacjentów nie dostanie leków, ponieważ nie będzie ich na nie stać. Tymczasem na liście widzicie ludzi, którzy naprawdę potrzebują leczenia. Dziewczynę po przeszczepie, dziecko, któremu choroba reumatonidalna w ciągu kilku dni uniemożliwi poruszanie, staruszkę z zapaleniem płuc, mężczyznę, którego bez leczenia szybko zabije rak... Co robicie? Podpisujecie dokumenty i przydzieleni Wam chorzy są bezpieczni? Czy boicie się, skąd w razie czego weźmiecie więcej pieniędzy niż zarabiacie przez rok? Szczególnie chętnie poznałabym odpowiedź na to pytanie, wypowiadającej się w temacie Kazimiery Szczuki. Bo w takiej sytuacji zostali postawieni lekarze.

      Oczywiście, że chorzy muszą otrzymywać swoje leki, w cenach dostępnych dzięki refundacjom. Przecież są ubezpieczeni. Ale to nie u lekarzy się ubezpieczyli, tylko w ZUS-ie.  A za funkcjonowanie ZUS-u i prawidłowo działający system ubezpieczeń zdrowotnych odpowiadają rządzący, czyli politycy. To nie lekarze są winni bałaganowi w systemie ubezpieczeń zdrowotnych. Ani nie pacjenci.

      W zasadzie jedyne, co mogli zrobić lekarze, to zorganizować szybką, zdecydowaną akcję, ciągnąc za sobą pacjentów. Dzięki temu grupa dotknięta problemem stała się na tyle duża, żeby rządzący nie mogli uznać, że „mają problem z grzywki”. Na szczęście nie doszło do żadnego nieszczęścia, bo jednak lekarz walcząc o słuszną sprawę, każdorazowo musiał temu konkretnemu choremu odmówić. To bardzo trudna sytuacja, nawet jeśli odpowiedzialność została na nich przerzucona na siłę.

      A jedyne, co można było w tej sytuacji zrobić, będąc chorym, to próbować zabezpieczyć się na czas protestu (np. pacjenci chorzy przewlekle wcześniej wykupywali leki na zapas) oraz jak najszybciej dać do zrozumienia rządzącym, że nie nabieramy się na tę grę, bo wiemy, że to oni w ostatecznym rozrachunku są odpowiedzialni za zaistniały bałagan. 

      Przecież my też balibyśmy się ponosić taką odpowiedzialność, nie mając możliwości zweryfikowania informacji, których prawdziwość kazano by nam gwarantować.
      Lekarze zrobili w zasadzie to samo, co wcześniej opisane przeze mnie grupy obywateli, na których podobnie przerzucono odpowiedzialność. Z tą różnicą, że lekarze zadziałali oficjalnie, razem i jedną wyrazistą akcją. To miało szansę sprawić, że rządzący przestaną się wygłupiać. I prawie się udało. Artykuł 48.8 ustawy został przez posłów usunięty (aczkolwiek tryb legislacyjny nie został jeszcze zakończony).

      Tyle tylko, że ustawa zawierała podwójne zabezpieczenie. Odpowiedzialność przerzucono najpierw na lekarzy, a zaraz po nich na aptekarzy. Aptekarze odpowiadają także za wydanie leku z nieprawidłowo określoną na recepcie refundacją. Czyli na placu boju został kolejny kozioł ofiarny, a zabawa w kotka i myszkę wcale się jeszcze nie zakończyła. 

      ----- 

      * Komentowana ostatnio w prasie „ustawa refundacyjna” to ustawa o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych z dnia 12 maja 2011 r. (Dz.U. Nr 122, poz. 696). Szczególnie dużo krytycznych komentarzy zebrał art. 48.8.2, zgodnie z którym lekarz musiałby zwrócić Funduszowi równowartość nienależnej refundacji wraz z odsetkami  liczonymi od dnia dokonania refundacji, w przypadku wypisania recepty niezgodnej z uprawnieniami świadczeniobiorcy. A zdarza się, że np. pracodawca podbija pracownikom książeczki ubezpieczeniowe, a jednocześnie nie opłaca im ubezpieczenia zdrowotnego. Lekarz nie jest właściwą osobą do weryfikowania takich sytuacji, bo nie ma do tego ani uprawnień ani możliwości. W braku systemu informatycznego, pozwalającego na potwierdzenie uprawnień pacjentów, w niektórych przypadkach lekarz nie ma stuprocentowej pewności, a uprawnienia pacjenta są jedynie uprawdopodobnione. Nie z winy pacjenta i nie z winy lekarza.Teraz na placu boju zostali aptekarze – oni nadal mają odpowiadać za realizację recepty z nieprawidłowo określoną refundacją (na podstawie art. 43.6 tej samej ustawy).  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 stycznia 2012 19:48
    • Kawiarenka bierze udział w konkursie

      Jak widzicie zgłosiłam Kawiarenkę do konkursu na Blog roku.

      http://www.blogroku.pl/kategorie/kawiarenka-odrobiny-rozsadku,gwljf,blog.html

      Wystarczy pod nr 7122 wysłać sms o treści C00132 (duże C, dwa Zera, sto trzydzieści dwa).

      Koszt sms-a, to 1 zł 23 grosze, a zyski zostaną przekazane na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych. 

      Będzie mi miło, jeśli na mnie zagłosujecie.

      A ja tymczasem przyjrzę się innym blogom, zgłoszonym w różnych kategoriach. Taki konkurs to świetna okazja poznania ciekawych, niekoniecznie dobrze wypromowanych, miejsc w sieci.

      Blog roku 2011

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kawiarenka bierze udział w konkursie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 stycznia 2012 00:27
  • środa, 04 stycznia 2012
    • Problemy przerzucone na obywateli... wracają rykoszetem


      Rys. Michaeldb | Dreamstime.comJest taka metoda „przerzuć koszty, odpowiedzialność, cokolwiek na jakichś innych i zmuś ich, żeby musieli je ponieść”. Oczywiście nie może jej stosować demokratyczne państwo prawa, raczej mafia, albo dyktatura. Dlatego tym szerzej otwieram oczy, widząc, co dzieje się w Polsce. Pomysł jest stosowany od dawna, a politycy najwyraźniej nie potrafią przewidzieć skutków swoich działań.

       

      Odpowiedzialność za politykę mieszkaniową przerzucimy na prywatnych właścicieli mieszkań (którzy będą na tyle naiwni, że je legalnie wynajmą)

      Pamiętacie zamieszanie wokół ustawy o ochronie praw lokatorów?*  W jej efekcie właściciele mieszkań mają do nich czasem mniej praw niż lokatorzy. Przykład: W pewnej rodzinie pojawiło się dodatkowe mieszkanie, po babci. Ojciec uznał, że wynajmie je do czasu, aż córka będzie wychodziła za mąż. Po kilku latach córka zaszła w ciążę, wyszła za mąż, potem urodziła dziecko. Ale cały czas – razem z mężem i dzieckiem musiała się gnieździć w mieszkaniu rodziców. Czemu? Ponieważ polscy politycy stworzyli tak chore prawo, że kobieta w ciąży, czy z małym dzieckiem nie jest chroniona „mieszkaniowo”, jeżeli sporne mieszkanie należy do jej rodziny. Co innego jeśli by je od kogoś obcego wynajęła. Wtedy nieważne było nawet, że nie płaciła rachunków. W efekcie – właściciel mieszkania miał na utrzymaniu obcą kobietę z dzieckiem i musiał jej zapewniać lokal, podczas kiedy jego własna córka z dzieckiem i mężem, gnieździła się u nich w maleńkim pokoiku. Nie stać ich też było na wynajem mieszkania dla młodej rodziny, bo im ich lokatorzy nie płacili. Ich jedyną „winą” było prawo własności. 

      Efekty takiej polityki: Zobaczcie, jak rzadko w Polsce właściciele chcą wynajmować mieszkania legalnie. Wolą robić to „na czarno” i dodatkowo uniemożliwiają swoim lokatorom meldunek. Lokatorom ta sytuacja utrudnia życie, a problem jest poważny, szczególnie w największych miastach. Brak poczucia bezpieczeństwa prawnego spycha te kontrakty do szarej strefy.

      Odpowiedzialność za politykę prorodzinną przerzucimy na przedsiębiorców

      To miło, że politycy chcą zapewnić ochronę pracy kobiet w ciąży. Problem zaczyna się, kiedy funkcje te mają wypełniać osoby do tego niepowołane. Oczywiście w Polsce istnieje trochę dużych korporacji, które mogą tej dodatkowej roli nie odczuć, ale przeważająca większość, to firmy małe, a często wręcz jednoosobowe. Kiedy taki człowiek, samozatrudniający się (np. właściciel sklepiku) zdecyduje się na zatrudnienie kogoś do pomocy, ma dokładnie wszystko wyliczone. Jego nie stać dodatkowo na wypełnianie funkcji państwa, a od tego, często jedynego, pracownika zależy, czy firma się utrzyma, czy nie. Sytuacja kiedy zatrudniony pracownik nie pracuje, a generując koszty blokuje możliwość zatrudnienia kogoś w jego miejsce (bo naszego sklepikarza było stać na zatrudnienie tylko jednej osoby) to tragedia**. Potem pojawiają się relacje takie, jak ta.

      Autorka listu pyta „Dlaczego muszę utrzymywać czyjeś dziecko, kiedy nie stać mnie na własne?” Wskazuje problem „Dlaczego państwo przymusza mnie do tego, w sytuacji gdy nie mam żadnych dochodów?”. Fakt, obciążenia polskich przedsiębiorców są niezależne od dochodów. Bo przecież przedsiębiorca to (jak w komunistycznej propagandzie oszust i badylarz, ukrywający dochody).W tej sytuacji nie dziwi zakończenie listu „Jeśli moja firma stanie na nogi, nigdy więcej nie odważę się zatrudnić kobiety w wieku rozrodczym.” 

      Efekty takiej polityki: niechęć do zatrudniania kobiet, niższe pensje kobiet (mające zrównoważyć zwiększone ryzyko), pytania o zamiary rodzinne i sugerowanie pracownicom, że dzieci nie będą mile widziane oraz oczywiście słynne umowy śmieciowe, czyli znowu brak bezpieczeństwa.

      W kolejnym tekście zajmę się bliżej najnowszym pomysłem z tej grupy„Odpowiedzialność za bałagan w ubezpieczeniach zdrowotnych przerzucimy na lekarzy”.

      -------------------------

      * W obecnym stanie prawnym, jeśli właściciel lub ktoś z jego bliskich (np. córka) chciałby zamieszkać w wynajmowanym lokalu, a nie ma (co zrozumiałe) do zaproponowania lokatorowi lokalu zastępczego, wówczas czas wypowiedzenia to aż 3 lata. [art. 11.4 ustawy o ochronie praw lokatorów, t.j. Dz. U. Nr 31, poz. 266, 2005 r. ze zm.]. W naszym przykładzie jeśli okazuje się, że córka jest w ciąży, to czas wypowiedzenia jest tak długi, że zdąży ona wyjść za mąż, urodzić i dziecko będzie miało ponad 2 lata, kiedy wreszcie nowa rodzina będzie miała prawo wprowadzić się do swojego mieszkania. Chyba że lokator zalega z czynszem przez ponad 3 miesiące – wtedy  istnieje możliwość miesięcznego wypowiedzenia. Ale przed  2005 rokiem było jeszcze gorzej, ponieważ nawet w przypadku lokatorów niepłacących, sądy często nie mogły orzekać opróżnienia lokalu bez zapewnienia lokalu socjalnego przez gminę (nie muszę dodawać, że gminy nie były zainteresowane przydzielaniem tych lokali osobom, które już gdzieś na czyjś koszt mieszkały). Ograniczenie to dotyczyło sporej grupy lokatorów – wystarczyło być bezrobotnym, w ciąży, albo mieć dziecko [art. 14.4 ustawy o ochronie praw lokatorów, Dz.U. 2001 r. Nr 71, poz. 733]. Dopiero w 2005 roku w ww. ustawie dołożono art. 14.7, wyłączający z działania art. 14.4 prywatnych właścicieli.

      ** Zgodnie z polskim prawem [Kodeks pracy, Dz.U. 1998 r. Nr 21, poz. 94] pracodawca, niezależnie od sytuacji firmy, nie może zwolnić kobiety w ciąży. Nawet jeśli pracownica zaszłaby w ciążę już w okresie wypowiedzenia, rozwiązanie umowy będzie nieskuteczne (art. 177§ 1 KP). Wyjątkiem jest dopiero likwidacja lub upadłość pracodawcy, albo z drugiej strony zwolnienie dyscyplinarne. Jednocześnie, jeżeli istnieją przeciwskazania medyczne do wykonywania dotychczasowej pracy, stwierdzone orzeczeniem lekarskim, pracodawca ma obowiązek przenieść pracownicę do innej pracy, a jeśli to niemożliwe, to zwolnić ją z obowiązku świadczenia pracy (art. 179 § 3 KP). Pracownica w okresie zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy zachowuje prawo do dotychczasowego wynagrodzenia (art. 179 § 5 KP).

  • sobota, 24 grudnia 2011
  • piątek, 23 grudnia 2011
    • O Świętach z muzyką w tle

      Betlejemska szopka, for. Daniel WieszczyckiDawno dawno temu, dwójka biednych ludzi z prowincji dotarła do dużego miasta. Wszystko było tam obce, drogie i w ogóle, jak to biednym – obowiązkowo wiatr w oczy. Doszło do tego, że kobieta musiała rodzić w stajni. Byliście kiedyś w stajni? Ja jeździłam na obozy jeździeckie. Do naszych obowiązków należało też sprzątanie stajni. To naprawdę nie była przyjemność, a zapach nie dawał wątpliwości, że to nie jest aseptyczne miejsce. Tymczasem Maria z Józefem radzili sobie, jak mogli. Było im ciężko, naprawdę ciężko i to w wyjątkowo trudnym momencie – w końcu poród... Potem jeszcze musieli imigrować, bo ich dziecku groziła śmierć.

      Nie mogę pojąć, czemu na pamiątkę tej historii ludzie za wzór przyjmują Święta w stylu... Heroda. Ważne są błyskotki, prezenty i zabawa. W wielu domach musi być obowiązkowo wysprzątane na błysk, stół suto zastawiony, a wszelkie problemy i nieporozumienia chwilowo zamiecione pod dywan i zasłonięte sztucznym uśmiechem zaciśniętych zębów. Ma być wesoło i bogato, przez co jest to również wielkie święto handlu.

      Pamiętam, jak mnie zdziwiło, że Boże Narodzenie, to jeden z najniebezpieczniejszych okresów w roku dla potencjalnych samobójców.  Ale cała ta atmosfera obowiązkowej radości sprawia, że wielu ludzi się w tym gubi. Czują, że nie pasują do wymogu powszechnej wesołości, że te Święta są nie dla nich. Tymczasem to czas nadziei. Dla ludzi biednych, osamotnionych, walczących z przeciwnościami losu. Jeśli ktokolwiek z Was czuje, że średnio pasuje do tych Świąt, przypomnijcie sobie, że Maria z Józefem też zupełnie nie pasowali do pustego blichtru herodowego dworu. Dlatego, na swoje szczęście, nigdy tam nie trafili. 

      Dlatego z okazji nadchodzących Świąt życzę Wam tego, co dla Was ważne. I pokażę Wam kilka nietypowych kolęd i piosenek świątecznych, których raczej nie usłyszycie w radiu.
      1) „Bardzo smutna kolęda” Magda Umer
      2) "Kolęda dla Piotra", pochodząca z wyjątkowej płyty z przepięknymi kolędami, skomponowanymi przez Zbigniewa Preisnera. Warto tę płytę zdobyć.
      Kolędy dające do myślenia (stworzone przez ludzi powiązanych z Tygodnikiem Powszechnym, śpiewane niestety też, ale i tak zachwycają. Dziękuję Magdaleno.
      3) „Kolęda dla zmęczonych”  
      4) „Kolęda dla wszystkich

      Dla wszystkich, którzy kogoś stracili
      5) „Bardzo cicha noc” Ryszarda Rynkowskiego
      „W ilu domach będzie dziś
      Puste miejsce blisko drzwi
      Zdjęcie w ramce, kartka, list
      Zamiast tych, co tu nie mogą być”
      6) oraz „Kolęda dla nieobecnych” Zbigniewa Preisnera, ze wspomnianej wyżej płyty.

      7) A pamiętacie kolędę "Lulejże mi lulej" w scenie o tradycji z filmu Miś?
      Do listy postanowiłam dodać
      8) „Kiedy pada śnieg” T-raperów znad Wisły, żebyście zamiast martwić się brakiem śniegu, pochylili się nad losem swoich dozorców.

      A na koniec przypomnę jeszcze o niezwykłej płycie „Kolędy w Teatrze Stu”. Śpiewają Alicja Majewska, Halina Frąckowiak i Andrzej Zaucha, w swoim ostatnim koncercie.Cała płyta wyjątkowych tekstów, znakomicie opracowanych muzycznie.  

  • wtorek, 13 grudnia 2011
    • Choinka naprawdę ekologiczna

      Które świąteczne drzewko zasługuje na to miano – sztuczne, czy jednak... naturalne?Choinka naturalna - naprawdę ekologiczna, fot. Marta Wieszczycka

      Kiedy byłam dzieckiem wybieraliśmy ją co roku całą rodziną. Musiała być piękna, równa, pachnąca i koniecznie prawdziwa.

      Jakiś czas temu pojawił się jednak pogląd, że szkoda lasu i lepiej kupować „choinki ekologiczne”, w znaczeniu „plastikowe”. Na ich korzyść przemawiać miało też to, że wystarczają na lata i mają co roku ten sam, raz wybrany w sklepie kształt. A zapach można sobie zapewnić sztuczny, w sprayu. Cóż z tego, że czar pryska, skoro w ten sposób „chronimy drzewa” i „zapewniamy naszej planecie więcej tlenu”. Tylko czy aby na pewno?

      Przyjrzyjmy się z bliska źródłom pochodzenia świątecznych drzewek. Dawniej do sprzedaży trafiało sporo naturalnych choinek ukradzionych z lasu. Teraz ich legalność jest skrupulatnie sprawdzana, a i fakt, że mamy do wyboru różnorodne odmiany sugeruje, że towar oferowany nam na targu raczej jednak pochodzi z plantacji, bądź ze sprzedaży prowadzonej przez nadleśnictwa.

      Równie sezonowym (a zatem krótko w sklepach dostępnym) towarem są choinki plastikowe. Nie słychać jednak, żeby z podobnym zapałem sprawdzano źródła ich pochodzenia czy faktyczny skład chemiczny. Przyjmijmy jednak optymistycznie, że nie posiadają bardzo szkodliwych substancji i nie zostały złożone rączkami dzieci w dusznej hali, gdzieś w Azji.

      Porównajmy zatem produkcję i późniejszą utylizację

      Więcej »

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa