Analizy

  • poniedziałek, 06 lipca 2015
    • Pies w rozgrzanym samochodzie - analiza prawna

      "Nie gotuj swojego psa", Kawiarenka Odrobiny Rozsądku

      Temat zdecydowałam się poruszyć z uwagi na oburzający materiał dotyczący próby pociągnięcia do odpowiedzialności karnej człowieka, który wybił szybę, ratując psa z rozgrzanego samochodu na parkingu-patelni pod Tesco na Bemowie, w upalny dzień.

      Fakty:

      1) W Warszawie wczoraj (5 lipca 2015 r.) panował skwar (35 stopni w... cieniu)  co mogą potwierdzić tysiące ludzi.

      2) Na terenie całego województwa Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej nawet oficjalnie ogłosił alert II stopnia z powodu fali upałów.

      3) Temperatura w unieruchomionym samochodzie zaparkowanym na słońcu szybko robi się znacznie wyższa niż na zewnątrz.

      Odpowiedzialność prawna osoby, która zostawia psa w zamkniętym samochodzie w upał

      Na podstawie art. 35.1a ustawy o ochronie zwierząt osobie pozostawiającej psa w takich warunkach, grozi kara do 2 lat pozbawienia wolności. Jej czyn spełnia bowiem przesłanki znęcania się nad zwierzętami, określonego w paragrafie 2 art. 6 ustawy o ochronie zwierząt:

      Zacytujmy art. 6.2.17 ustawy o ochronie zwierząt:
      "Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności:
      (...)
      17) wystawianie zwierzęcia domowego lub gospodarskiego na działanie warunków atmosferycznych, które zagrażają jego zdrowiu lub życiu;" 

      Tymczasem zgodnie z art. 35.1a ustawy o ochronie zwierząt:

      "1a. Tej samej karze podlega ten, kto znęca się nad zwierzęciem."

      Tej samej, czyli, zaglądając do poprzedniego paragrafu:

      "podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2."

      Tak doszliśmy do występku, zagrożonego karą do 2 lat pozbawienia wolności. Ale pamiętajmy, że kara grzywny czy ograniczenia wolności również potrafi być dotkliwa. 

      Rzecznik komendy tłumaczył właścicielkę, że "pies został pozostawiony na krótko, a samochód miał uchyloną jedną z szyb."

      Być może. Tylko że nieodpowiedzialni właściciele zwierząt zwykle tak właśnie się tłumaczą.
      A trzeba pamiętać, że zamkniętemu w samochodzie psu uchylona szyba nie wystarczy.

      "Psy chłodzą się tylko poprzez dyszenie, pocą się jedynie przez opuszki łap – przypomina Bożena Górka, lekarz weterynarii. – Upały znoszą jeszcze gorzej niż ludzie.

      Z tego samego tekstu można się też dowiedzieć, że "Nawet przy otwartym oknie w upale zwierzę narażone jest na cierpienie lub śmierć." 

      W innym tekście, kolejny weterynarz wyjaśnia: "Już minuta dla delikatnych, starszych czy chorych psów spędzona w takich warunkach grozi szybkim odwodnieniem i śmiercią w męczarniach - potwierdza dr Dorota Sumińska, weterynarz." 

      Argumenty, na które może powołać się osoba ratująca psa z rozgrzanego auta


      1) Z punktu widzenia prawa karnego, osoba wybijająca szybę w samochodzie, żeby uratować psa przed ugotowaniem, jest chroniona kontratypem stanu wyższej konieczności. Zacytujmy właściwy przepis.

      Art. 26 § 1. Kodeksu karnego:
      Nie popełnia przestępstwa, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego jakiemukolwiek dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone przedstawia wartość niższą od dobra ratowanego.

      Sprawa wygląda na oczywistą. Ale jeszcze na wszelki wypadek, wszystkim próbującym oceniać wartość męczarni psa, jego zdrowia i życia, w kategoriach ekonomicznych, przypomnę podstawową zasadę ustawy o ochronie zwierząt, która brzmi - zwierzę nie jest rzeczą.
      Cytując właściwy przepis:

      Art. 1 ustawy o ochronie zwierząt:
      Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą.

      Zatem nie ma wątpliwości, że ratując psa, ratujemy dobro przedstawiające wyższą wartość niż szyba. Należy tylko ocenić, czy niebezpieczeństwa można było inaczej uniknąć. W przypadku psa zamkniętego w rozgrzanym samochodzie na parkingu-patelni pod centrum handlowym, w tak upalny dzień jak wczoraj, raczej nie ma czasu na szukanie innych rozwiązań. Stan psa może się bardzo szybko pogorszyć. Szczególnie że zdarzały się już przypadki, kiedy psa wyciągnięto z samochodu jeszcze żywego, w stanie nie wzbudzającym żadnych wątpliwości, że należy go wyciągnąć, tylko... nie przeżył nocy - jak w historii sprzed miesiąca, kiedy jeszcze nawet nie było upałów. A nie chodzi tu o atrapę działania tylko o skuteczne uchylenie niebezpieczeństwa. 

      Edit: Pod wpływem Komentatora o nicku Nosiwoda, dodaję punkt 1a

      1a) Jak słusznie zwrócił uwagę Komentator, przecież stłuczona szyba może nawet nie być wystarczająco wiele warta, żeby jej zniszczenie podpadało pod Kodeks karny. Kwota graniczna obecnie wynosi 437 zł 50 gr (co stanowi 1/4 minimalnego wynagrodzenia).

      Zgodnie z art. 124 Kodeksu wykroczeń, niszczenie bądź uszkadzanie cudzej rzeczy, wartej mniej niż 1/4 minimalnego wynagrodzenia jest już tylko wykroczeniem.

      Oczywiście w Kodeksie wykroczeń również zawarto kontratyp stanu wyższej konieczności
      Art. 16 § 1. Kodeksu wykroczeń:

      "Nie popełnia wykroczenia, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone nie przedstawia wartości oczywiście większej niż dobro ratowane." 

       

      2) Z punktu widzenia prawa cywilnego, kontratyp stanu wyższej konieczności zawarty jest w art. 424 Kodeksu cywilnego, który brzmi:

      "Kto zniszczył lub uszkodził cudzą rzecz albo zabił lub zranił cudze zwierzę w celu odwrócenia od siebie lub od innych niebezpieczeństwa grożącego bezpośrednio od tej rzeczy lub zwierzęcia, ten nie jest odpowiedzialny za wynikłą stąd szkodę, jeżeli niebezpieczeństwa sam nie wywołał, a niebezpieczeństwu nie można było inaczej zapobiec i jeżeli ratowane dobro jest oczywiście ważniejsze aniżeli dobro naruszone."

      Tutaj również nie ma wątpliwości, że ratowane dobro (życie i zdrowie i ochronienie przed męczarnią żywego psa) jest oczywiście ważniejsze aniżeli dobro naruszone (szyba). Ratujący psa niebezpieczeństwa nie wywołał (paradoksalnie wywołał go sam właściciel szyby) i pojawiają się podobne trudności z próbami zapobieżenia niebezpieczeństwu w inny sposób.

      Jednocześnie w ogóle sytuacja, kiedy o odszkodowanie występowałaby osoba winna konieczności wywołania szkody stoi w jawnej sprzeczności z podstawowym przepisem ochronnym, pozwalającym unikać nadużycia prawa, czyli ze słynnym art. 5 Kodeksu cywilnego, który brzmi:

      "Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony."

      A w praktyce

      Warto zawołać innych ludzi, poprosić kogoś, żeby jednocześnie wezwał policję, jeśli pies na razie nie wygląda źle - tylko jak to ocenić? Można próbować wezwać właściciela - choć na wielkim, pustym parkingu to może być trudne. I jak ocenić, ile tak naprawdę psu pozostało czasu, aż przebywanie w skwarze na pewno mu trwale zaszkodzi?

      Szczególnie, że momentem granicznym wcale nie muszą być aż trwałe uszkodzenia. Przecież ustawa o ochronie zwierząt za znęcanie się uznaje już samo wystawianie zwierzęcia na działanie warunków atmosferycznych, które zagrażają jego zdrowiu lub życiu, a nie dopiero doprowadzenie do ostatecznych uszkodzeń.

      Oczywiście zupełnie inaczej wygląda ocena sytuacji, kiedy na zewnątrz jest tylko ciepło - wtedy być może świadkowie mają te parę minut, pozwalających np. wezwać zajętego zakupami właściciela, jeśli uda się szybko uzyskać możliwość puszczenia ogłoszenia w tej sprawie przez głośniki centrum handlowego. 

      Ale zupełnie inaczej wygląda sytuacja, kiedy pies jest znaleziony w taki upalny dzień, jak wczoraj, właściciela nie widać i naprawdę nie wiadomo, jak długo już się męczy. 

      W celach dowodowych można oczywiście pomyśleć o nakręceniu filmu komórką, potwierdzającego stan faktyczny, żeby nie było wątpliwości, w jakich okolicznościach do wyjęcia psa doszło... Ale pojedyncza osoba, zaskoczona widokiem męczącego się psa raczej rzadko myśli o zbieraniu dowodów, czasem nie ma też wielu możliwości ich zabezpieczania.

      Oczywiście należy wezwać odpowiednie służby - choć w upał, z uwagi na stan psa należałoby chyba jednak zacząć od dzwonienia do organizacji dysponujących szybką pomocą weterynaryjną, a dopiero potem na policję. Szczególnie jeśli nie ma wokół gapiów, którzy mogliby zająć się jednoczesnym wzywaniem pomocy. 

      Natomiast trzeba pamiętać, że tak w upalny dzień, jak wczoraj, na rozgrzanej patelni wielkiego parkingu, pies zwyczajnie może nie mieć tyle czasu, ile będą potrzebować "odpowiednie służby" na dotarcie na miejsce i znalezienie wzywającego.  
      Właśnie z uwagi na tego typu sytuacje w naszym prawie zamieszczono kontratyp stanu wyższej konieczności. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pies w rozgrzanym samochodzie - analiza prawna”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lipca 2015 03:20
  • czwartek, 08 stycznia 2015
    • Nadawanie imion - nowa ustawa

      ˆ Petin | Dreamstime.comWłaśnie wchodzi w życie nowe Prawo o aktach stanu cywilnego.*
      Zacznie obowiązywać od 1 marca 2015 r.
      (o ile znów nie zmienią w ostatniej chwili daty wejścia w życie ustawy).

      Co się zmieniło, a co pozostawiono w dotychczasowej wersji?

      Nadal można nadawać maksymalnie dwa imiona. Co jeszcze?

      KRÓTKIE WERSJE IMION NADAL NIEPEWNE

      Przypomnę, że chodziło o osoby, które chciałyby nadać dziecku imię takie, jak Ada, Jola, Iza, Wiola, Radek, Kuba, Sławek czy Stach (zamiast Adrianna, Jolanta, Izabela, Wioletta, Radosław, Jakub, Sławomir czy Stanisław).

      Obecnie coraz więcej dorosłych ludzi posługuje się takimi krótszymi wersjami (Ada Rusowicz, Kuba Sienkiewicz) nawet wśród osób na poważnych stanowiskach (Radek Sikorski).

      Dotychczasowe przepisy pozostawiały zbyt wiele wątpliwości. W efekcie w zależności od poglądów konkretnego urzędnika, to samo imię w jednym urzędzie było już rejestrowane jako nowe imię, a w innym było nadal traktowane jako tylko zdrobnienie.

      Obiecywano w tej kwestii zmiany, niestety akurat ten fragment pozostawiono w obecnej, niejasnej formie. Nadal niedopuszczalne są po prostu imiona w formie zdrobniałej.

      Ktoś zapewne przeraził się możliwości nadawania na całe życie imion w wersji dziecięcej, jak Staś czy Jolusia. A wystarczyło wprost dopuścić tylko wersje skrócone, nadające się do używania przez osoby dorosłe.

      Urzędnicy zatem nadal muszą się zastanawiać, czy dana krótka wersja jest już osobnym imieniem, czy jeszcze zdrobnieniem. W efekcie krótkie, dorosłe, wersje imion będą, jak dotąd, różnie traktowane w zależności od urzędu. Takie imię, jak np. Ada w jednym urzędzie zostanie zarejestrowane bez trudu, a w innym nie.

      Tak naprawdę sytuacja dodatkowo może się pogorszyć, z uwagi na problem, który opisuję na końcu.

      CZĘŚCIOWO ZEZWOLONO NA NADAWANIE IMION OBCOJĘZYCZNYCH

      Z myślą o osobach zamierzających nadać dziecku imię obcojęzyczne, niezależnie od narodowości rodziców, pod pewnymi warunkami dopuszczono nadawanie takich imion, nawet jeśli w języku polskim nie wskazują one na płeć dziecka. Zacytujmy przepis:

      Art. 59.3. Niezależnie od obywatelstwa i narodowości rodziców dziecka wybrane imię lub imiona mogą być imionami obcymi. Można wybrać imię, które nie wskazuje na płeć dziecka, ale w powszechnym znaczeniu jest przypisane do danej płci.

      Czyli nawet dwójka Polaków bez żadnych zagranicznych korzeni, będzie mogła nadać swojemu dziecku imię obcojęzyczne. Imię musi tylko spełniać pozostałe wymogi (czyli nie jest zdrobniałe, ośmieszające ani nieprzyzwoite) a urzędnik, na którego trafią rodzice, nie będzie miał problemów z ustaleniem, że w powszechnym rozumieniu ma do czynienia z imieniem wyraźnie męskim lub wyraźnie żeńskim.

      Kluczowe pytanie, które się tutaj pojawia, to:

      Kiedy imię zostanie uznane za w powszechnym znaczeniu przypisane do danej płci?

      Co to w praktyce oznacza?

      1. Nie będzie można nadawać imion uznawanych za unisex

      (równie dobrze nadających się dla chłopca, jak i dla dziewczynki) – jak np. Alex, Robin, czy Angel.

      2. Koniec problemów z zagranicznym zapisem identycznie brzmiących imion.

      Czyli problem znika na pewno w sytuacjach najbardziej ewidentnych.

      Będzie można już swobodnie stosować zapis Alexander, Martha, Victoria czy Veronica. Nikt nie będzie ich na siłę zmieniał na identycznie brzmiące Aleksander, Marta, Wiktoria czy Weronika.

      To może mieć znaczenie szczególnie dla rodziców biorących pod uwagę emigrację, bądź spodziewających się, że za 20 lat ludzie będą jeszcze bardziej mobilni i liczących, że dziecku będzie łatwiej z bardziej międzynarodowym zapisem imienia.

      Urzędnicy przestaną wreszcie tworzyć koszmarki językowe.

      Jeśli rodzice chcą nazwać dziecko Angelica, Justin czy Brian, to urzędnicy na pewno nie mogą przerabiać tych imion na Andżelika, Dżastin czy Brajan.

      3. Koniec problemów z zagranicznymi imionami w odbiorze Polaków przypisanymi do płci

      Chodzi o imiona żeńskie kończące się na „a” oraz męskie kończące się na spółgłoskę, o ile nie są znane, jako imię przypisane odmiennej płci.

      Nie powinno być już żadnych problemów z nadawaniem takich imion męskich, jak Jack, Michael (ang.) Aidan (irl.) Swen (szw.) Kostas, Stavros (gr.) czy żeńskich, jak Samantha, Georgia (ang.) Tindra (szw.) czy Francesca, Chiara, Sophia, Christina (wł.) 

      Urzędnicy nie będą mogli już też zmieniać obcojęzycznych wersji imienia na wersję polską. Czyli nie mają prawa zmienić np. John, Jean, Iwan, Sean czy Johann na Jan.

      Wszystkie wymienione w tym punkcie imiona, nawet dla urzędnika całkiem nieosłuchanego w językach obcych, nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości co do określanej przez nie płci. A w razie wątpliwości istnieje możliwość sprawdzenia, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z wyjątkiem.

      Takimi, znanymi wyjątkami są np. hebrajski Joshua, włoski Gianluca, czy turecki Mustafa – imiona kończące się na „a”, powszechnie znane jako męskie. Z ich nadaniem akurat też nie powinno być żadnego problemu, ale o tym w kolejnym punkcie.

      4. Można będzie nadać dziecku zagraniczne imię powszechnie znane jako żeńskie albo jako męskie

      Żyjemy w coraz bardziej międzynarodowej rzeczywistości. Otaczają nas wielojęzyczne filmy, książki, muzyka, wciąż słyszymy o zagranicznych celebrytach, politykach, muzykach, aktorach czy postaciach fikcyjnych.

      Jeżeli zatem urzędnik nie jest zupełnie oderwany od realiów, to nie powinien mieć już żadnych problemów z przypisaniem płci również takim imionom, jak Elisabeth, Susan, Jennifer, Grace, Chloe, Jaqueline, Astrid, Karen, Beatrice, Sinead (jak Sinead O'Connor) czy Andrew, George, Pierre (jak Pierre Cardin). Z tego samego powodu bez problemu powinni przypisać płeć takim imionom, jak Joshua, Mustafa, czy Gianluca.

      A w razie wątpliwości urzędnicy, jak większość Polaków, mają dostęp do Internetu, gdzie mogą sprawdzić sobie np. jakie znane osoby prawdziwe lub fikcyjne noszą dane imię.

      Nie powinni zatem więcej bawić się w słowotwórstwo. Jaqueline nie powinna być na siłe przerabiana na Żaklinę, Carmen na Karmenę, Sinead na Joannę, Catherine na Katarzynę, Chiara na Klarę, a Ingrid na Ingridę.

      5. Wątpliwości pozostały przy mniej znanych w Polsce imionach

      Przy takich imionach, jak fiński Esa czy hinduska Shanti, urzędnicy na pewno będą mieli wątpliwości i wiele będzie zależało od ich indywidualnych interpretacji. Jeden urzędnik sprawdzi, że ma do czynienia np. z popularnym żeńskim imieniem hinduskim i je zarejestruje. Inny uzna, że imię może i jest powszechnie znane w swoim kręgu kulturowym, ale nie w Polsce i odmówi rejestracji.

      A ponieważ prawo nie rozróżnia narodowości rodziców, może się zatem zdarzyć, że z tym samym zagranicznym imieniem będą mieli problemy rodzice ze związku mieszanego, a w innym urzędzie nie będą z nim mieli problemów Polacy.

      Tak czy inaczej, należy się liczyć z tym, że urzędnicy w takich przypadkach będą odmawiać rejestracji wybranego imienia, a co za tym idzie, rejestrować dziecko, pod imieniem wybranym przez siebie.

      UWAGA – URZĘDNIK BĘDZIE MÓGŁ SAMOWOLNIE NADAĆ TWOJEMU DZIECKU IMIĘ

      Jeżeli urzędnik odmówi nadania dziecku imienia wybranego przez rodziców, zgodnie z nowymi przepisami, wybiera dziecku imię z urzędu.

      Rozsądny urzędnik w takiej sytuacji porozumie się od razu z rodzicami i uzgodni z nimi nową wersję. Dzięki temu dziecko zostanie zarejestrowane pod imieniem stanowiącym dla rodziców wystarczający kompromis, żeby nie chcieli go zmieniać.

      Bezmyślny urzędnik będzie z automatu nadawał przypadkowe imiona, np. patrząc w kalendarz. Tą metodą dziecku może „wypaść” np. Rozalinda, Rajmunda, Ildefons czy Epifaniusz (kilka styczniowych propozycji). Imiona jak imiona, tylko rodzice mogą przeżyć szok, dowiedziawszy się, że ktoś właśnie nazwał ich dziecko imieniem, którego sami nigdy by mu nie nadali.

      Szczególnie dla kobiety, która właśnie przeżyła poród, może to być zupełnie niepotrzebny dodatkowy stres.

      Art. 59. 4. Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia o wyborze imienia lub imion dziecka, jeżeli wybrane imię lub imiona są w formie zdrobniałej lub mają charakter ośmieszający lub nieprzyzwoity lub nie wskazują na płeć dziecka, kierując się powszechnym znaczeniem imienia, i wybiera dziecku imię z urzędu, w formie decyzji administracyjnej podlegającej natychmiastowemu wykonaniu, z adnotacją zamieszczoną w akcie urodzenia o wyborze imienia z urzędu.

      ROZWIĄZANIE – RODZICE MOGĄ SWOBODNIE ZMIENIĆ IMIĘ – 6 MIESIĘCY

      W takiej sytuacji trzeba pamiętać, że rodzice mają prawo zmienić dziecku imię, w ciągu 6 miesięcy od sporządzenia aktu urodzenia. Oczywiście zmiana jest oceniana wg tych samych zasad, co pierwotna próba nadania imienia, ale oznacza to, że nie trzeba się denerwować, widząc nawet najbardziej zaskakujące imię na akcie urodzenia swojego dziecka, ponieważ rodzice mają jeszcze możliwość je zmienić. Muszą tylko pamiętać o nieprzekraczalnym terminie.

      Z tej samej opcji rodzice mogą skorzystać, jeśli po prostu zmienili zdanie, albo jeśli w okołoporodowym zamieszaniu zwyczajnie się nie dogadali.

      Zacytujmy ten fragment opisywanej ustawy:

      Art. 70 

      1. Rodzice mogą złożyć przed wybranym kierownikiem urzędu stanu cywilnego albo przed konsulem oświadczenie o zmianie imienia lub imion dziecka zamieszczonych w akcie urodzenia w terminie 6 miesięcy od dnia jego sporządzenia.
      2. Zmiana imienia może polegać na zastąpieniu wybranego imienia innym imieniem, zastąpieniu dwóch imion jednym imieniem lub odwrotnie, dodaniu drugiego imienia, zmianie pisowni imienia lub imion lub zmianie kolejności imion dziecka.
      3. Do oświadczeń o wyborze imienia stosuje się przepisy art. 59**. Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia, jeżeli nie został zachowany termin do jego złożenia.
      4. Oświadczenie o zmianie imienia lub imion dokumentuje się w formie protokołu, który podpisują rodzice dziecka i kierownik urzędu stanu cywilnego albo konsul.

      Dotychczasowa ustawa również zezwalała rodzicom na swobodną zmianę imienia w ciągu 6 miesięcy od sporządzenia aktu urodzenia - tylko wymagając złożenia kierownikowi USC oświadczenia pisemnego. 

      PÓŹNIEJ RODZICE TEŻ MOGĄ WYSTĄPIĆ O ZMIANĘ IMIENIA

      Procedura jest jednak bardziej skomplikowana i wynika z innej ustawy***. Należy złożyć wniosek do kierownika właściwego Urzędu Stanu Cywilnego i trzeba się powołać na ważne powody.

      Sama zmiana prawa nie jest takim powodem, ale może nim być „zmiana na imię używane”, którego po prostu pod rządami poprzedniej ustawy nie można było dziecku formalnie nadać.

      W przypadku udziwnień tworzonych przez urzędników na bazie poprzedniego prawa – jak np. Dżastin albo Karmena w zasadzie można dodać, że taki zapis imienia jest ośmieszający, szczególnie w kontekście zmiany prawa, zezwalającego już obecnie na nadawanie imion właściwych. Pozostawienie dziecku przeróbki, która nie przyjęła się w Polsce jako imię, byłoby dla niego krzywdzące. Szczególnie kiedy przeróbka ta z czasem coraz bardziej wygląda na nieporadną próbę pogodzenia rzeczywistego imienia, którego dziecko używa, z nieaktualnym już prawem.

      Zacytujmy ten fragment:

      Art. 4 ustawy o zmianie imienia i nazwiska

      1. Zmiany imienia lub nazwiska można dokonać wyłącznie z ważnych powodów, w szczególności gdy dotyczą zmiany:
      1) imienia lub nazwiska ośmieszającego albo nielicującego z godnością człowieka;
      2) na imię lub nazwisko używane;
      3) na imię lub nazwisko, które zostało bezprawnie zmienione;
      4) na imię lub nazwisko noszone zgodnie z przepisami prawa państwa, którego obywatelstwo również się posiada.

      Wnioskować można zarówno o zmianę samej pisowni (np. Dżastin na Justin) jak też imienia na całkiem inne (np. Adrianna na Ada). Z tej opcji mogą skorzystać też rodzice, którzy nadali dziecku kiedyś imię, które zupełnie się nie przyjęło i dziecko w praktyce używa innego imienia i jest przez rodzinę innym imieniem nazywane.

      UWAGA - W OSTATNIEJ CHWILI PRZESUNIĘTO WEJŚCIE W ŻYCIE USTAWY Z 1 STYCZNIA NA 1 MARCA 2015 R.
      (ten fragment został dodany, a zmiana jest już uwzględniona w tekście) 

      W praktyce będzie to zapewne oznaczać, że urzędnicy będą do tej pory odmawiać nadawania imion obcojęzycznych, doskonale wiedząc, że od 1 marca ci sami rodzice będą przychodzić i zgodnie z prawem zmieniać dzieciom imiona.

      Problem pojawi się w przypadku rodziców, którym termin 6-miesięczny minie przed 1 marca. Ci rodzice będą mogli skorzystać jedynie z przepisów ustawy o zmianie imienia i nazwiska. Czyli w praktyce będą bardziej zależni od woli urzędnika, który może na taką zmianę wyrazić zgodę, uznając, że istnieje ważny powód, albo tej zgody nie wyrazić.

      Ale mając świadomość, że jedynym powodem nienadania dziecku wcześniej jego prawdziwego imienia były przepisy, które zostały już zmienione, a zgodnie z założeniami miały być zmienione w czasie, w którym termin by rodzicom nie przepadł, urzędnicy nie powinni moim zdaniem utrudniać życia rodzicom, którzy mieli po prostu trochę pecha.

       --

      *[Nowa] Ustawa z dnia 28 listopada 2014 r. Prawo o aktach stanu cywilnego [Dz.U. 2014 poz. 1741, ze zm.]

      ** Art. 59. 1. Osoba zgłaszająca urodzenie składa oświadczenie o wyborze nie więcej niż dwóch imion dla dziecka.

      2. Wybrane imię lub imiona nie mogą być zamieszczone w akcie urodzenia w formie zdrobniałej oraz nie mogą mieć charakteru ośmieszającego lub nieprzyzwoitego.

      3. Niezależnie od obywatelstwa i narodowości rodziców dziecka wybrane imię lub imiona mogą być imionami obcymi. Można wybrać imię, które nie wskazuje na płeć dziecka, ale w powszechnym znaczeniu jest przypisane do danej płci.

      *** Ustawa o zmianie imienia i nazwiska z dnia 17 października 2008 r. (Dz.U. Nr 220, poz. 1414)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 stycznia 2015 17:38
  • sobota, 18 października 2014
    • Czemu żądania wydawców nie mają sensu?


      Fot. Daniel Gilbey, Dreamstime Stock PhotosWydawcy, wspierani przez księgarzy i część autorów, wystosowali do premier Kopacz list o dramatycznym tytule "Polska książka potrzebuje ratunku!".

      Domagają się w nim wprowadzenia sztywnej ceny książek. Sugerują, żeby przez 12 miesięcy cena okładkowa nie mogła być obniżana. Mam do tego pomysłu kilka uwag. Przede wszystkim nie widzę związku między tą propozycją a ratowaniem polskiej książki. Ale przyjrzyjmy się sprawie bliżej.

      To nie poprawi ani czytelnictwa ani sprzedaży

      Zacytujmy fragment listu:
      "Naszą wspólną intencją jest powstrzymanie stałego spadku sprzedaży i czytelnictwa książek w Polsce. Nowa regulacja ma zapewnić czytelnikom możliwość dostępu do szerokiej listy tytułów, bez filtrów narzucanych przez politykę zakupową globalnych dystrybutorów książek."

      Jak wprowadzenie sztywnej, wyższej ceny ma poprawić czytelnictwo i sprzedaż książek w Polsce? 
      Przecież na zdrowy rozum będzie dokładnie odwrotnie.
      Szczególnie w przypadku książek mniej popularnych, którym przez ustawowy zakaz nie będzie można przez cały rok dać szansy na sprzedaż, gdyby się okazało, że pierwotna cena została ustalona zbyt wysoko.
      Popularnym książkom taka zmiana też może raczej zaszkodzić.
      Powstrzyma sporo ludzi od zakupów impulsywnych. Zamiast kupienia od razu nowej książki, pomyślą "poczekam, aż obniżą cenę, wtedy kupię". A do czasu obniżki zdążą już o książce zapomnieć.

      Być może zatem ktoś uznał, że dzięki sztywnej cenie wielkie sieci dystrybucji nie zdominują rynku, konkurencja się utrzyma i dzięki temu czytelnictwo i sprzedaż nie spadną. Miał rację? Pomyślmy.

      To księgarniom nie pomoże

      Część księgarzy najwyraźniej uwierzyła, że ustawa pomoże im przetrwać konkurencję z "globalnymi sieciami dystrybucji" czy choćby z różnymi Empikami. 

      Ale czemu nikt jeszcze nie zauważył, że ta propozycja ma zasadniczy błąd? Pojedynczych księgarń nie uratuje stała cena na okładce. Żeby je uratować, ustawa musiałaby narzucić WYDAWCOM identyczną cenę sprzedaży książek małym księgarniom co wielkim sieciom. Bez wyjątków, bez żadnych możliwości omijania tej zasady pod pretekstem sprzedaży na targach itp.

      Wtedy z rynku wypadliby hurtownicy (pośrednicy) ale nie księgarnie. A zwykła księgarnia mogłaby stosować podobne rabaty, jak duża sieć. To by było wyrównywanie szans, bez odbierania klientom możliwości kupowania książek taniej. 

      Ale tej propozycji w liście nie ma. Zresztą trudno się spodziewać, żeby wydawcy domagali się ograniczania im samym możliwości walki o uwagę wielkich sieci. Bo chyba nie uwierzyliście, że ustawa rzeczywiście wyrówna szanse wielkich sieci i małych księgarzy?


      Jak z ustawą będą mogły sobie radzić wielkie sieci?

      Tymczasem wprowadzenie tylko sztywnej ceny okładkowej, w obecnej sytuacji, kiedy wydawcy chodzą na pasku dużych sieci, spowodowałoby tylko, że duże sieci zarabiałyby więcej (bo przecież cały czas dostawałyby od wydawców większe rabaty).

      A skoro zarabiałyby więcej, to miałyby większą swobodę dla całej masy działań:
      -darmowej dostawy,
      -dodawania bonów na kolejny zakup,
      -gratisów,
      -drugiej starszej książki za pół ceny,
      -późniejszych obniżek itd.


      Powtarzając pytanie: chyba nie wierzycie, że ustawa rzeczywiście wyrówna szanse wielkich sieci i małych księgarń? 

      To może choć autorzy na tym zyskają?

      Szczerze wątpię. Nigdzie nie spotkałam się z sytuacją, żeby honoraria autorskie były uzależnione od ostatecznej ceny stosowanej przez poszczególne księgarnie. To by nawet było ciężkie do zweryfikowania, która księgarnia, w którym momencie, zastosowała jakie rabaty i kiedy je zmieniła. Zresztą nie miałoby sensu. Księgarze otrzymują książki po odpowiednio zmniejszonej cenie i to już ich sprawa, czy wykorzystają różnicę jako marżę czy jako promocję.
      We wszystkich znanych mi przypadkach podstawą wyliczenia honorarium autorskiego była cena wydawnicza zbytu, czyli dla honorarium autora miały znaczenie tylko wpływy wydawnictwa, a nie to, co sieci dystrybucji zrobią dalej ze swoimi rabatami.

      Dlatego autorom, podobnie jak księgarzom, mogłoby się opłacić najwyżej ujednolicenie rabatów dla księgarń i dużych sieci oraz ich ustawowe ograniczenie. Co ciekawe, o tej propozycji w liście nie wspomniano. Tymczasem, zgodnie z moją wiedzą, rabaty dla dużych sieci, to przynajmniej 40% od ceny okładkowej. Mniejszy rabat dla sprzedawcy, to większy wpływ wydawnictwa od każdej książki.
      A wygląda, że duże sieci, nawet po zastosowaniu sporych promocji i tak mają na każdej książce większe zarobki niż księgarze. Dopiero po zrównaniu ich warunków, dałoby się skorzystać na prawdziwej konkurencji. 

      Tak czy inaczej w propozycji z listu nie dostrzegam korzyści autorów. Ona może im nawet zaszkodzić, jeśli ludzi zniechęci wyższa cena. Ten ostatni problem mniej odczują jedynie autorzy dysponujący ogromną grupą wiernych czytelników. Im raczej nie spadnie czytelnictwo, ale to nie znaczy, że nie spadnie im sprzedaż. Ustawa w Polsce, gdzie za przeciętną pensję i tak da się kupić mniej książek niż w podawanych za przykład europejskich krajach, może stać się iskrą, zachęcającą ludzi do częstszego wymieniania się już przeczytanymi książkami, czy umawiania się między sobą, kto coś kupił, a kto kupi coś kolejnego. Skoro mniej będzie zakupów impulsywnych, to częstsze mogą stać się podobne rozwiązania.


      Wnioski

      Nie udało mi się dostrzec żadnego powiązania między pomysłem usztywnienia ceny okładkowej na 12 miesięcy a poprawą czytelnictwa, sprzedaży, dostępności czy konkurencji.
      Poprawę mogłoby natomiast przynieść ustawowe uniemożliwienie wydawcom faworyzowania wielkich sieci - ustawowy wymóg stosowania jednolitych rabatów dla dużych sieci i dla małych księgarń oraz ograniczenie tych rabatów do racjonalnej wielkości.
      Ale takiego listu poszczególni wydawcy mogliby nie podpisać, nie dlatego, że nie byłby w ich interesie. Raczej w obawie przed retorsjami ze strony dużych sieci, od których bądźmy szczerzy, już teraz są uzależnieni.
      Być może dlatego w liście jako problem odważyli się wskazać jedynie "globalnych dystrybutorów książek" - którzy prawdopodobnie nigdy tego listu nie przeczytają i być może po prostu wymyślili okrężną drogę, której duże sieci nie potraktują jako uderzenia w swoje interesy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      sobota, 18 października 2014 23:05
  • poniedziałek, 18 sierpnia 2014
    • Co zrobić z końmi z Morskiego Oka?

      Koń przykładowy, pewnie żyje sobie gdzieś szczęśliwie, z dala od Morskiego Oka [Fot. Damomz | Dreamstime Stock Photos]Wg ostatnich informacji, górale wożący turystów do Morskiego Oka tak przesadzają z eksploatowaniem koni, że coraz więcej ludzi domaga się zamknięcia im tego "złotego" interesu.
      Jeśli sobie uświadomimy, że wszystko to dzieje się na terenie, państwowego przecież, Tatrzańskiego Parku Narodowego, głos rozsierdzonych Polaków nie tak łatwo będzie dyrekcji parku zignorować.

      Rozważmy związane z tym zagrożenia i możliwości.

      1) Wyobraźmy sobie, że udało się przeprowadzić zakaz wozów konnych na tej trasie, hurra.
      Przecież górale od razu zagrożą, że oddadzą konie do rzeźni. Skoro podejrzewamy ich o kierowanie się tylko zyskiem, to nie spodziewajmy się, że ci sami ludzie nagle będą chcieli utrzymywać konie, które już na siebie nie zarobią.
      Zatem koni całkowicie z tej trasy usunąć się nie da.

      2) Ale można nakazać zmianę wozów.
      Na dostosowane do ludzi naprawdę niesprawnych i opisane w stylu "Przewóz osób niepełnosprawnych, chorych, niedołężnych, w ciąży". Zamiast opisu mogą być odpowiednie rysunki. To już nie ten szpan, z takiego wozu będą już raczej korzystali tylko ludzie naprawdę go potrzebujący.

      3) Zwróćcie uwagę, jak wyglądają obecne wozy. Ewidentnie zostały stworzone z myślą o leniwych acz sprawnych i dających się łatwo upychać turystach. 
      A wystarczy przyjąć, że głównym uzasadnieniem istnienia tych udogodnień są potrzeby osób naprawdę, z różnych przyczyn niezdolnych dojść samodzielnie do Morskiego Oka. 

      4) A teraz pomyślcie: Jeśli tam będzie musiało być miejsce dla choć jednego wózka inwalidzkiego plus rozkładany podjazd oraz bezpieczne siedzenia i wystarczająco szerokie przejścia dla osób o kulach czy w ciąży, to od razu ilość ludzi przewożonych spadnie, bo się ich już nie da tak upchać. 

      5) Dodatkowo można powoli przechodzić z transportu konnego na elektryczny, nie dopuszczając do "interesu" nowych koni. Swoją drogą ciekawe, czy efektem nie byłoby pobicie jakiegoś niewyobrażalnego rekordu końskiej długowieczności, nabijanego przez kilka kolejnych końskich pokoleń.

      6) Przy okazji pojawiły się propozycje przestawienia turystów na rowery. Ja bym poszła nawet trochę dalej i oprócz zwykłych rowerów wprowadziła też handbike'i, czyli rowery "ręczne" dla osób z niesprawnymi nogami (bo przecież o to w dużej mierze chodzi).
      Ale trzeba mieć świadomość, że ani jedne ani drugie nie pomogą np. osobie po udarze, u której osłabiona będzie cała jedna połowa ciała. Czyli jakaś forma dowozu bardziej zorganizowanego powinna pozostać.

      7) Ale właśnie - pozostać, czy raczej... zostać stworzona?
      Skoro uzasadnieniem dla tych wozów miałoby być umożliwienie dotarcia do Morskiego Oka osobom rzeczywiście z różnych przyczyn niesprawnym, to obecne wozy przecież nadal tego nie umożliwiają. Konie docierają tylko do Włosienicy (polana znajdująca się ok. 2 kilometrów przed Morskim Okiem). Tutaj nie pomoże zmiana samych wozów.

      8) Droga za Włosienicą jest jednak wystarczająco dobra i szeroka, żeby przejechały nią rowery, handbike'i (rowery ręczne) i nieduże auta elektryczne. W tym kierunku zatem warto zmieniać całe ułatwienia, dostosowując je naprawdę do osób z problemami z poruszaniem się.

      Na koniec uwaga ogólna. Zmroziły mnie bezrefleksyjne wypowiedzi niektórych komentatorów - bez wątpienia zdrowych, sprawnych i nie znających poważniejszych problemów. 
      Droga do Morskiego Oka, to nie wspinaczka na Rysy. Ktoś ją kiedyś wyasfaltował, dzięki czemu jest jedną z niewielu możliwości zobaczenia gór z bliska także przez osoby niesprawne.
      Łatwo buńczucznie wygłaszać bzdury, jak człowiek wierzy, że nigdy go żadna choroba ani wypadek nie spotkają, a umrzeć zdoła jeszcze zanim się zestarzeje. Trudniej zadać sobie pytanie: A co zrobisz, kiedy nagle sam stracisz sprawność?

      To oczywiście nie zmienia faktu, że obecne wozy są zupełnie niedostosowane do sporej części osób naprawdę niesprawnych, więc górale i tak nie mogą się zasłaniać akurat tym argumentem.
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Co zrobić z końmi z Morskiego Oka?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 sierpnia 2014 02:11
  • niedziela, 11 maja 2014
    • Finał Eurowizji - Polska najlepsza w Irlandii, UK, Norwegii i na Ukrainie.


      Donatan & Cleo, Eurowizja 2014, Photo: Albin Olsson License: CC-BY-SA-3.0Tym razem temat analizy będzie z gatunku lekkich.
      Czy wiedzieliście, że gdyby w finale Eurowizji naprawdę decydowali mieszkańcy, wysyłając sms-y, tegoroczne wyniki byłyby inne?
      W każdym razie wyniki reprezentacji Polski, która w docenianych pierwszych trójkach wyczytywana by była o wiele częściej.
      Możecie to sprawdzić na oficjalnej stronie z wynikami wczytując się osobno w tabele dla poszczególnych krajów*.

      Na decyzjach jury Polska straciła najwięcej ze wszystkich państw - aż 9 miejsc. W efekcie zamiast 5 miejsca (jak chcieli głosujący zwykli ludzie) zajęła dopiero 14. 

      Mieszkańcy aż 4 krajów (Ukrainy, Irlandii, Wielkiej Brytanii i Norwegii) uznali polski występ za najlepszy.

      Drugie miejsce przyznali naszemu krajowi głosujący z Holandii i Islandii.

      Na trzecie miejsce Polska zasługiwała wg mieszkańców kolejnych sześciu krajów (Niemiec, Austrii, Włoch, Francji, Szwecji i Macedonii).

      Czy Austria nadal by wygrała?
      Tak. Nawet jeszcze większą przewagą głosów (miałaby aż 309 punktów). Zostałaby bardziej doceniona m.in. przez głosujących z Polski, którzy widzieli ją na 4 pozycji. Ostatecznie, po uwzględnieniu wyniku jury, Austria w Polsce spadła na niepunktowane miejsce. 

      Tak czy inaczej, zaskakujące jest dla mnie, jak niewiele w praktyce zależało od wysyłanych przez ludzi sms-ów. Nawet pierwsze miejsce przyznane w głosowaniu sms-owym nie gwarantowało choćby jednego punktu. 

      Poniżej wypisałam wyniki głosowań mieszkańców innych krajów na Polskę. W niektórych państwach decydowało tylko jury - tam nie znamy sympatii zwykłych ludzi. Pominęłam również kraje, w których Polska nie znalazła się w głosowaniu mieszkańców na punktowanym miejscu.


      Jak na Polskę głosowali mieszkańcy poszczególnych krajów?


      1 miejsce (12 punktów)
      Irlandia
      UK
      Ukraina
      Norwegia

      2 miejsce (10 punktów)
      Islandia
      Holandia

      3 miejsce (8 punktów)
      Austria
      Macedonia
      Francja
      Niemcy
      Włochy
      Szwecja

      4 miejsce (7 punktów)
      Belgia
      Litwa

      5 miejsce (6 punktów)
      Białoruś
      Grecja

      6 miejsce (5 punktów)
      Hiszpania

      7 miejsce (4 punkty)
      Szwajcaria
      Węgry

      8 miejsce (3 punkty)
      Mołdawia

      9 miejsce (2 punkty)
      Malta

      10 miejsce (1 punkt) 
      Dania
      Łotwa


      --
      *Po wybraniu państwa pojawi się tabela pokazująca wyniki głosowania w danym kraju na kolejnych kandydatów. W podziale na wybór mieszkańców, wybór członków jury oraz ostateczny wynik, który odczytano nam podczas finału. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Finał Eurowizji - Polska najlepsza w Irlandii, UK, Norwegii i na Ukrainie.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 maja 2014 03:15
  • czwartek, 24 kwietnia 2014
    • Jak pomóc niepełnosprawnym i ich rodzinom nie wydając ani grosza

      Oxygen64 | Dreamstime.comCzy państwo może jakoś pomóc niepełnosprawnym i ich rodzinom, nie wydając na to ani grosza? Może. Wystarczy zacząć myśleć. Żeby nie było wątpliwości, podam 2 punkty, w których dotychczasowy dramatyczny brak myślenia, bez sensu szkodzi. Co np. można zrobić?

      1) Nie szkodzić, kiedy ludzie sami próbują sobie pomóc

      Osoby niepełnosprawne czy rodziny chorych próbują się czasem organizować i zrobić coś konkretnego. Nie zakładają wielkich fundacji z zatrudnionymi pracownikami, tylko małe stowarzyszenia, w których każda złotówka jest wykorzystywana bezpośrednio na cele działania stowarzyszenia.
      To znaczy... byłaby wykorzystywana, gdyby państwo nie zmuszało ich najpierw do zupełnie niepotrzebnego wyrzucania pieniędzy w błoto.
      Okazuje się, że zakładając stowarzyszenie i dopiero próbując cokolwiek zdziałać, nie mając jeszcze zebranych pieniędzy, już trzeba je marnować.

      Ktoś nieprzytomny wymyślił w swoim czasie, że stowarzyszenia muszą prowadzić pełną księgowość. A to oznacza płacenie księgowej z uprawnieniami po kilkaset złotych... miesięcznie. To wymogi godne spółki giełdowej, obracającej niewyobrażalnymi dla takich malutkich stowarzyszeń kwotami.
      W praktyce jeśli wśród założycieli nie ma księgowej, to stowarzyszenie ma poważny problem. 

      Druga sprawa - choroba nie wybiera. Dlatego stowarzyszenie łączące osoby niepełnosprawne i ich rodziny nie będzie grupą przyjaciół z jednego podwórka. Będą to najczęściej ludzie z różnych miast, którzy poznali się, rozpaczliwie szukając przez Internet informacji dotyczących ich schorzenia.
      Jak najprościej byłoby im przeprowadzić walne? W formie telekonferencji, albo chociaż przesłania pisemnie swojego głosu w kwestiach podlegających głosowaniu.

      Czy to jest możliwe? Nie. Dlaczego? Ponieważ posłowie pamiętali o stowarzyszeniach tworząc obostrzenia dotyczące walnego, ale zapomnieli o nich, kiedy te zasady były łagodzone. 

      Efekt? Wielka spółka może przeprowadzić walne zgromadzenie w formie telekonferencji, czatu czy przesłania głosów, a małe stowarzyszenie nie. Ludzie muszą stawić się osobiście. W efekcie wiele stowarzyszeń szybko traci możliwości podejmowania decyzji, ponieważ członkom jest trudno spotykać się poza swoim miejscem zamieszkania. Osobom niepełnosprawnym czy ich opiekunom jest trudno tym bardziej. Jeśli uświadomimy sobie, że to zupełnie niepotrzebny wymóg, nie egzekwowany już nawet w obracających milionami spółkach, to robi się po prostu głupio, że w naszym państwie dochodzi do takich absurdów.

      To oczywiście nie koniec kłód rzucanych pod nogi ludziom, którzy chcieliby zacząć działać w stowarzyszeniu. Z niezrozumiałych względów starostowie potrafią domagać się zupełnie niepotrzebnych zmian w statucie. Tak, jakby w tym właśnie miejscu musieli wykazać się, że pracują, nawet jeśli ich uwagi nie mają żadnego sensu. 

      Co gorsze, sędziowie ostatnio zbyt często lubią działać metodą "kopiuj-wklej-nie czytaj" i z automatu domagają się wprowadzenia wszystkich poprawek starosty pod rygorem odmowy rejestracji stowarzyszenia. Osobiście znam przypadek, kiedy sędzia (jak już wreszcie po paru miesiącach zajął się sprawą) to zażądał wprowadzenia poprawek w terminie krótszym niż wpisany do statutu 14-dniowy termin na powiadomienie członków o walnym. Co znaczy, że w ogóle do statutu nie zajrzał.
      To teraz wyobraźcie sobie, że coś takiego spotyka rozsianych po całej Polsce niepełnosprawnych i ich opiekunów. Już widzicie cały absurd sytuacji?
      A przypomnijmy, że wskutek braku myślenia w sprawie walnego, ofiary takiej niekompetencji nie mogą skorzystać z możliwości porozumiewania się na odległość i zadecydować bez konieczności nagłego wyjazdu na drugi koniec Polski.

      Oczywiście tworzenie organizacji samopomocowych, to tylko jedna z sytuacji, którą można bez sensu utrudniać.

      Co jeszcze należałoby zrobić? 

      2) Skończyć z rozdmuchiwaniem biurokracji i rzucaniem ludziom kłód pod nogi

      Wyjaśnię to na prostym przykładzie.
      W Polsce nie wystarczy być niepełnosprawnym, żeby być przez państwo uznawanym za niepełnosprawnego.
      Ok, czasem niesprawności nie widać. Ale jeżeli pewnego dnia coś spowoduje, że zostaniesz ciężko sparaliżowany, na wózku inwalidzkim, to w świetle polskiego prawa nadal jesteś w pełni sprawny. O uznanie Cię za niepełnosprawnego musisz dopiero zawalczyć. Nie Ty sam, bo w tej sytuacji sobie nie poradzisz. Czyli będziesz musiał wystawić członka swojej rodziny do roli worka treningowego dla niemiłych, niekompetentnych urzędników, zachowujących się, jak w środku strajku włoskiego. 

      Zakładam, że jesteś pracującym mężczyzną, z żoną i dzieckiem. Mieszkacie z dala od reszty rodziny, więc nie możecie na co dzień liczyć na pomoc innych osób.
      Pewnego dnia zostajesz poważnie sparaliżowany. Żona próbuje jakoś godzić swoją pracę, odwiedzanie Cię w szpitalu i samotną już teraz opiekę nad dzieckiem i dbanie o dom.
      To już jest w zasadzie niemożliwe. Ale w końcu wypuszczają Cię ze szpitala. Twoja żona już nauczyła się sprytnych technik, dzięki którym przenosi Cię kilka razy dziennie z łóżka na wózek i odwrotnie. Paraliż powoduje, że nie jesteś w stanie zadbać o siebie nawet w podstawowym zakresie, ale ona dzielnie się Tobą opiekuje. Jest tym wszystkim razem zmordowana.

      Co jakiś czas musisz zostać zawieziony do lekarza. Masz szczęście, w Twoim mieście istnieje system busików miejskich dla osób niepełnosprawnych. Jeśli udałoby się Ciebie zawieźć własnym samochodem to Twoja żona ma prawo zaparkować na kopercie (bez czego nie wyjmiecie Cię z samochodu na wózek). Ale nie, chwileczkę, nie masz do tego prawa, bo przecież oficjalnie nadal jesteś... w pełni sprawny. To znaczy, że busiki miejskie nie mogą przyjąć Twojego zlecenia na przejazd (bo sprawnych nie wolno im wozić) a gdyby Twoja żona zaparkowała na kopercie i zawiozła Cię na wózku do przychodni, to wracając mogłaby zastać za szybą mandat za parkowanie w miejscu dla Was niedozwolonym. Poważnie.

      No dobrze, dowiadujecie się, co trzeba zrobić, żeby to zmienić. 

      Oczywiście w dobrze zorganizowanym państwie wystarczyłoby, żeby szpital wypisując Cię w tak ewidentnej sytuacji, przesłał Twoje dokumenty do urzędu, a urzędnicy od razu przesłaliby Ci kartę parkingową i tymczasowe potwierdzenie niepełnosprawności do celów pozarentowych, a później najwyżej to weryfikowali.

      U nas nie. Obiecałam, że nie będzie o pieniądzach, ale tu drobna dygresja, konieczna do dalszych wyjaśnień. Pracowałeś, płaciłeś składki, a w tej sytuacji pracować nie możesz, więc masz prawo do renty z ZUS-u. Sytuacja jest ewidentna, załóżmy, że ZUS się nie wygłupił i przyznał Ci należną rentę, czyli uznał Cię oficjalnie za niepełnosprawnego.

      Czy to wystarczy, żeby Twoja żona mogła stanąć z Tobą na kopercie, czy żebyś mógł zamówić busiki miejskie albo korzystać z innych form pomocy przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych?
      Nie, nie w tym kraju.
      Tutaj musisz drugi raz zgłosić się do kolejnego urzędu, który dopiero musi Cię drugi raz uznać za niepełnosprawnego, tym razem dla celów pozarentowych.

      Uwaga: przykład pokazujący, jak rozwija się w Polsce niepotrzebna biurokracja.

      Z ustawy wyraźnie wynika, że osoby posiadające ważne orzeczenia ZUS-owskie, wydawane do celów rentowych, mogą składać wnioski o ustalenie stopnia niepełnosprawności do celów pozarentowych, powołując się tylko na orzeczenie ZUS-owskie.
      A zespół ds. orzekania o niepełnosprawności musi ją orzec tylko na podstawie już istniejącego orzeczenia ZUS-owskiego. 
      [Art. 5 i 5a ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych.] 

      Nie ma zatem żadnych podstaw do przedłużania sprawy. Urzędnicy mogą jedynie przepisać z orzeczenia ZUS-owskiego, w odpowiedni sposób, już ustalone fakty.

      Nie mogą bawić się w całą nową procedurę, nie mogą domagać się, żeby pacjent odwiedził lekarza tylko w celu uzyskania kolejnego formularza, nie mogą domagać się donoszenia jakichkolwiek dodatkowych, niepotrzebnych papierków. W skrócie - nie mogą niczego przedłużać.

      Twoja żona zatem pewnego dnia zwalnia się z pracy, ustawia w długiej kolejce, próbując załatwić prostą sprawę. Jest przygotowana, ma przy sobie wniosek, kopię orzeczenia z ZUS-u, oryginał do wglądu (żeby urzędnik mógł na miejscu sprawdzić prawdziwość kopii) i Twoje upoważnienie. Kiedy wreszcie dotarła do okienka, poinformowano ją, że nic nie załatwi, bo musisz od nowa przejść całą procedurę. Na jakiej podstawie?

      Tu właśnie dochodzimy do metody na rozdmuchiwanie biurokracji, stosowanej zbyt często, w polskich urzędach.

      Ustawa nie pozostawia wątpliwości - osoby z orzeczeniem ZUS-owskim nie muszą przechodzić całej procedury drugi raz. Są z niej zwolnione.

      Żeby nie dopuścić do takiego usunięcia niepotrzebnej biurokracji urzędnicy stosują charakterystyczny trick - powołują się na przepis techniczny, mówiący jedynie o tym, w jaki sposób mają pracować. W tym przypadku akurat wczytują się z takim zapałem w szczegóły procedury, z której ich ofiary zostały zwolnione, żeby dojść do wniosku, że skoro takie procedury istnieją, to oni zawsze muszą się do nich ściśle stosować, nawet wtedy kiedy nie muszą, co przecież zostało wyraźnie w ustawie zapisane. 

      Kiedy na takie bezmyślne utrudnienia trafia umordowana żona sparaliżowanego człowieka, to to już jest znęcanie się. 

      Prawo mogłoby być lepsze. Można by całkowicie zrezygnować nawet z przepisywania orzeczeń.
      Czemu to służy? Wystarczyłoby na druku z ZUS-u dodawać wyjaśnienie. "Niniejsze orzeczenie jest równoznaczne z orzeczeniem o... i wprost zapewnia wszelkie wynikające z niego uprawnienia".
      A w ustawie wpisać jedynie (z myślą o niezbyt mądrych urzędnikach), że posiadacze tych orzeczeń mogą posługiwać się nimi wprost jako orzeczeniami o ustaleniu określonego stopnia niepełnosprawności.

      Oczywiście to nie są jedyne utrudnienia, z jakimi spotykają się, już i tak umęczeni członkowie rodzin osób niepełnosprawnych, albo ci niepełnosprawni, którzy są w stanie stawić się i dawać męczyć osobiście.
      Sytuacja autentyczna, po odstaniu przez taką osobę kilku godzin w kolejce: 

      -ale to nie jest zdjęcie od fotografa - urzędnik próbuje odrzucić prosty wniosek, będący już tylko formalnością.

      -a proszę mi wskazać, gdzie w ustawie jest nakaz, żeby zdjęcie było od fotografa - odpowiada przygotowany na takie sztuczki petent - cóż urzędnik miał pecha.

      -co by to było, jakby wszyscy sami sobie robili zdjęcia - stwierdza niepocieszony urzędnik.

      Nie wnikam, czy taki urzędnik ma procent od najbliższego fotografa, czy po prostu lubi bawić się w kontrolowanie ludzi na każdym kroku, a może naprawdę ma aż tak wąskie horyzonty, że zbyt mało mieści mu się w głowie. Taki człowiek nie powinien być urzędnikiem. A jeśli już koniecznie państwo musi mieć go na liście płac, to stanowisko związane ze stałym kontaktem z osobami niepełnosprawnymi i ich rodzinami, powinno być ostatnim, na którym będziemy go jako społeczeństwo utrzymywać.

      Przykłady absurdalnych urzędniczych zachowań można mnożyć. Zdarza się, że np. osoba na wózku nie może dostać się do niedostosowanego urzędu, a urzędnik odmawia wyjścia do niej, upierając się, że nie wolno mu wynieść żadnego dokumentu poza budynek. Pomijam już fakt, że do urzędu należą zwykle nie tylko same mury, taka odpowiedź jest zwyczajnie niepoważna i przypomina strajk włoski, a nie uczciwą pracę urzędnika. 
      Kolejnym problemem jest zupełnie niepotrzebne męczenie ludzi, którym już przyznawana jest pomoc. Nie było np. żadnego racjonalnego powodu odebrania pomocy niepełnosprawnemu studentowi, który mieszcząc się w przyznanej kwocie, zamiast urządzenia X, wymagającego pomocy osoby trzeciej, kupił urządzenie Y, którego mógł używać samodzielnie.

      Dlatego proponuję politykom drobiazg, który państwa nic nie kosztuje, a skutki mają swoją wartość.

      Proponuję usunięcie sztucznie rozdmuchanej biurokracji. Nie wiecie, gdzie jej szukać? Zgłoście się do mnie. Pomogę Wam ją odnaleźć.
      A potem wymianę złych urzędników na myślących i empatycznych. Na końcu wystarczy po prostu naprawdę wymagać od urzędników, żeby byli pomocni a nie szkodliwi. Oni szybko się zorientują, jaki typ zachowań się opłaca, a jaki wręcz przeciwnie.

      Zrobicie coś sensownego, czym będziecie się mogli pochwalić, będziecie mogli pokazać, że w kraju są sensowni urzędnicy, a ludzie wychodząc z urzędu czują się psychicznie wzmocnieni, a nie wymięci.

      Co zrobić z zaoszczędzonymi pieniędzmi? 

      Bo przecież usuwając niepotrzebne procedury, niepotrzebną biurokrację, uzyskuje się oszczędności. A te można przeznaczyć na realną pomoc niepełnosprawnym.

      Nagle okaże się, że zamiast urzędników zajmujących się głównie uzasadnianiem swojego istnienia i odbieraniem godności ludziom w szczególnie trudnej sytuacji, będzie można zatrudnić kompetentnych pracowników, którzy tym ludziom udzielą potrzebnego wsparcia.
      Choćby asystentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych, którzy zapewnią potrzebującym rodzinom realną pomoc.

      A papier zaoszczędzony na niepotrzebnych procedurach będzie można przeznaczyć na plakaty czy ulotki z najważniejszymi informacjami, dzięki którym jeszcze w szpitalu osoba, która nagle stała się niepełnosprawna i jej rodzina, uzyskają podstawowe informacje, jaką pomoc mogą uzyskać i gdzie. W momencie, kiedy czują się najbardziej bezradni.

      Warto pamiętać też o oszczędnościach w dalszej perspektywie

      Już tylko dlatego, że urzędnicy nie będą dręczyć niepełnosprawnych i ich opiekunów, nie przyczynią się do przejścia kolejnych osób niepełnosprawnych na droższą, całodobową, opiekę państwa.  

      Dlatego to ważne, żeby nie pozwalać urzędnikom na stresowanie ludzi.
      Ważne jest też udzielanie wsparcia (zarówno za zaoszczędzone pieniądze, jak też po prostu dzięki kompetencji i empatii urzędników, pomagających przejść przez formalności, a nie utrudniających tę drogę).

      Przy okazji - zastanawialiście się kiedyś, jakie są w praktyce koszty leczenia skutków stresu, generowanego przez samo państwo, na swoją własną zgubę? Skutki głupiego prawa, rozdmuchanej biurokracji, bezmyślnych urzędników, którzy nie podpowiedzą człowiekowi prostego rozwiązania, tylko poczekają aż się potknie, albo forsują dodatkowe, bezprawne, wymogi? Społeczne koszty (czyli choćby przeliczane łatwo na pieniądze koszty leczenia chorób kardiologicznych) w całym kraju są ogromne i co najważniejsze, zupełnie niepotrzebne. Wystarczyłoby na początku trochę pomyśleć.

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 kwietnia 2014 15:56
  • środa, 26 marca 2014
    • Kto bogatemu zabroni?

      Proszę, nie mów mojej matce, że jestem politykiem. Ona myśli, że gram na pianinie w lokalnym burdelu - humor z pubuMusimy zacisnąć pasa - ogłaszają społeczeństwu politycy, robiąc smutne miny i spodziewając się zrozumienia przy cięciu kolejnych, potrzebnych, wydatków.

      Ale zaraz potem okazuje się, że stać nas na bezmyślne wyrzucanie publicznych pieniędzy, w niebywałej ilości, często dramatycznie przepłacając. Do tego na rzeczy niepotrzebne, źle wykonane, czy wątpliwe prawnie.

      Dopadł mnie od tego tak silny dysonans poznawczy, że postanowiłam pomóc politykom odszukać przynajmniej część pogubionych pieniędzy. Ograniczając się do większych kwot i spraw najbardziej rzucających się w oczy. Zacznę łagodnie. 


      1) Milion złotych z publicznych pieniędzy m.in. za udostępnienie publiczności obrazu z domeny publicznej.
      Kwota 1 mln zł, jaką otrzyma fundacja od Wawelu, nie wynika jedynie z udostępnienia przez fundację obrazu, ale także z praw do wykorzystania przez Wawel wizerunku obrazu, wykorzystania znaku słownego „Dama z gronostajem”, wykorzystania znaku słownego „Fundacja XX. Czartoryskich”, wykorzystania znaku słownego „Muzeum XX. Czartoryskich”.
      [Maciej Babczyński - rzecznik prasowy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
      Cytuję za fundacją "Nowoczesna Polska", domagającą się od MKiDN dostępu do informacji publicznych w tej sprawie] 
      Zaskakujące są tu 2 informacje:
      - że ktokolwiek się domaga, a państwo polskie jest skłonne płacić, za wykorzystanie wizerunku obrazu oraz znaku słownego "Dama z gronostajem", kiedy przecież jej autor zmarł w 1512 roku, czyli dawno przed powstaniem prawa autorskiego - obraz ten zatem od początku wszedł do domeny publicznej;
      - że wystawiając obraz, podmiot publiczny będzie promował Fundację i Muzeum xx. Czartoryskich (rozumiem, że Fundacja sobie tego zażyczyła, miała prawo postawić taki warunek) ale żeby móc zrealizować ten warunek, jeszcze zapłaci Fundacji za wykorzystanie jej znaków słownych.

      2) 49 milionów złotych na portal dla bezdomnych, biednych i pracowników pomocy społecznej oraz tablety (ale nie, nie dla biednych i bezdomnych, tylko dla ministra i urzędników). Bezdomni i biedni są akurat wyjątkowo często wykluczeni cyfrowo, więc ich szanse na realne skorzystanie z portalu są nikłe. A jeśli komuś by się udało, to od razu wzbudziłby podejrzenia, czy rzeczywiście jest wystarczająco biedny. Wątpliwości wzbudza zatem nie tylko niewyobrażalnie wysoka cena projektu, ale w ogóle sens istnienia portalu i co za tym idzie, umożliwiania urzędnikom jednostronnej cyfrowej komunikacji z cyfrowo wykluczonymi.  
      Odkąd portal stał się skandalem, ilość wejść wreszcie znacząco wzrosła. Ku zupełnie niezrozumiałej radości urzędników, którzy najwyraźniej nie potrafią odróżnić oburzonych od wykluczonych.
      [Na podstawie Kto zarobił na Emp@tii? "DGP" bierze pod lupę portal dla bezdomnych] 

      3) przynajmniej 124 miliony złotych na reklamy i ogłoszenia w wybranych mediach. Nie chcę w tym miejscu rozważać podejrzeń o kupowanie sobie przez konkretne rządy przychylności gazet za publiczne pieniądze. Mam natomiast wątpliwości co do konieczności korzystania z zewnętrznych nośników i przede wszystkim co do zasadności kupowania reklam. Rzeczywiście szczególnie dziwi 
      budżet reklamowy ministerstwa zdrowia, który w 2008 roku na reklamę i ogłoszenia w mediach wydał niespełna 45 tysięcy złotych. W roku 2012 ta kwota wzrosła do ponad 7,8 miliona (!) złotych.
      [Marcin Wikło, wpolityce.pl]

      4) 21 miliardów złotych (nie milionów, miliardów) na olimpiadę w Krakowie. Większość tej kwoty ma pokryć budżet państwa, resztę samorządy. Nawet jeśli (miejmy nadzieję) do olimpiady nie dojdzie, pieniądze na jej konto już są wydawane lekką ręką. Przy tak olbrzymim budżecie liczono być może, że nikt nie zwróci uwagi na takie "drobiazgi" jak 78 tysięcy za logo igrzysk. To o wiele za dużo, szczególnie przy zastosowaniu trybu konkursowego. Ale konkurs, mimo sporego wyboru, unieważniono.  Za pieniądze z budżetu olimpiady członkowie komitetu już bawili w Soczi. 
      Sam pomysł olimpiady jest absurdalny. Na razie działania komitetu już stały się pośmiewiskiem - żeby zareklamować olimpiadę, trzeba było zrobić fotomontaż i dokleić miastu widok na góry, które przecież w rzeczywistości są o wiele dalej i z innej strony. Smogu najwyraźniej nie udało się usunąć. Przynajmniej ze zdjęcia. W tej kwestii są za to wątpliwości dotyczące dokumentacji.
      Nieważne jednak, że nie mamy warunków. Ważne, że nie mamy pieniędzy. Bogatsi już się wycofali (Monachium i Sztokholm) uznając igrzyska za zbyt drogie. Przy okazji, osoby podpisane pod listem otwartym przeciw olimpiadzie w Krakowie, powołują się również na zatrważające dane, potwierdzające ryzyko nawet kilkukrotnego przekroczenia zakładanego budżetu. Mogłoby do tego dojść, jeżeli przy zaawansowanych pracach, obiecane inwestycje okazałyby się bardziej skomplikowane, na etapie, na którym nie dałoby się już z igrzysk wycofać. Tymczasem już dużo mniej skomplikowana inwestycja, jaką była modernizacja stadionu Wisły, kosztowała około 16-krotnie więcej niż pierwotnie zakładano.
      [Tomasz Leśniak, Kraków Przeciw Igrzyskom]. 

      5) Kolejne miliardy złotych tracone bez sensu na strony internetowe ministerstw i inne serwisy administracji publicznej. Od lat na ten problem zwraca uwagę prawnik i działacz obywatelski Piotr Waglowski, relacjonując szczegółowo kolejne wydobyte na ten temat dane. A nie muszę chyba wyjaśniać, że przy okazji widać jak w soczewce problemy z poszanowaniem prawa obywateli do informacji publicznej, co utrudnia zdobywanie pełnej informacji, choć autor w podlinkowanym tekście próbuje dokonać chociaż ostrożnych szacunków. Nawet te przerażają. Okazało się np. że istnieją przynajmniej 3893 serwisy internetowe administracji publicznej. A przypomnijmy, że wyłącznie Biuletyn Informacji Publicznej ma umocowanie ustawowe. Pozostałe w zasadzie... nie powinny istnieć.
      Dodajmy, że kiedy politycy organizują choćby rekonstrukcję rządu, każdorazowo nie wiadomo, co stanie się z informacjami publicznymi zgromadzonymi na stronach nagle nieaktualnych już ministerstw. Jakoś trudno politykom przyjąć do wiadomości, że nie ma potrzeby, żeby każde ministerstwo miało swoją osobną stronę.
      Jakby tego było mało, nasi decydenci odczuwają jeszcze nieodpartą potrzebę, żeby te swoje niepotrzebne strony internetowe... pozycjonować. Co oczywiście oznacza kolejne, dziwnym trafem również niemałe, koszty.


      Ostatnio Premier sugerował, że konieczne będzie "przesunięcie" w inne miejsce pieniędzy przeznaczonych na drogi. 
      Miło mi Pana poinformować, że to nie będzie konieczne. W odróżnieniu od budowy dróg, mamy jak widać wystarczająco dużo wydatków rzeczywiście zbędnych.

      A to tylko wierzchołek góry lodowej. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kto bogatemu zabroni?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 26 marca 2014 15:16
  • czwartek, 22 sierpnia 2013
    • Humanitarni mięsożercy

      Krowy hodowane w humanitarnych warunkach, bez łańcuchów, w rodzinnym stadzie, Irlandia Północna. Fot. Marta WieszczyckaPo tym, jak przez Polskę przetoczyła się dyskusja o uboju rytualnym, co przytomniejsi z nas zaczęli sobie zadawać pytanie „no dobrze, a jak traktowane są zwierzęta, trafiające na mój talerz”?

      Obecnie już nie da się „nie wiedzieć”. Zanim nasze mięso trafiło do sklepu, najpierw było żywym zwierzęciem, które ktoś musiał zabić.* A wcześniej mogło być bardzo różnie traktowane.

      Oczywiście z obecnej sytuacji od razu skorzystali najróżniejsi "łapacze" odsłon i komentarzy, napuszczając na siebie mięsożerców i wegetarian. Tak jest najłatwiej, ale i najbardziej bez sensu. Chyba że mowa o sensie finansowym dla samego "łapacza".
      Ja chcę zadać inne pytanie:

      Czy mięsożerca może być humanitarny?

      Właściwie czemu nie? Na pewno istnieje coś pomiędzy korzystaniem z okrutnej hodowli przemysłowej a całkowitą rezygnacją z mięsa. Zwierzęta mogą być przecież w różny sposób hodowane i w różny sposób zabijane.

      Cała ta dyskusja kazała mi też zweryfikować dotychczasowe poglądy. Wcześniej uważałam, że np. myśliwi to może nie aż zwyrodnialcy, ale ludzie co najmniej dziwni. Nie mogli sobie wynaleźć mniej okrutnego sportu? Gdzie uganialiby się za jakąś, nie wiem, piłeczką, która nie byłaby żywa i zabawa nie polegałaby na jej zabiciu?

      Ale jakby tak porównać tego myśliwego z miłą gospodynią domową, która nie skrzywdziłaby nawet muchy... Ta sympatyczna pani idzie do sklepu i z zadowoleniem stwierdza „kupiłam świeżą cielęcinkę w korzystnej cenie” albo „o jakie tanie udka, będą na obiad”.

      Żeby ta miła pani mogła sobie kupić tanie udka, czy cielęcinę w korzystnej cenie, istnieje cały przemysł hodowlany. Przemysł, który sprawia, że wiele z zabitych także dla niej zwierząt nigdy nie widziało światła dziennego, spędziło całe życie w ciasnych klatkach. Żeby było więcej i taniej, te zwierzęta także dla niej cierpiały, a potem zostały zabite w sposób najwygodniejszy dla rzeźni, ale czy na pewno humanitarny?

      Tu dochodzimy do paradoksu - tej łagodnej pani, podobnie jak i nam, ciężko wytrzymać porównanie z krwiożerczym myśliwym. Żeby on mógł zwierzę upolować, ono musi najpierw żyć na wolności – w przestrzeni, w słońcu, w stadzie, czyli ze swoją rodziną. Myśliwi często te leśne zwierzęta np. zimą dokarmiają. Dla ich potrzeb te zwierzęta musiały żyć w dobrych warunkach, a nie w obozie koncentracyjnym. Druga sprawa – myśliwy nie poluje na zwierzęce dzieci. Bażant tak, ale nie w okresie lęgowym, a już tym bardziej nie pisklaki. Podobnie sarny, jelenie, dziki– tak, ale nie małe sarenki, jelonki czy warchlaczki. Nie odbiorą też maleństwom mamy.

      Tymczasem cały przemysł mleczarski opiera się na odbieraniu malutkim cielaczkom mamy i na wykorzystywaniu miłości macierzyńskiej u krów. Nikt nawet się nie zastanawia, czy nie dałoby się tego jakoś ominąć. Po co? Krowy to dla nas rzeczy, a mleko przecież bierze się ze sklepu.

      Ale czy naprawdę jedynym rozwiązaniem jest przejść już nawet nie na wegetarianizm (niejedzenie mięsa) ale wręcz na weganizm (niejedzenie ani mięsa ani produktów zabranych zwierzętom, jak mleko czy jajka)?
      A jeżeli jesteś nieuleczalnym mięsożercą, to czy z automatu musisz godzić się na całe to bagno hodowli przemysłowej? Moim zdaniem nie. No dobrze, to:

      Jak mięsożerca może być humanitarny? 

      Zacznijmy od jajek. Dzięki obowiązującemu systemowi oznaczeń już teraz możemy nie kupować jajek pochodzących z hodowli przemysłowej. Nie musimy się martwić, czy przypadkiem naszego jajka nie zniosła kura trzymana całe życie w ciasnej klatce, z obciętymi pazurami i dziobem, szprycowana antybiotykami i sterydami, żeby jakoś to przetrwała.

      Nie. Kupując jajka możemy wspierać humanitarną hodowlę kur, głosując portfelem przeciw hodowli przemysłowej. Mamy wybór. Wystarczy tylko znać prosty kod, wyjaśniający, co oznacza pierwsza cyfra na jajku:

      0 - jajka od kur z hodowli ekologicznej,
      1 - jajka od kur z wolnego wybiegu,
      2 - jajka od kur z chowu ściółkowego (to już lepsze niż klatki, ale kury trzymane są w zamkniętych halach i też często w ciasnocie - to nieco lepsza wersja hodowli przemysłowej),
      3 - jajka z chowu klatkowego (najgorszego i najbardziej niehumanitarnego).

      Wielu ludzi korzysta z tej wiedzy i mimo, że jajka zdobyte w niehumanitarny sposób są tańsze, coraz chętniej kupujemy jajka zdobyte w sposób, którego nie musimy się wstydzić. 
      Część osób wybierze niższą cenę, starając się nie myśleć o tym, że dla ich niższej ceny, kury były w niewyobrażalny sposób męczone.
      Ale coraz więcej osób woli jeść jajka nawet nieco rzadziej, ale w zgodzie ze sobą. Motywację zwiększa też świadomość, że takie jajka są zwyczajnie lepsze i zdrowsze.

      Zatem da się.
      A skoro jajka możemy wybierać z dobrego chowu, to dlaczego nie mielibyśmy mieć takiego samego wyboru przy mięsie?

      Nie godziliśmy się na ubój rytualny, powiedzmy też jasno, że nie godzimy się na męczenie zwierząt. Że chcemy mieć wybór. Że chcemy wiedzieć w jakich warunkach były hodowane zwierzęta trafiające na nasz talerz i czy na pewno były w odpowiednio humanitarny sposób zabijane.

      Dziennikarze zamiast napuszczać na siebie wegetarian i mięsożerców, mogliby wzorem Jana Gitlina (jednego z najlepszych reporterów jakich Polska kiedykolwiek miała) wybrać się do ubojni i zobaczyć, jak to naprawdę wygląda. Gitlin w "Rio de la Plata" opisał swoją wizytę w jednej z najlepszych wówczas argentyńskich ubojni i przetwórni mięsa. Argentyna była wówczas światową potęgą w hodowli bydła i przetwórstwie mięsnym. Co zobaczył nasz reporter? Przed ubojem zwierzęta były tam ogłuszane. Tylko że... pod wpływem bólu się z tego ogłuszenia wybudzały i w efekcie i tak umierały w męczarniach. Pytanie - a jak to naprawdę wygląda teraz w Polsce?
      Przecież to się da sprawdzić.

      Możemy wpłynąć na władze, żądając zapewnienia nam równie jasnego wyboru, jak przy jajkach. Właściwie... dlaczego jeszcze go nie mamy? Podobno jesteśmy cywilizowanym krajem. Możemy zadbać o to, żeby nie dręczono dla nas kur niosek. Czemu nie możemy zadbać, żeby nie męczono dla nas kurczaków hodowanych na mięso? A już tym bardziej świń, które są ponoć równie inteligentne i wrażliwe na ból jak psy.

      Humanitarna hodowla może oczywiście zwiększyć cenę naszego mięsa. Ale na razie w ogóle nie wiemy, gdzie zwierzęta są hodowane i zabijane w przyzwoitych warunkach, a gdzie nie. Być może już, przynajmniej częściowo, kupujemy dobre mięso.

      Ale nawet jeśli się okaże, że wszystkie dotychczasowe źródła mięsa są dla nas nie do zaakceptowania i chcąc kupować mięso z dobrej hodowli, musielibyśmy kupować je drożej, to powinniśmy mieć prawo wyboru.

      To powinna być nasza decyzja, czy rzeczywiście wolimy płacić mniej, biorąc na swoje sumienie cierpienia zwierząt (męczonych, żebyśmy mogli kupić ich więcej i taniej).

      Może jednak wolimy płacić nieco więcej - w domyśle jeść mięso trochę rzadziej, ale lepsze, zdrowsze, smaczniejsze i przede wszystkim hodowane w warunkach, za które nie musimy się wstydzić.

      To prawda, że skoro chcemy jeść mięso, to to zwierzę musi zostać jakoś zabite. Musi też być jakoś wyhodowane. Ale nie musi być męczone, żebyśmy mogli kupić jego mięso jak najtaniej.
      Możemy nie chcieć jeść takiego mięsa i mamy do tego prawo. Nie musimy stać przed wyborem albo wegetarianizm albo hodowla przemysłowa.  

      Chętnie poznałabym też inne pomysły na humanitaryzm mięsożerców.

      ----------------------

      *Bardzo ciekawie pisze o tym Paweł Droździak w tekście "Czy Jezus jadł mięso z rytualnego uboju. O złudzeniach, które pozwalają żyć" 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Humanitarni mięsożercy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 sierpnia 2013 01:40
  • niedziela, 28 kwietnia 2013
    • W obronie Litwinów


      Flaga LitwyCo jakiś czas w naszych mediach wraca problem litewski. Ot choćby dziś. Z niezrozumiałych dla nas powodów Litwini upierają się, żeby polskie nazwiska, mieszkających na Litwie Polaków, pisane były po litewsku, nie zgadzają się na podwójne nazwy ulic*, nawet w miejscach zamieszkałych w większości przez Polaków. 

      Zadajemy sobie pytanie - dlaczego? Przecież my ich tak nie traktujemy. Wystarczy pojechać choćby do gminy Puńsk. Jeśli gdzieś w Polsce Litwini stanowią większość, to stosowane jest podwójne nazewnictwo. Polscy Litwini nie mają problemów z edukacją w ojczystym języku, a ich wyjątkowość jest u nas traktowana raczej jako atrakcja turystyczna, na pewno nie jako zagrożenie. Dlatego zachowania Litwinów są dla nas niezrozumiałe.

      Nie potrafimy zrozumieć, czemu oni nie traktują nas równorzędnie, tak jak my ich.

      Wytłumaczę Wam dlaczego i proszę przeczytajcie to do końca.
      Ich sytuacja jest nieporównywalna z naszą, dlatego oni nie mogą sobie pozwolić na to, co dla nas jest tylko równorzędnością. Po jednej stronie jest silny, bezpieczny język dużego narodu, a po drugiej cudem odratowany język narodu o wiele, liczebnie, mniejszego. Litewskim (już po całej akcji odtwarzającej) posługuje się 4 miliony ludzi, a polskim 40 milionów. A nie przepraszam, 44 miliony, zgubił mi się "ogonek" wielkości wszystkich użytkowników litewskiego. 

      Nasz język nigdy nie był naprawdę zagrożony. Polski nigdy nie przestał istnieć. Nigdy nie było takiego ryzyka. Możemy promować język litewski na wszystkie możliwe sposoby i nic złego się nie stanie. Polski na tym nie straci.
      Tymczasem Litwini nagle "obudzili się" prawie bez języka. Pozbierali resztki, odtworzyli co się dało, wyrzucili wszelkie polonizmy i rusycyzmy (co nie było proste) po czym stanęli przed koniecznością włożenia tego języka w naród. Naród, któremu naprawdę było prościej, wygodniej i opłacalniej, korzystać z rosyjskiego czy polskiego. Nawet dziś na Litwie łatwo znaleźć Litwinów (nie Polaków i nie staruszków) potrafiących porozumieć się po polsku. Bo to się nadal w niektórych sytuacjach opłaca. Znalezienie w Polsce Polaka mówiącego po litewsku to wyzwanie. Po co ktoś miałby się uczyć litewskiego?
      Dlatego władze litewskie zastosowały jedyną na świecie skuteczną metodę przywrócenia języka - totalny zamordyzm językowy. A polsko-litewski konflikt językowy jest tylko efektem ubocznym tego zamordyzmu. Myślicie, że mogli działać inaczej? Nie mogli i zaraz Wam to udowodnię. 

      Nie dowiedziałam się tego ani w szkole ani na zajęciach ze stosunków polsko-litewskich na studiach. Wiecie, gdzie to zrozumiałam? Dopiero 2000 km dalej, w Irlandii.

      Wiedzieliście, że Irlandczycy mają własny język? Nie wersję angielskiego, tylko prawdziwy, piękny, bardzo skomplikowany, celtycki język. Jest obowiązkowo nauczany w ich szkołach i wymagany na niektórych egzaminach.

      Ale Irlandczycy nie używają go w życiu. Ostatni jednojęzyczni użytkownicy już wymarli. Zdarzają się jeszcze malutkie dzieci, do których rodzice mówią specjalnie cały czas po irlandzku, ale one też nie mają żadnych szans. Wystarczy, że pójdą do szkoły i natychmiast władzę nad nimi przejmuje powszechny wszędzie wokół angielski.

      Władze wprowadzają kolejne programy ratowania języka, ale to nic nie daje. Irlandzkie dzieci na pytanie o najbardziej nielubiany przedmiot w szkole wskazują... swój język ojczysty. Bo go nie potrzebują. Przecież w życiu prawie nikt go już nie używa. Mało tego, jest od angielskiego trudniejszy. W efekcie Polacy mówiący po irlandzku robią to zwykle znacznie lepiej od rodowitych Irlandczyków, bo niektóre dźwięki istniejące i w polskim i w irlandzkim, w angielskim się nie pojawiają.

      Tymczasem język to ważny wyznacznik narodowości. Poznając irlandzki zobaczyłam, że to okno na zupełnie inny świat. W języku są odpowiedzi na temat charakterystycznego dla Irlandczyków sposobu myślenia i widzenia świata. Na pytanie, czy ten fragment irlandzkiej kultury da się odratować, jest tylko jedna odpowiedź - już nie.
      Bo jedyną skuteczną metodą byłoby pójście drogą litewską - totalny zamordyzm językowy. Kiedy cała nauka musiałaby się odbywać w języku narodowym, wszelkie kontakty z urzędami, policjantami itd. Telewizja, radio, reklamy mówiłyby tylko językiem narodowym, bez możliwości wyboru. Podobnie nazwy miast i ulic. Bez możliwości skorzystania w razie wątpliwości z wersji angielskiej. 

      Inaczej się nie da. Obowiązkowa nauka w szkołach, specjalne programy prowadzone w języku narodowym, wspieranie twórców śpiewających po irlandzku, a nawet zmuszenie Unii Europejskiej do uznania języka irlandzkiego za jeden z języków unijnych, kiedy praktycznie nikt z tych tłumaczeń nie korzysta, nie pomaga, bo nie może pomóc.


      W tak tragicznej sytuacji język można odzyskać wyłącznie sposobem litewskim. Innej drogi nie ma. Dlatego Irlandczycy mogą tylko patrzeć, jak ich piękny język umiera i zbierać w skansenie jego ślady.

      A Litwini swój język odratowali.

      Uważacie, że istnieje równie skuteczna, a mniej drastyczna metoda na uratowanie umierającego języka? Przekażcie ją władzom Irlandii. Szukają jej rozpaczliwie od lat.  

      ------------------------------
      Konfliktem zakończyła się nawet próba nadania jednej z ulic w Wilnie nazwiska prezydenta Kaczyńskiego. Sama się śmiałam, że jeszcze zrobią z niego Kaczynskasa, ale w zasadzie to przecież nawet my stosujemy polski zapis i polskie końcówki dla ronda Jerzego Waszyngtona, czy ulicy Szekspira. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W obronie Litwinów”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 kwietnia 2013 21:38
  • poniedziałek, 15 kwietnia 2013
    • Skąd się wzięły się te wszystkie Brajany, Dżastiny i Żakliny?

      ? Igor Sokalski | Dreamstime.comSkąd się wzięły te wszystkie dziwne przeróbki zagranicznych imion?

      Skąd dzieci noszące takie imiona jak Brajan (zamiast Brian) Sajmon (zamiast Simon) Żaklina (zamiast Jaqueline) czy Dżastin (zamiast Justin)?

      Myślicie, że to skutek swobody decyzji rodziców? Nic bardziej mylnego. Raczej odbierania im tej swobody i to na wyjątkowo wątpliwych podstawach.

      Rodzice chcą nazwać syna Brian, urzędnik odmawia, upierając się, że jedyną dopuszczalną w Polsce formą jest Brajan, chcą nazwać go Justin - słyszą, że po polsku to by musiało być Dżastin. Simon powinien zostać Sajmonem, a dziewczynka nie może nosić francuskiego imienia Jaqueline*, może najwyżej Żaklina itd. Oczywiście większość rodziców w takiej sytuacji odpuszcza i wybiera dziecku inne imię, ale niektórzy godzą się na dowolną, narzuconą przez urzędnika, wersję tego wymarzonego.

      Przejdźmy do wątpliwości prawnych, dotyczących ograniczania rodziców w ten sposób. Ponieważ ustawodawca nie wprowadził nigdzie zakazu nadawania imion obcojęzycznych, trochę mi zajęło dotarcie do przyczyn całego zamieszania.

      A to akurat efekt uboczny nakazu... starannego sporządzania aktów stanu cywilnego (sic!). Zabawna sytuacja. Zasady nadawania imion znajdują się na odpowiednim miejscu we właściwej ustawie. Tymczasem urzędnicy, razem z Radą Języka Polskiego wierzą w istnienie dodatkowego, ponadustawowego zakazu. Wywodzą go z rozporządzenia wykonawczego, odnoszącego się do kwestii technicznych. Poważnie. Zacytujmy ten przepis: 

      Zgodnie z art. 2 ustęp 2 rozporządzenia MSWiA w sprawie szczegółowych zasad sporządzania aktów stanu cywilnego, sposobu prowadzenia ksiąg stanu cywilnego, ich kontroli, przechowywania i zabezpieczenia... Akt stanu cywilnego powinien być sporządzony starannie i czytelnie; pisownia poszczególnych wyrazów nie może budzić wątpliwości i powinna być zgodna z obowiązującą normą ortograficzną, z wyjątkiem pisowni nazwisk, która może uwzględniać również pisownię tradycyjną, używaną przez osobę noszącą określone nazwisko.

      Czyżby ograniczono konstytucyjne prawa rodziców... rozporządzeniem, choć można je ograniczyć tylko ustawą? Nawet nie. Czyżby bez delegacji ustawowej, rozporządzeniem, zmieniono ustawę? Też nie.

      To cały czas jest tylko zwykły przepis techniczny, na podstawie którego urzędnik ma obowiązek działać starannie, trzymając się zasad ortografii. Jeżeli w akcie ma się znaleźć jakiś Krzysztof, to urzędnik ma się pilnować, żeby nie napisać z błędem - Kszysztof. Jakuba nie może zapisać błędnie jako Jakóba, a Przemysława jako Pszemysława. 

      Do tego nie ma tu żadnego znaczenia, w jakim kontekście wspomniany Przemysław ma się w akcie pojawić. Może być małżonkiem na akcie ślubu, albo ojcem rejestrującym dziecko. Może też być samym rejestrowanym dzieckiem, którego tata słabo zna ortografię, a żona chce "żeby miał na imię Pszemek".

      Urzędnik ma tylko uniknąć błędu ortograficznego w zapisywaniu imienia. Tylko tyle. Nie może na tej podstawie o nim decydować. Ani w przypadku dziecka, ani kandydata na małżonka. Bo z punktu widzenia tego przepisu przecież nie ma żadnego znaczenia, czyje imię jest do aktu wpisywane. To nie jest przepis o zasadach nadawania imion, a jedynie o prawidłowym wypełnianiu dokumentów.

      Dlatego nie wolno nam go nadinterpretować. Bo przecież jeśli uznamy, że na tej podstawie naprawdę każde imię w akcie stanu cywilnego musi być koniecznie zgodne z polską, aktualną, normą ortograficzną, to będziemy musieli przyjąć, że każdy posiadacz zagranicznego imienia np. biorący w Polsce ślub, czy wpisywany w akcie urodzenia swojego dziecka, powinien tam widnieć pod nieswoim imieniem. Catherine powinna zostać Katarzyną, Keira Kirą, Simon Sajmonem, Brian Brajanem, a Johann Janem.
      Dodajmy do tego niejednolitość decyzji urzędniczych (to samo imię w jednym urzędzie jest uznawane bez problemu, w innym nie). Czytając te przepisy dosłownie, nawet gdyby jeden urzędnik zarejestrował dziecko pod wzbudzającym wątpliwości imieniem, to drugi, po latach, np. w akcie ślubu, powinien od nowa decydować o prawidłowości imienia panny młodej. Kolejny, w akcie narodzin jej dziecka, nadal powinien oceniać imię matki itd. Bo jeżeli imię jest niezgodne z zasadami ortografii, to nie może się znaleźć w żadnym akcie stanu cywilnego, w żadnym kontekście.

      Takie są skutki prób wywodzenia ograniczeń ogólnych (dotyczących tego, jakiego imienia w ogóle nie wolno nadać dziecku) z przepisów... technicznych, dotyczących tylko prowadzenia aktów stanu cywilnego.

      Najwyższy czas, żeby zarówno Rada Języka Polskiego, wydająca na podstawie tej kuriozalnej nadinterpretacji zalecenia i opinie dla urzędników  (1), (2), jak też sami urzędnicy, uświadomili sobie wreszcie, że to nie jest przepis ograniczający cechy nowych imion, bo zwyczajnie nie może nim być.

      Jedyne ograniczenia dotyczące tego, jakie imiona nie mogą być dzieciom nadawane, zawiera art. 50 ustęp 1 ustawy o aktach stanu cywilnego. Oto jego treść:
      Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia o wyborze dla dziecka więcej niż dwóch imion, imienia ośmieszającego, nieprzyzwoitego, w formie zdrobniałej oraz imienia niepozwalającego odróżnić płci dziecka.

      Czy to znaczy, że można nazwać dziecko Kszysztof albo Gżegorz? Nie, ponieważ błędy - prawdziwe błędy ortograficzne - byłyby dla dziecka ośmieszające, co jest podstawowym ustawowym ograniczeniem w tej sprawie. Brian, Simon, czy Jason ośmieszające nie są.

      A czy widzicie tam zakaz nadawania imion obcojęzycznych? Nie, bo go tam nie ma.
      Tymczasem z samego nakazu starannego wykonywania urzędniczej pracy może wynikać najwyżej tyle, że jak ojciec chce syna nazwać John, to urzędnik ma się nie pomylić i nie wpisać błędnie Jonh. 

      -------------------------- 
      Przy imieniu Jaqueline może pojawić się dodatkowo wątpliwość, czy to imię pozwala odróżnić płeć dziecka. Aczkolwiek uwzględniając fakt, że to znane, francuskie imię żeńskie, kojarzone m.in. dzięki Jaqueline Kennedy, raczej ciężko byłoby twierdzić, że rzeczywiście nie pozwala odróżnić płci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Skąd się wzięły się te wszystkie Brajany, Dżastiny i Żakliny?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 kwietnia 2013 23:02

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa