Absurdy prawne

  • piątek, 11 listopada 2016
    • A propatriotyczny przemysł nadal w Polsce zakazany

      Barwy narodowe załącznik do ustawy o godle, barwach i hymnie RPRok w rok sprawdzam, czy nic się nie zmieniło. I nic.

      Władza się zmieniła, usta ma pełne patriotycznych frazesów. I nic.

      Polska nadal jest krajem, w którym nie można legalnie produkować w celu sprzedaży flag* czy koszulek, czapeczek, wpinek itd. z godłem czy flagą. 

      Polscy przedsiębiorcy kombinują, jak za jakiejś okupacji, czy pod innymi zaborami.

      Jeśli już produkują, to pilnują się jak mogą, żeby przypadkiem nie wyprodukować niczego zgodnie ze wzorcem. Starają się przerobić kolor (żeby była jakaś czerwień, ale jakby co, to nie taka, jak w załączniku do ustawy).

      Niektórzy wykorzystują wyjątek o wersjach stylizowanych lub artystycznie przetworzonych.

      Tylko w Polsce da się trafić na rozmowy ludzi, którzy muszą traktować jako wzorce negatywne te wszystkie wzory pokazujące, jak nasze symbole narodowe powinny być prawidłowo przedstawiane.

      Propatriotyczne gadżety można też zamówić za granicą. Bo Słowak czy Chińczyk może u siebie polskie symbole na różnych przedmiotach umieszczać. 

      A polski przedsiębiorca może bezkarnie produkować flagi amerykańskie, niemieckie, francuskie, rosyjskie. Byle tylko polskich nie produkował, bo to zabronione.

      Opisuję ten temat już szósty rok. Od tego czasu sprawa tego przepisu nawet zajęła polityków, kiedy okazało się, że PZPN nie może przez niego handlować koszulkami piłkarskimi na Euro. Ówczesny Prezydent z dumą doprowadził do "zmiany". Wprowadzono specjalne ominięcie tego przepisu dla PZPN-u itp. żeby bez obaw mogli na Euro i nie tylko koszulkami handlować.

      Ale żeby usunąć przepis, który jest po prostu głupi? Nie, po co. Dziennikarze i tak się nie zorientują, a ludzie tym bardziej.

      Temat wrócił w ostatniej debacie prezydenckiej. I tu nowy Prezydent też mnie zawiódł. Przecież to prawnik, mógł dokładnie obśmiać absurdalną "zmianę" przepisów. Zrobił to? Nie.
      Opowiadał zamiast tego coś o czekoladowych orłach, jakby to było głównym problemem.

      Nowa partia jest u władzy już od roku. Chętnie odnosi się do patriotyzmu w wypowiedziach.
      Czy zrobili coś z art. 16.1? Nie. W ustawie o godle, barwach i hymnie RP nadal można przeczytać:

      Art. 16.
      1. Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.
      2. Dozwolone jest umieszczanie na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego godła lub barw Rzeczypospolitej Polskiej w formie stylizowanej lub artystycznie przetworzonej. 

      A biedni przedsiębiorcy nadal kombinują, jak tu ominąć głupi przepis, skoro sprzedawać propatriotyczne gadżety da się w Polsce tylko stylizowane lub artystycznie przetworzone. Albo odkupione od producenta z Chin czy chociaż ze Słowacji.

      Poniżej moje wpisy na ten temat z poprzednich lat:

      - 2011 rok - "Patriotyzm zakazany... w Polsce" - opis problemu

      - 2012 rok - "Żałosny epilog na Święto Niepodległości"  - opis żałosnej niby zmiany, którą przed Euro ominięto ten przepis tylko na potrzeby PZPN-u itp. - 

      - 2013 rok -  "Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce" - ogólnie przypomniałam problem z art. 16.1 (ile można pisać o tym samym) odniosłam się do akcji "Orzeł może" i próbowałam tłumaczyć, że nasz patriotyzm może być radosny w naszych prawdziwych barwach, nie trzeba ich zmieniać na różowe

      - 2014 rok - "Patriotyzm w Polsce nadal zakazany" - nawiązanie do oburzającej sprawy procesu producenta zgaszonych naszywek oraz powtórne objaśnienie absurdalnej sytuacji prawnej w kwestii propatriotycznych gadżetów.

      -2015 rok - "Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany" - kolejne ogólne przypomnienie problemu z odniesieniem do wcześniejszych wydarzeń oraz do aktualnej wówczas debaty prezydenckiej.
       

      *Słowa "flaga" używam w powszechnym rozumieniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 11 listopada 2016 18:58
  • środa, 11 listopada 2015
    • Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany

      Fotografia inspirowana polskimi barwami narodowymi, fot. Marta WieszczyckaPolska dawno jest niepodległa, a przemysł propatriotyczny nadal zakazany. Politycy się zmieniają, komunizmu już dawno nie ma, a tymczasem...

      W Polsce nie wolno produkować w celu sprzedaży:

      • wpinek, pierścionków, wisiorków i innej biżuterii z orzełkiem czy flagą państwową,

      • koszulek ani czapek z polską flagą lub godłem (poza kopiami ciuszków sportowców, na których zarabiają PZPN itp.)

      • samych polskich flag,

      • śpiewników czy CD z hymnem narodowym.

      Polak może je tylko sprzedawać, kiedy np. Czech czy Niemiec wyprodukuje je wcześniej legalnie, bo za granicą. Sam ich wyprodukować nie może, bo złamałby... polskie prawo.

      Oto dowód:
      Art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie*
      Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.

      A te symbole to... 
      Art. 1.1. Orzeł biały, biało-czerwone barwy i "Mazurek Dąbrowskiego" są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej. 

      A naruszanie przepisów tej błędnie skonstruowanej ustawy grozi grzywną do 5 tysięcy zł albo aresztem.
      [Art. 49 § 2 Kodeksu wykroczeń]

      Czy nasi posłowie wierzą, że Polacy są trędowaci i nie powinni dotykać się do produkcji przedmiotów, na których zamieszcza się polskie symbole narodowe?

      Czy może myślą, że Polska nadal jest pod jakąś okupacją, a oni muszą reprezentować okupanta?

      Na pewno nie ma żadnego racjonalnego powodu dla istnienia tego przepisu. Komuniści, wprowadzając go lata temu, może swoje powody mieli. Władze całkowicie niepodległego kraju powinny go natychmiast usunąć.

      W zasadzie to jest tekst rocznicowy. Już piąty rok z rzędu w Święto Niepodległości opisuję jeden, absurdalny przepis, sprzeczny z ideą niepodległości.
      Jak dotąd nic się nie zmieniło.

      W tym roku próbowałam już nawet dotrzeć do polityków startujących w wyborach prezydenckich. Przygotowałam materiał opisujący bezmyślne działanie jednego z kandydatów, który jako Prezydent z wielkim hukiem doprowadził do zmiany aż dwóch różnych ustaw tak, żeby zakaz propatriotycznej produkcji zachować, zapewniając jednocześnie PZPN-owi i podobnym organizacjom możliwość handlowania sportowymi koszulkami na Euro 2012.

      Link do tamtego tekstu wrzuciłam na profile FB wszystkich kandydatów, ale to też nie pomogło.

      Co ciekawe, ten temat został nawet poruszony podczas debaty prezydenckiej Komorowski kontra Duda**. 
      Ówczesny Prezydent Komorowski oczywiście pysznił się dokonaną "zmianą", do której doprowadził i pytał przyszłego Prezydenta Dudę, czemu ten nie głosował za jego, niby taką świetną, propozycją.

      Duda mógł to spokojnie wykorzystać do wykazania, na prostym przykładzie, niekompetencji swojego interlokutora. Zamiast tego zasłonił się czekoladowym orłem.

      Komorowski zarzucił wtedy Dudzie "Albo pan po prostu nie potrafi uszanować, uznać, że jest ustawa dobra, bo nie jest pana środowiska politycznego, albo pan po prostu dostaje dyspozycje od swojego szefa partyjnego i pan ich bezmyślnie wykonuje."

      Niestety obawiam się, że mógł mieć rację, tylko z innych przyczyn niż te, które miał na myśli.

      Przecież Duda jest prawnikiem. Gdyby przeczytał ten projekt i przeczytał przepis, który jest dzięki temu projektowi omijany na potrzeby kilku organizacji, to wiedziałby, że ma w ręku argument potwierdzający brak umiejętności legislacyjnych swoich przeciwników albo ich złą wolę. A nie wiadomo, co gorsze. 

      Wtedy, oglądając debatę, skonstatowałam ze smutkiem, że... Duda najwyraźniej nawet nie zainteresował się tą zmianą i prawdopodobnie rzeczywiście ograniczył się tylko do wiedzy, że przeciwna partia chce coś zmienić. Nawet nie sprawdzając, czy ta zmiana nie jest przypadkiem bardzo złą ustawą.
      W tym momencie dotarło do mnie, że między kandydatami jednak nie ma aż tak wielkiej różnicy.  Obawiam się, że nie będziemy mieć żadnej korzyści z Prezydenta prawnika, jeśli ten nie będzie ze swoich umiejętności korzystał.

      To już wszystko, co zdarzyło się w temacie w ciągu ostatniego roku.

      Jak wspominałam, o konieczności usunięcia art. 16.1. piszę w Święto Niepodległości już piąty rok.
      Wcześniejsze teksty są tutaj:

      - 11 listopada 2011 r. - Patriotyzm zakazany... w Polsce

      - 11 listopada 2012 r. -  Żałosny epilog na Święto Niepodległości

      - 11 listopada 2013 r. - Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce

      - 11 listopada 2014 r. - Patriotyzm w Polsce nadal zakazany

       

      --
      * Ustawa o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z dnia 31 stycznia 1980 r. tj. z dnia 2 listopada 2005 r. (Dz.U. Nr 235, poz. 2000, ze zm.) 

      ** Fragment debaty prezydenckiej Komorowski - Duda, dotyczący zmiany przepisów o godle, jest dostępny np. pod linkiem:
      http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Andrzej-Duda-i-Bronislaw-Komorowski-o-godle,wid,17558246,wiadomosc.html?ticaid=115ec8

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 11 listopada 2015 18:21
  • wtorek, 30 czerwca 2015
    • Państwo i fikcje - mój komentarz do sprawy Jacka Podsiadło

      Niesprawiedliwość, ID 19885693 © Michael Brown | Dreamstime.com

      Znany poeta - Jacek Podsiadło w ostatnim wywiadzie oskarżył polskie państwo o masę nieprawidłowości.

      Przeczytałam cały tekst i patrząc na to wszystko jako prawnik, muszę potwierdzić, że problem naprawdę istnieje. Nieważne, że oskarżający czasem użyje niewłaściwego słowa, a czasem nie do końca wie, co było przyczyną akurat tej nieprawidłowości.

      Trzeba to powiedzieć wprost - nasze państwo ma problem z fikcjami. Czasem fikcje są wprost zapisane w prawie, czasem są efektem praktyki, ale zawsze stanowią błąd systemu, realnie niszczący życie ludziom, którzy akurat zostaną zmieleni niewłaściwym trybikiem.

      Podam przykłady:

      1) W postępowaniu uproszczonym istnieje fikcja, że nie trzeba niczego udowadniać, bo przecież, jeśli ofiara nakazu będzie mieć uwagi, to może się sprzeciwić.

      2) Ale jednocześnie istnieje sprzeczna z nią druga fikcja, że list niedoręczony jest uznawany za doręczony. No albo człowiek o czymś wie, więc się może sprzeciwić. Albo nie musi wiedzieć, ale wtedy nie udawajmy, że miał możliwość sprzeciwu.

      3) Na to nakłada się już w praktyce kolejna fikcja - sądy żyją w jakimś świecie równoległym, gdzie informacje powszechnie dostępne (nawet niekoniecznie w góglu, ale często w oficjalnych, państwowych rejestrach, też udostępnianych przez Internet) są niemożliwe do zdobycia. Jest jeszcze parę innych fikcji.

      4) W przypadku komorników istnieje fikcja, że to ktoś w rodzaju urzędnika państwowego, kiedy w praktyce mamy do czynienia raczej z przedsiębiorcą żyjącym z procentu od tego, co ściągnie. Chociaż gdyby to się jeszcze ograniczało do procentów. Niestety kolejny punkt nie pozostawia złudzeń.

      5) Jest nawet fikcja odzyskiwania wierzytelności (czyli mówiąc po ludzku fikcja odzyskiwania długu). Jeśli dłużnik prowadzi np. sklepik internetowy, więc pieniądze na konto skapują mu w małych ilościach, to komornik może wchodzić codziennie i np. widzi, że na koncie jest 141 zł - to pobiera 70 zł za swoją pracę, 70 zł zabiera bank za wykonanie wymuszonego przelewu, a wszystko to po to, żeby wierzycielowi (czyli temu, w czyim interesie niby cała akcja jest przeprowadzana) odzyskać pozostałe 1 zł. Tą metodą, po 100 takich akcjach dłużnikowi można zabrać 14 tysięcy zł, a jego dług zmniejszy się tylko o... 100 zł. Itd. itp.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 czerwca 2015 02:38
  • sobota, 02 maja 2015
    • Nielegalne symbole a Bronisław Komorowski

      Polskie flagi ze znakiem zakazu, fot. Kawiarenka Odrobiny RozsądkuTak, to prawda. Jeśli kupiłeś polską flagę, to została ona prawdopodobnie wyprodukowana nielegalnie. Albo za granicą. Takie mamy głupie prawo.

      W Polsce wolno swobodnie produkować flagi amerykańskie, rosyjskie, niemieckie, czeskie czy chińskie. Byle nie polskie, to jest zabronione. Absurd godny okupacji, a nie wolnego kraju.

      Nie wierzysz? Sprawdź w Ustawie o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z 1980 r. (t.j. Dz.U. Nr 235, poz. 2000, 2005 r., ze zm.):

      Art. 16 1. Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego. 

      Co ciekawe, obecne przepisy są jeszcze bardziej restrykcyjne niż w czasach przed upadkiem komunizmu. Wtedy istniała chociaż możliwość wystąpienia do wojewody o zgodę na taką działalność. Od 2004 roku nawet ta, ograniczona możliwość, została z prawa usunięta.

      To nie jest najbardziej szkodliwy przepis w naszym prawie. Ale świetnie pokazuje problemy, które mamy z politykami. Wymieńmy je:

      1) W Polsce latami mogą istnieć aż tak głupie przepisy.

      2) Politycy się tym nie interesują, reagują najwyżej na teksty w mediach. Zwykle poznają wtedy jednostkową sprawę, np. historię pana Stasia, który padł ofiarą głupiego przepisu.

      3) Zamiast usunąć cały problem (zmienić szkodliwy przepis) politycy reagują z hukiem w jednostkowej sprawie, poprawiając los jednego pana Stasia.


      Tak było i tutaj. Sprawę wykryto w PZPN-ie, który chciał handlować piłkarskimi koszulkami na Euro. A akurat na piłkarskich koszulkach też widnieje nasze godło. Nie mogąc tego legalnie robić, zmienili godło na orzełka PZPN-u. Dziennikarze oczywiście pokazali ten przykład (sam wierzchołek góry lodowej) bez szerszego kontekstu. Wtedy sprawą zainteresowali się politycy, z Prezydentem Komorowskim na czele.

      Czy usunęli ten szkodliwy przepis? Skąd.

      Przypilnowali tylko, żeby na strojach reprezentacji (także olimpijskich) było godło (art. 3A ustawy o godle). Jednocześnie tymi strojami (to jedyny wyjątek) organizacje, które za nie odpowiadają, mogą handlować (art. 13.4 ustawy o sporcie).

      Problem został a Prezydent najwyraźniej nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, ale chyba był bardzo dumny z siebie i kolegów, skoro:
      Prezydent podziękował podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim za wsparcie jego inicjatywy znowelizowania ustawy o godle tak, aby "już nigdy nie było możliwe rozważanie, nawet teoretyczne, pomysłów, by zmienić coś w kierunku zanikania poczucia wspólnoty, opartej o symbolikę narodową". [Za Ekstraklasa.net]

      Tak, Prezydent wygłosił te puste słowa, po tym jak doprowadził do takiej "zmiany" prawa, że
      w Polsce nadal nie wolno produkować w celu sprzedaży:

      -flag z barwami narodowymi
      -koszulek, czapek czy wpinek z polską flagą lub godłem (poza kopiami ciuszków sportowców, bo o to prezydent osobiście i z hukiem zadbał)
      -śpiewników ani CD z hymnem narodowym.  

      Prezydent, Komorowski czy nie, nawet jeśli sam nie potrafi przeanalizować prostego, krótkiego przepisu, to powinien przynajmniej mieć od tego ludzi.
      Nikogo takiego w otoczeniu Prezydenta najwyraźniej nie ma.
      Bo przecież niemożliwe, żeby Bronisław Komorowski świadomie postąpił aż tak głupio.

      Wiecie co jest smutne? Ja ten temat opisuję z różnych stron od lat. Cierpliwie, spokojnie wyjaśniam, co i dlaczego trzeba zmienić.
      A teraz dotarło do mnie, że chyba żyję w kraju, w którym jedyna szansa, żeby dotrzeć do polityków, to kolejny tekst powiązać z wyborami. Bo dobre prawo mało którego polityka interesuje. Za to słupki wyborcze owszem. 

      Moje poprzednie teksty na temat:

      Patriotyzm zakazany w Polsce - tekst z 11.11.2011 r.
      Żałosny epilog na Święto niepodległości - tekst z 11.11.2012 r.
      Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce - tekst z 11.11.2013 r. 
      Patriotyzm w Polsce nadal zakazany - tekst z 11.11.2014 r.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      sobota, 02 maja 2015 22:03
  • wtorek, 11 listopada 2014
    • Patriotyzm w Polsce nadal zakazany

      Słynne już Godło Polski gaszone - sklep naszywki.plJuż czwarty rok* na każde święto niepodległości pokazuję palcem głupotę polskiego prawa delegalizującego propatriotyczny przemysł. 

      Tym razem polskie władze pewnie znów gdzieś kupią nielegalnie wyprodukowane flagi (chyba że będą wolały się legalnie w polskie flagi i godła zaopatrywać za granicą - gdzie ich władza nie sięga). Taki paradoks, że polski przedsiębiorca nie może legalnie produkować na sprzedaż polskich flag a czeski może.

      Potem nasi politycy z ustami pełnymi frazesów na tle tych wyprodukowanych nielegalnie albo za granicą polskich flag, znów nie poświęcą nawet chwili, żeby przyjrzeć się jednej, krótkiej, bezmyślnie zepsutej ustawie. 

      A to niestety ustawa o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z 1980 r. ze zm.**

      W czym problem?

      W Polsce nie wolno produkować w celu sprzedaży:
      -wpinek z orzełkiem czy flagą państwową,

      -koszulek, czapek itp. z orłem białym czy flagą,

      -samych flag,

      -CD z hymnem narodowym.

      Nie wierzycie? Oto dowód:

      Art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie

      Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.

      A symbole to... 

      Art. 1.1. Orzeł biały, biało-czerwone barwy i "Mazurek Dąbrowskiego" są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej. 

      Wszystko się zgadza. Mało tego, naruszanie przepisów tej haniebnej, szkodliwej, ustawy grozi grzywną do 5 tysięcy zł albo aresztem.
      [Art. 49 § 2 Kodeksu wykroczeń]

      Znacie drugi wolny kraj, w którym cały propatriotyczny przemysł byłby nielegalny?

      Marne podsumowanie 25 lat wolności... Polski.
      Gdyby Polska była pod okupacją, takie ograniczenia miałyby jakiś sens - przynajmniej dla okupanta.  

      Czy coś się przez ostatni rok zmieniło? Tak, na gorsze, do głupiego prawa doszła jeszcze głupsza praktyka.

      Przypomnę, że ustawa przewiduje tylko jeden wyjątek - to godło lub barwy narodowe w formie stylizowanej lub artystycznie przetworzonej (art. 16 ust. 2 ustawy).

      Dzięki temu, nawet w świetle tej niedorobionej ustawy, naszywka ilustrująca ten artykuł jest całkowicie legalna.

      Pokazuję ją specjalnie, ponieważ znalazł się w Polsce sąd, który w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, skazał właścicielkę "naszywki.pl" na grzywnę.
      Jakim cudem? Nie mam pojęcia, w każdym razie sąd z pełną powagą uznał, że właścicielka firmy, wystawiając tę (tak, dokładnie tę, niewiarygodne) naszywkę do sprzedaży  okazała demonstracyjne lekceważenie Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej (sic!).
      Niegramatyczna forma jest efektem nieumiejętnego przepisywania z kodeksu wykroczeń, ale nie o gramatyce tu mowa.
      Skan wyroku

      Przyjrzyjcie się jeszcze raz tej wykonanej z pełnym szacunkiem i zgodnie z zasadami tworzenia takich zgaszonych wersji, naszywce.
      Do tego w naszym kraju dochodzi. 

      Właścicielka w końcu wygrała przed sądem, ale tracąc przy okazji sporo czasu, nerwów i pieniędzy. A przypomnijmy, że akurat jej naszywka, nawet w świetle tej ustawy, była stuprocentowo legalna.

      Reasumując - polskim przedsiębiorcom nie wolno produkować w celu sprzedaży żadnych materiałów z godłem czy barwami narodowymi. Mogą je produkować zagraniczni producenci, bo do nich nasza władza nie sięga.  Specustawą przypilnowano tylko, żeby PZPN nie miał problemów ze sprzedażą koszulek reprezentacji, bo tylko tyle dziennikarze i w efekcie politycy, zrozumieli z afery z orzełkami na piłkarskich koszulkach. A była okazja, żeby coś zmienić.

      25 lat wolności też nie okazało się powodem, żeby przyjrzeć się, czy przypadkiem nie ma w naszych przepisach jeszcze jakichś pozostałości ograniczających prawa obywatelskie czy spychających propatriotyczny przemysł do podziemia. A szkoda. 

      --

      * Wcześniejsze teksty:
      Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce - tekst z 11.11.2013 r.

      Żałosny epilog na Święto Niepodległości - tekst z 11.11.2012 r.

      - Patriotyzm zakazany... w Polsce - tekst z 11.11.2011 r.

      ** Ustawa o o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z dnia 31 stycznia 1980 r. tj. z dnia 2 listopada 2005 r. (Dz.U. Nr 235, poz. 2000, ze zm.)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 listopada 2014 17:52
  • piątek, 05 września 2014
    • Mandat i utrata prawa jazdy za... soczewki kontaktowe?

      Te nieszczęsne okulary. Fot. Raymond Kasprzak | Dreamstime Stock PhotosCzy kierowcy z błędnie wpisanym kodem, naprawdę nie mogą jeździć w soczewkach kontaktowych? I czy rzeczywiście to oni powinni ponosić konsekwencje całego bałaganu?

      Nawiązując do takich tekstów, jak "Kierujesz samochodem w soczewkach kontaktowych? Stracisz prawo jazdy i dostaniesz mandat
      " postanowiłam przeanalizować problem.

      Powiedzmy szczerze - tak właśnie wygląda połączenie źle tworzonego prawa, nie rozumiejących tego prawa lekarzy i służbisty na końcu.

      Jak łatwo naprawić prawo

      Tworząc prawo wystarczyło przyjąć, że lekarzy może przerosnąć przeczytanie całego przepisu, a tym bardziej jego interpretacja. Z tym założeniem opcja "okulary lub soczewki" powinna trafić na sam początek, jako najbardziej domyślna.

      Cóż, prawo nie jest w tej kwestii wystarczająco jasne i może się zdarzyć, że lekarz nie zrozumie, że opcja "okulary" jest do zastosowania wyłącznie wobec ludzi mających przeciwskazania do noszenia soczewek.

      A przecież można cały problem w prosty sposób usunąć, zmieniając drobny fragment załącznika do rozporządzenia*. 

      Obecnie kody dotyczące wymaganej korekty lub ochrony wzroku* wyglądają tak:

      01.01 - okulary,
      01.02 - soczewka(i) kontaktowa(e),
      01.03 - okulary ochronne,
      01.04 - szkła przyciemnione,
      01.05 - przepaska na oko,
      01.06 - okulary lub soczewki kontaktowe;

      A wystarczyłoby zamiast tego napisać tak:

      01.01 - okulary lub soczewki kontaktowe,
      01.02 - soczewka(i) kontaktowa(e),
      01.03 - okulary ochronne,
      01.04 - szkła przyciemnione,
      01.05 - przepaska na oko,
      01.06 - okulary (wyłącznie jeśli istnieją przeciwskazania do noszenia soczewek kontaktowych).

      Wtedy nie byłoby już żadnych wątpliwości, że "okulary" oznaczają nie tylko konieczność korekty wzroku ale także niemożność zastępczego zastosowania soczewek. A dla ułatwienia opcja, którą prawdopodobnie chcieli wybrać lekarze w większości przypadków, znalazłaby się na początku, a nie na końcu. 

      Bo coś mi mówi, że zdecydowana większość osób, którym lekarz bezrefleksyjnie wpisał te okulary nie ma żadnych przeciwskazań do noszenia soczewek.

      Czy służbiści naprawdę są nam potrzebni?

      A co do służbistów - mamy w Polsce więcej przepisów, które gdyby były równie dokładnie przestrzegane, to nie dałyby nam żyć. Posłowie np. zupełnie nieświadomie zdelegalizowali w Polsce komputery i Internet (od dawna znana sprawa). Nie chcielibyście spotkać służbisty, który tamten przepis potraktuje równie dosłownie.

      Myślący policjant, kierując się rozsądnie tym, do czego służy nakaz jazdy w okularach, sprawdziłby po prostu, czy kierowca naprawdę dobrze widzi (czyli czy nie kłamie z tymi soczewkami, zastępującymi mu okulary).

      Jeden służbista świetnie się nadaje do uatrakcyjniania artykułów, napędzając gazetom więcej odsłon. Więcej służbistów jest w stanie sparaliżować państwo, co ma nawet swoją nazwę - strajk włoski. 

      A co z konsekwencjami? 

      W podlinkowanym materiale tylko beztrosko wyjaśniono ofiarom błędu, że do jego naprawienia będą musieli zapłacić za kolejną wizytę lekarską (200 zł) oraz za wniosek o wymianę dokumentu (ponad 100 zł). To oczywiście prawda.

      Ale zastanówmy się, dlaczego przyjmujemy za oczywiste, że obywatel powinien płacić za nie swoje błędy? Czemu kierowca ma drugi raz płacić lekarzowi, tylko za poprawienie błędu tego lekarza? 

      Przecież prawdopodobnie da się udowodnić, na podstawie dokumentacji medycznej, że podczas badania lekarz w ogóle nie diagnozował przeciwskazań do noszenia soczewek. Tym bardziej powinno się dać udowodnić sam brak przeciwskazań. A w takiej sytuacji od początku został wpisany nieprawidłowy kod, bezpodstawnie ograniczający uprawnienia kierującego. 

      Bądźmy konsekwentni - jeśli przyjmujemy, że służbista miał rację i kod 01.01 oznacza również zakaz zastępowania okularów przez soczewki, to znaczy, że nie wolno go wydać bez zdiagnozowania przeciwskazań. Czyli przyczyną wymiany prawa jazdy jest błąd leżący po stronie lekarza z uprawnieniami do badania kierowców**.

      A dlaczego Skarb Państwa pobiera od kierowców opłatę za zmianę błędu, leżącego w zasadzie po stronie Skarbu Państwa? Państwo narzuca w końcu, jaki lekarz uzyska uprawnienia do badania kierowców**, nie sprawdzając przy okazji znajomości potrzebnych przepisów. To państwo też narzuca, jak badanie ma być przeprowadzone***.

      Na marginesie pojawia się dodatkowy problem: A co jeżeli dojdzie do wypadku, w którym na poziom uszkodzeń ciała będą miały wpływ te wymuszone okulary?
      U osoby używającej okularów tylko w samochodzie, z powodu błędnego wpisu lekarza, będącego wynikiem niejasnych przepisów?
      Dodatkowo nastraszonej wcześniej artykułami o "mających rację" policjantach służbistach?

      -- 
      *Kody te znajdują się w załączniku nr 1 "Prawo jazdy wydawane na terenie Rzeczypospolitej Polskiej (Wzór)" do rozporządzenia Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej w sprawie wzorów dokumentów, stwierdzających uprawnienia do kierowania pojazdami z 2 sierpnia 2012 r. (Dz.U. z 2012 r. poz. 973, ze zm.)

      **Uprawnienia lekarzy do badania kierowców są określone w art. 77 ustawy o kierujących pojazdami (tj. Dz.U. z 2014 r. poz. 600, ze zm.)

      *** Kwestię tę reguluje rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie badań lekarskich osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami i kierowców (Dz.U. z 2014 r. poz. 949). Badanie narządu wzroku szczegółowo określono w załączniku nr 2.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Mandat i utrata prawa jazdy za... soczewki kontaktowe?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 05 września 2014 02:47
  • poniedziałek, 11 listopada 2013
    • Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce

      Z okazji 11 listopada przypomnę tylko, że nasi politycy, wbrew wszystkim okrągłym zdaniom, które dziś wygłoszą, utrzymują w Polsce stan, w którym praktycznie cały propatriotyczny przemysł jest nielegalny. Taką to mamy niepodległość...

      Pisałam o tym dwa lata temu TUTAJ

      Polska to taki dziwny kraj, w którym nie wolno produkować w celu sprzedaży:
      -wpinek z orzełkiem czy flagą państwową,
      -koszulek, czapek itp. z orłem białym czy flagą,
      -samych flag,
      -CD z hymnem narodowym.

      Nosić je (generalnie) możemy, tylko najpierw ktoś je musi nielegalnie wyprodukować. Ryzykując grzywną albo aresztem (art. 49 Kodeksu wykroczeń w związku z art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie RP).

      Teraz już wiecie, czemu w Polsce jest o wiele mniej fajnych projektów promujących barwy narodowe, nasze godło, czy hymn? Bo jeśli nie polegają na wyprodukowaniu czegoś i rozdaniu ludziom, to są nielegalne.

      Wtedy wydawało się, że jest nadzieja na zmianę. Do prasy dotarła afera z orzełkami PZPN-u. 
      Niestety jak często się zdarza - media pokazały wierzchołek góry lodowej, a politycy radośnie ograniczyli rozwiązanie problemu do tego wierzchołka.

      Rok temu zatem kontynuowałam temat TUTAJ

      Nie znam drugiego kraju, w którym cały propatriotyczny przemysł byłby nielegalny. U nas jest.
      Wydawało się, że dzięki aferze z orzełkami na koszulkach reprezentacji politycy zwrócą wreszcie uwagę na problem i zmienią te ewidentnie szkodliwe przepisy.
      Nic bardziej mylnego. Najpierw na całej linii zawiedli dziennikarze. Zamiast pokazać problem, ograniczyli się do tych nieszczęsnych orzełków PZPN-u.
      W tej sytuacji politycy z wielką pompą wprowadzili "zmiany".
      Czy zmienili te bezsensowne przepisy? Nie. Dodali tylko wyjątek dotyczący tej indywidualnej sprawy, która trafiła do mediów (...).

      Po więcej szczegółów zapraszam do podlinkowanych wpisów. 

      Tymczasem w zeszłym roku wydano sporo pieniędzy, żeby wypromować zmienioną wersję godła. Sprawa wzbudziła spore kontrowersje. Szczególnie warto przeczytać uwagi znanego prawnika Piotra Waglowskiego, wyrażone np. w tekście Zadanie lotnicze "Orzeł może", czyli o śmigłowcach Sił Zbrojnych RP zrzucających ulotki Trójki i Gazety Wyborczej.
      Obecnie sprawą zajmuje się prokuratura, o czym możemy przeczytać w najnowszej Rzeczpospolitej.

      Akcja niestety utrwaliła tylko w Polakach przekonanie, że nasze prawdziwe barwy i prawdziwe godło nie nadają się do manifestowania radości z niepodległości. Tym bardziej przykre, że wmieszany był w nią również prezydent Komorowski. Prezydentowi chyba brakuje doradców, potrafiących analizować sytuację. Zbyt płytką oceną wykazał się przecież również przy sprawie orzełków PZPN-u, o której się zdecydowanie wypowiadał. Wtedy też ani jedna osoba w całej kancelarii nie stworzyła dla niego pełnego obrazu sytuacji. W efekcie zamiast rozwiązać problem całościowo, prezydent doprowadził do wprowadzenia jednego, piłkarskiego, wyjątku. Pisałam o tym rok temu

      Ale wróćmy do akcji "Orzeł może" z różowymi orłami.
      Przy okazji oberwało się wszystkim, którzy wtedy prawdziwych symboli próbowali bronić.
      Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy smutasami i nie mamy poczucia humoru.
      Tymczasem biel i czerwień to naprawdę fajne, radośnie nastrajające kolory.
      A smutasami są raczej politycy, którzy odpowiadają za to, że (poza tymi nieszczęsnymi koszulkami piłkarskimi) cały propatriotyczny przemysł w Polsce nadal jest zakazany
      Nie można legalnie produkować niczego dla fanów Polski. Można jedynie dla fanów polskiej (wiadomo jakiej) drużyny narodowej. To jest tak żałosne, że aż śmieszne. 

      A poniżej dowód, że związane z Polską poczucie humoru naprawdę nie wymaga farbowania na różowo:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 listopada 2013 01:52
  • niedziela, 11 listopada 2012
    • Żałosny epilog na Święto Niepodległości

      W Polsce nie wolno produkować w celu sprzedaży polskich flag.Przypominam, że w Polsce nadal nie wolno produkować koszulek czy wpinek z orzełkami, flag narodowych, CD z hymnem itd. chyba że będzie się je rozdawać.

      Nie znam drugiego kraju, w którym cały propatriotyczny przemysł byłby nielegalny. U nas jest.

      Rok temu napisałam o tym TUTAJ

      Wydawało się, że dzięki aferze z orzełkami na koszulkach reprezentacji politycy zwrócą wreszcie uwagę na problem i zmienią te ewidentnie szkodliwe przepisy.

      Nic bardziej mylnego. Najpierw na całej linii zawiedli dziennikarze. Zamiast pokazać problem, ograniczyli się do tych nieszczęsnych orzełków PZPN-u.

      W tej sytuacji politycy z wielką pompą wprowadzili "zmiany".

      Czy zmienili te bezsensowne przepisy? Nie.
      Dodali tylko wyjątek dotyczący tej indywidualnej sprawy, która trafiła do mediów: na strojach reprezentacji (także olimpijskich) będzie godło (art. 3A ustawy o godle).
      Jednocześnie tymi strojami (to jedyny wyjątek) organizacje, które za nie odpowiadają, będą mogły handlować (art. 13.4 ustawy o sporcie). 

      Tymczasem w Polsce nadal nie wolno produkować w celu sprzedaży normalnych koszulek z godłem - legalnie możemy kupić tylko koszulkę sportową (sic!) albo taką, na której orzeł będzie w jakiś sposób... nieprawidłowy. Tak samo nielegalne są: flagi narodowe, CD z hymnem, wpinki z godłem, pocztówki z godłem czy flagą i wiele innych, patriotycznych gadżetów. Przemysł patriotyczny mamy w praktyce podziemny. W tej sytuacji dla tych przedsiębiorców najlepiej (i najbezpieczniej) byłoby, jakby się przestawili na Polska Walczy. Albo na bociany. Tak, bociany to bezpieczny, bo jeszcze nie zagarnięty symbol. Smutne ale prawdziwe.

      Politycy są z siebie dumni. Niezorientowani dziennikarze jeszcze ich chwalą. A głupie przepisy zostały.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 listopada 2012 01:45
  • czwartek, 26 stycznia 2012
    • ACTA - konkrety i linki

      Przede wszystkim to nieprawda, że po jednej stronie stoją piraci i hackerzy, a po drugiej rządy i twórcy. 

      ACTA nie poprawi sytuacji samych twórców

      Polskie prawo autorskie chroni twórców naprawdę mocno. Nie ma obowiązku otaczania się klauzulami, ochrona jest automatyczna, a twórca którego prawo złamano, może domagać się, w zależności od sytuacji, dwu lub trzykrotności należnego wynagrodzenia.

      Problemem jest najwyżej obawa przed kosztami procesu, szczególnie jeśli prawa twórcy - zwykłego człowieka naruszy bogata korporacja. Jego nie stać na prawników i procesy, korporację stać. Tutaj jest realny problem. ACTA nawet go leciutko nie dotyka.

      Zagrożenia 

      Zapisy ACTA są na tyle niejasne, uogólnione itd., że ich ofiarą mogą paść dowolni obywatele, w tym sami twórcy, szczególnie zagrożeni mogą być ludzie zajmujący się prawami obywatelskimi, administratorzy portali czy to poruszających tematykę niewłaściwego postępowania polityków, czy też stanowiących konkurencję dla korporacji medialnych, którzy prawa wcale nie złamią. 

      Wystarczy, że ktoś, kto akurat będzie miał w tym interes, zarzuci im, że prawo złamali. 

      Art. 12.2 umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi:

      Każda strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych, bez wysłuchania drugiej strony.

      Cóż - albo mamy do czynienia z państwem prawa, albo z jednostronnymi, tymczasowymi rozwiązaniami, bez zainteresowania się, czy przypadkiem druga strona nie dysponuje dowodami, potwierdzającymi, że to ona ma rację.

      Szczególnie, że działać należy raczej szybko niż wnikliwie. Dalej w artykule 12.2 możemy bowiem wyczytać, że:

      W przypadku postępowania prowadzonego bez wysłuchania drugiej strony, każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo do podejmowania natychmiastowego działania w odpowiedzi na wniosek o zastosowanie środków tymczasowych i do podejmowania decyzji bez zbędnej zwłoki.

      A przypomnijmy, że żyjemy w kraju, w którym organy ścigania potrafią postawić zarzut o uzyskanie bez zgody osoby uprawnionej, programu komputerowego, na szkodę GNU... General Public Licence Free Software Foundation Inc. 
      Dla niezorientowanych - mowa o Fundacji, która stworzyła licencję na wolne, darmowe oprogramowanie. Zatem nie dla wszystkich jest jasne, że nie można ukraść darmowego oprogramowania. A GNU - określające rodzaj licencji nie jest żadną korporacją roszczącą sobie  prawa do przedmiotów objętych licencją. [Artykuł na ten temat, na Vagla.pl, wraz ze screenem z dokumentacji procesowej].

      W tych warunkach wprowadza się możliwość przejęcia serwera, na którym np. jeden z kilkuset autorów zamieściłby w swoim materiale fragment (np. zdjęcie) wzbudzające wątpliwości, co do tego, czy zostało upublicznione zgodnie z prawem.

      Mowa o tym w art. 12.3 

      Przynajmniej w przypadkach naruszeń praw autorskich lub praw pokrewnych oraz podrabiania znaków towarowych, każda strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych możliwość nakazania przez jej organy sądowe konfiskaty lub innego rodzaju przejęcia kontroli nad podejrzanymi towarami oraz nad materiałami i narzędziami związanymi z naruszeniem.

      Czy umowa  zawiera jakiekolwiek zabezpieczenie na wypadek pomyłki? Owszem. Sąd będzie mógł (ale to nie jest obowiązkowe) w takiej sytuacji, nakazać wnioskodawcy, na wniosek osoby, przeciwko której skierowany był wniosek o zastosowanie środków tymczasowych, zapłatę rekompensaty z tytułu wszelkich poniesionych szkód (art. 12.5). Miło, że chociaż o tym pomyślano. Inna sprawa, że zwykły "mały żuczek" nie odważy się raczej na zabezpieczenie swoich praw , obawiając się, że jeśli sąd nie przyzna mu później racji, to musiałby ponieść zbyt drogie dla niego konsekwencje zastosowania środków, które miały go chronić. W tym koszt wynajęcia drogiego adwokata przez korporację, której próbowałby "się postawić". Czyli zwykły twórca na ACTA nie skorzysta, bo zwyczajnie będzie się bał wnioskować o takie zabezpieczenia. Tymczasem dla korporacji, albo polityków, koszt nawet przegranej sprawy może być niższy niż korzyści.

      Przejdźmy do jeszcze jednego ciekawego, niedookreślonego zapisu

      Art. 27.1 Każda Strona zapewnia w swoim prawie (...) dostępność procedur dochodzenia i egzekwowania, tak aby umożliwić skuteczne działania przeciwko naruszaniu praw własności intelektualnej, które odbywa się w środowisku cyfrowym, w tym doraźne środki zapobiegające naruszeniom i środki odstraszające od dalszych naruszeń (…).

      Możemy się tylko domyślać, jakie doraźne i odstraszające środki mogą zostać wprowadzone i na ile to może być pretekst do ograniczania praw obywatelskich, bez związku z realną ochroną praw autorskich i własności intelektualnej.

      Obawy wzbudza również art. 27.4, wprowadzający

      możliwość wydania (...) dostawcy usług internetowych, nakazu niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, co do którego istnieje podejrzenie, że jego konto zostało użyte do naruszenia (...)

      Osobiście nie jestem pewna, czy akurat ten zapis jest taki szkodliwy. Generalnie przydałaby się możliwość uzyskania informacji, kto dokonał naruszenia, żeby można było się przed nadużyciami w Internecie chronić.

      Realny problem może natomiast stworzyć art. 8, ponieważ na jego podstawie dostawcy internetu mogą być zmuszeni do zastosowania uprzedniej kontroli. W efekcie może dojść do blokowania użytkownikom dostępu do wybranych stron. Na wszelki wypadek, żeby uniknąć ryzyka, dostawcy mogą zacząć od blokowania stron serwisów aukcyjnych (ponieważ zdarza się, że sprzedawane są tam podróbki), youtube'a (na wypadek gdyby pojawiły się tam nielegalne nagrania) itd.

      Art. 8.1

      Każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, możliwość wydania przez jej organy sądowe nakazu zaprzestania przez stronę działań stanowiących naruszenie oraz między innymi do wydania tej stronie lub w stosownych przypadkach stronie trzeciej, nad którą odnośny organ sądowy sprawuje jurysdykcję, nakazu mającego na celu uniemożliwienie wprowadzenia do obrotu handlowego towarów, które naruszają prawa własności intelektualnej.

      Nie wierzę, że ACTA ma na celu poprawienie sytuacji twórców.

      Jak już pisałam, bez ACTA zgodnie z polskim prawem twórcy są chronieni i nie muszą nawet wprowadzać zabezpieczeń czy klauzul, żeby obejmowała ich ochrona. 
      ACTA natomiast wprowadza niejasne zapisy, z których wynika, że w niedookreślonych okolicznościach, bez pytania o wersję drugiej strony, będzie można np. blokować niewygodne strony internetowe. To może być bardzo niebezpieczne. Mogą to wykorzystywać politycy, mogą media korporacyjne. Nie w celu ochrony praw autorskich, a w celu usunięcia krytyki bądź konkurencji.

      Pomijam już nawet fakt, że brzmi to jak niepoważny bełkot.

      Być może znajdziemy jednak w umowie jakieś ograniczenie, gwarancja, że prawa obywatelskie nie będą łamane?

      Nie za bardzo. W art. 2 znajduje się wręcz zapis, zgodnie z którym:

      Strona może wprowadzić do swojego prawa szerzej zakrojone dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej, pod warunkiem, że ...

      Jeszcze szerzej? Ale dobrze, jest tam jakieś ograniczenie. Jak myślicie? Pod warunkiem, że np. działania te nie będą łamały praw obywatelskich? Nie. Doczytajmy do końca. Warunkiem jest, że

      ...takie dochodzenie i egzekwowanie nie narusza postanowień... niniejszej umowy.

      Przedstawiłam Wam tylko kilka przykładów, a teraz obiecane linki.

      1) Najwięcej pewnych informacji znajdziecie na portalu www.prawo.vagla.pl, w szczególności w tekstach:
      -materiały na temat ACTA (dla poszukujących merytorycznych informacji)

      -Pytania o ACTA - ściąga dla dziennikarzy

      -Zastanawiam się nad różnicami, motywami i celami

      2) Temat poruszał też w swoim tekście profesor Gwiazdowski

      3) Na marginesie całej sprawy warto zwrócić uwagę na wpis europosła Marka Migalskiego, który na swoim blogu wyjaśnił, jak doszło do tego, że europarlamentarzyści, w tym on sam, zagłosowali za ACTA. A przy okazji, uczciwie opisuje, jak wygląda praca parlamentarzystów i na czym polega "zajmowanie się polityką". Nadzwyczaj ciekawy tekst. W sprawie ACTA wyjaśnił wprost:

      Dzisiaj rano dowiedziałem się, że głosowałem za ACTA. Serio. I nie mam zamiaru się tego wypierać. Czy wiedziałem, za czym głosuję? Nie. Czy zawsze wiem, za czym głosuję? Rzadko. Czy inni posłowie i europosłowie wiedzą więcej? Nie.

      3) Zestawienie fundacji Panoptykon w sprawie ACTA (fundacja działa na rzecz ochrony praw człowieka w kontekście rozwoju "społeczeństwa nadzorowanego)

      Na pewno warto przeczytać, też na marginesie ciekawy artykuł Jacka Żakowskiego o tym, do czego prowadzi zamiana relacji na transakcje.

      4) Kto głosował za a kto przeciw ACTA w obecnej formie - zestawienie Gazety Wyborczej. Oprócz decyzji konkretnych posłów jest też tabelka pokazująca, jak nad rezolucją przeciw ACTA głosowali parlamentarzyści poszczególnych państw. Co ciekawe, poza Węgrami (O% - do tej pory nie wiedziałam, czemu mają opinię kraju godzącego się na wszystko) na samym dole tabelki jesteśmy my - tylko 14% polskich posłów było przeciw. W tym czasie przeważająca większość krajów osiągnęła przynajmniej 40% głosów przeciw.

      5) Przy okazji warto zwrócić uwagę na dwa teksty Krzysztofa Gonciarza:

      -ACTA w Polsce - co to naprawdę oznacza

      -Jak Internet zarabia na ACTA

      6) A dla wytrwałych - treść ACTA, czyli umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi. Niestety MKiDN zapewniło jedynie niewygodną wersję pdf w formie obrazka zawierającego średnio wyraźną kopię umowy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ACTA - konkrety i linki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 stycznia 2012 01:26
  • niedziela, 15 stycznia 2012
    • Protest pieczątkowy był tylko kolejną odsłoną znanego problemu

      Pieczątka stosowana przez lekarzy podczas protestuW poprzednim tekście pokazałam na 2 przykładach metodę przerzucenia problemów na osoby wybrane do roli kozłów ofiarnych. Już poznaliście sposób działania godny mafii albo dyktatury – „wybieramy grupę, na którą przerzucamy odpowiedzialność, koszty, a najlepiej jedno i drugie. Jesteśmy silniejsi (mamy broń – mafia, to my rządzimy – dyktatura) zatem ofiary nie będą mogły się bronić. Do tego ze wszystkich, do roli kozłów ofiarnych wybraliśmy mniejszość – reszcie się powie, że to ta mniejszość jest zła i nie chce współpracować.” Teraz przejdę do przykładu, który wzbudzał ostatnio najwięcej emocji*.

      System ubezpieczeń zdrowotnych jest nieszczelny? Wybierzmy ludzi, którym każemy płacić za te nieszczelności

      Problem: Przez kilkanaście lat, kolejne ekipy rządzące nie miały czasu, żeby przypilnować uporządkowania systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Już dawno powinien powstać system komputerowy, do którego trafiałyby dane z ZUS-u. Pacjent idąc do przychodni powinien mieć przy sobie tylko dowód osobisty. Pesel wystarczałby do sprawdzenia, czy pacjent jest ubezpieczony, czy nie. To wszystko.Kolejni rządzący (w tym obecna ekipa, w końcu to ich druga kadencja) jednak tego nie przypilnowali. Czemu? Może zbyt długo liczyli, że naiwne społeczeństwo będzie wierzyć w hasło „to nie my, to NFZ”?  NFZ to tylko urząd – za jego funkcjonowanie też w ostatecznym rozrachunku odpowiadają rządzący. 

      Pomysł polityków: „Wybieramy grupę, na którą przerzucamy ryzyko. Jeśli ktoś otrzyma nienależną refundację, to mamy ofiarę, która za to zapłaci. Z własnej kieszeni. Najlepiej jeszcze z odsetkami. Jak się będą buntować, to przecież mamy władzę, czymś im zawsze możemy zagrozić”.
      A jak słusznie napisali w swojej petycji lekarze: „Refundacja przepisanych leków jest prawem pacjenta i obowiązkiem płatnika. Jeżeli płatnik zrefunduje pacjentowi lek „nienależnie”, nie może obciążać tym problemem lekarzy.” 

      Tak jak jeszcze zrozumiałe byłoby nałożenie na lekarzy obowiązku zbierania dowodów uprawdopodabniających posiadanie przez pacjenta ubezpieczenia (chociaż w nowoczesnych państwach ten problem rozwiązuje się za pomocą systemu informatycznego) tak nie da się znaleźć uzasadnienia dla przerzucenia na nich odpowiedzialności za to, czego sprawdzić nie mogą.

      Wyobraźcie sobie, że budzicie się rano, a tu listonosz przynosi Wam w kopercie informację, że zostaliście wylosowani do Państwowego Programu Ochrony Refundacji. W kopercie są nazwiska kilkuset chorych osób. Z dokumentów wynika, że jak ktoś z nich nie będzie miał prawa do refundacji, to wy zobowiązaliście się pokryć jej koszt. W skrajnym przypadku może być mowa nawet o kilkuset tysiącach miesięcznie. Skąd je wziąć? Oczywiście nigdy się na to nie godziliście.

      A jeszcze okazuje się, że jeżeli nie podpiszecie tych dokumentów, to żaden z tych pacjentów nie dostanie leków, ponieważ nie będzie ich na nie stać. Tymczasem na liście widzicie ludzi, którzy naprawdę potrzebują leczenia. Dziewczynę po przeszczepie, dziecko, któremu choroba reumatonidalna w ciągu kilku dni uniemożliwi poruszanie, staruszkę z zapaleniem płuc, mężczyznę, którego bez leczenia szybko zabije rak... Co robicie? Podpisujecie dokumenty i przydzieleni Wam chorzy są bezpieczni? Czy boicie się, skąd w razie czego weźmiecie więcej pieniędzy niż zarabiacie przez rok? Szczególnie chętnie poznałabym odpowiedź na to pytanie, wypowiadającej się w temacie Kazimiery Szczuki. Bo w takiej sytuacji zostali postawieni lekarze.

      Oczywiście, że chorzy muszą otrzymywać swoje leki, w cenach dostępnych dzięki refundacjom. Przecież są ubezpieczeni. Ale to nie u lekarzy się ubezpieczyli, tylko w ZUS-ie.  A za funkcjonowanie ZUS-u i prawidłowo działający system ubezpieczeń zdrowotnych odpowiadają rządzący, czyli politycy. To nie lekarze są winni bałaganowi w systemie ubezpieczeń zdrowotnych. Ani nie pacjenci.

      W zasadzie jedyne, co mogli zrobić lekarze, to zorganizować szybką, zdecydowaną akcję, ciągnąc za sobą pacjentów. Dzięki temu grupa dotknięta problemem stała się na tyle duża, żeby rządzący nie mogli uznać, że „mają problem z grzywki”. Na szczęście nie doszło do żadnego nieszczęścia, bo jednak lekarz walcząc o słuszną sprawę, każdorazowo musiał temu konkretnemu choremu odmówić. To bardzo trudna sytuacja, nawet jeśli odpowiedzialność została na nich przerzucona na siłę.

      A jedyne, co można było w tej sytuacji zrobić, będąc chorym, to próbować zabezpieczyć się na czas protestu (np. pacjenci chorzy przewlekle wcześniej wykupywali leki na zapas) oraz jak najszybciej dać do zrozumienia rządzącym, że nie nabieramy się na tę grę, bo wiemy, że to oni w ostatecznym rozrachunku są odpowiedzialni za zaistniały bałagan. 

      Przecież my też balibyśmy się ponosić taką odpowiedzialność, nie mając możliwości zweryfikowania informacji, których prawdziwość kazano by nam gwarantować.
      Lekarze zrobili w zasadzie to samo, co wcześniej opisane przeze mnie grupy obywateli, na których podobnie przerzucono odpowiedzialność. Z tą różnicą, że lekarze zadziałali oficjalnie, razem i jedną wyrazistą akcją. To miało szansę sprawić, że rządzący przestaną się wygłupiać. I prawie się udało. Artykuł 48.8 ustawy został przez posłów usunięty (aczkolwiek tryb legislacyjny nie został jeszcze zakończony).

      Tyle tylko, że ustawa zawierała podwójne zabezpieczenie. Odpowiedzialność przerzucono najpierw na lekarzy, a zaraz po nich na aptekarzy. Aptekarze odpowiadają także za wydanie leku z nieprawidłowo określoną na recepcie refundacją. Czyli na placu boju został kolejny kozioł ofiarny, a zabawa w kotka i myszkę wcale się jeszcze nie zakończyła. 

      ----- 

      * Komentowana ostatnio w prasie „ustawa refundacyjna” to ustawa o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych z dnia 12 maja 2011 r. (Dz.U. Nr 122, poz. 696). Szczególnie dużo krytycznych komentarzy zebrał art. 48.8.2, zgodnie z którym lekarz musiałby zwrócić Funduszowi równowartość nienależnej refundacji wraz z odsetkami  liczonymi od dnia dokonania refundacji, w przypadku wypisania recepty niezgodnej z uprawnieniami świadczeniobiorcy. A zdarza się, że np. pracodawca podbija pracownikom książeczki ubezpieczeniowe, a jednocześnie nie opłaca im ubezpieczenia zdrowotnego. Lekarz nie jest właściwą osobą do weryfikowania takich sytuacji, bo nie ma do tego ani uprawnień ani możliwości. W braku systemu informatycznego, pozwalającego na potwierdzenie uprawnień pacjentów, w niektórych przypadkach lekarz nie ma stuprocentowej pewności, a uprawnienia pacjenta są jedynie uprawdopodobnione. Nie z winy pacjenta i nie z winy lekarza.Teraz na placu boju zostali aptekarze – oni nadal mają odpowiadać za realizację recepty z nieprawidłowo określoną refundacją (na podstawie art. 43.6 tej samej ustawy).  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 stycznia 2012 19:48

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa