Książki

  • piątek, 09 czerwca 2017
    • Masa śmiechu od braci Czechów

      Ostatnia Arystokratka, Evzen Bocek"Ostatnia arystokratka" - książka, na której płakałam ze śmiechu. Nie bez powodu została uznana w Czechach za najśmieszniejszą książkę roku.

      Właśnie zwrócono majątki czeskim arystokratom. W ten sposób rodowy zamek odzyskał pewien zapomniany daleko w Stanach hrabia ze swoją amerykańską żoną i opisującą całą historię córką - Marią.

      Perypetie hrabiowskiej rodziny Kostków z Kostki, od próby przemytu prochów przodków w torebkach po orzeszkach, przez próby utrzymania się w nowym kraju dzięki zostaniu atrakcją dla turystów do... a zresztą sami poczytajcie.

      O "Ostatniej Arystokratce" dowiedziałam się przypadkiem. W kolejce jakiś człowiek cały czas trząsł się ze śmiechu, właśnie to dziełko czytając. Dla mnie to była najlepsza rekomendacja książki do pośmiania się i ja się nie zawiodłam.  Jest świetna. 

      Arystokratka w ukropie, Evžen Boček"Arystokratkę w ukropie" normalnie też uznałabym pewnie za prześmieszną, gdyby nie to, że jako druga część podlegała naturalnym porównaniom i wypadła jednak na niekorzyść. Ale że pierwszy tom kończy się w zasadzie w połowie historii, to i tak warto ją przeczytać. Szczególnie, że przyznając uczciwie, ona też zapewniła mi mnóstwo śmiechu. Historie z życia zgryźliwego kasztelana, sabotującego wszelkie próby przyciągnięcia turystów do zamku, despotycznej menedżerki, kucharki nie wylewającej za kołnierz, ogrodnika hipochondryka, zwariowanej córki rodzinnego adwokata, dwóch tradycyjnie hodowanych na Kostce wielkich, niewychowywalnych psów i oczywiście uczącej się nieporadnie arystokratycznego życia hrabiowskiej rodziny, nadal potrafiły rozbawić do łez. W zamku wciąż najnowocześniejszą częścią jest pohitlerowski apartament Himmlera, jeszcze z kafelkami w swastyki, a naszych bohaterów czeka zwielokrotniona na potrzeby turystów kolacja wigilijna i wyjazd na spęd arystokracji, gdzie mocno ich zaskoczy książę Schwanzenberg, jedyna w książce postać autentyczna. Maria stara się w środku tego szaleństwa nie zwariować, co nie jest takie łatwe, szczególnie że zgodnie z rodową klątwą w zasadzie powinna już nie żyć.

      Dziennik Kasztelana, Evžen Boček"Dziennik kasztelana"
      A potem nagle okazało się, że Arystokratki napisał facet. Pierwszy szok, bo przecież obie to dzienniki nastolatki. Facet, który pracował jako kasztelan na zamku w Miloticach. Drugi szok, bo przecież w Arystokratkach najbardziej nieprzydatną osobą w całym zamku jest leniwy, odstraszający turystów kasztelan właśnie.

      Na marginesie, świetne zdjęcie zamku w Miloticach, w odróżnieniu od folderowych fotografii idealnie wpasowujące się w klimat Arystokratek, z tymi wszystkimi tablicami dla turystów przy wejściu, możecie obejrzeć TUTAJ.

      Co ciekawe, "Dziennik kasztelana" został na początku wydany... pod pseudonimem. Prawdopodobnie chodziło o opisy korupcji i małomiasteczkowych układów, które momentami się tam pojawiały, bo chyba nie o wydarzenia sprawiające, że ta książka to w zasadzie powieść grozy. Trzeci szok, ponieważ wszystko to, co w Arystokratkach stanowiło jedynie naciągany lep na turystów, wszelkie te wymyślone historie o duchach i nawiązania do zjawisk paranormalnych, w "Dzienniku Kasztelana" dzieją się naprawdę. 
      Zabawne, ale prawdziwe okazały się nawet teksty piosenek o chorobach, tworzone przez ogrodnika hipochondryka. Pisał je sam autor, dla pewnego zespołu rockowego.

      Aristokratka na koni, Evžen Boček"Te piosenki istnieją naprawdę! Jakieś dwadzieścia pięć lat temu mieliśmy taką quazi-rockową kapelę i śpiewaliśmy te piosenki na koncertach. "Piasek w nerkach" był w swoim czasie hitem w okolicy" - stwierdził sam Evžen Boček w wywiadzie dla portalu Lubimy czytać. Do tego wywiadu warto zajrzeć jeszcze z jednego powodu. W środku zamieszczono obszerny fragment "Ostatniej arystokratki". Kończy się wprawdzie przed najśmieszniejszym kawałkiem, ale i tak sprawdzicie sobie od razu, czy w ogóle pasuje Wam ten typ absurdalnego humoru.

      Na koniec dobra wiadomość dla osób, którym spodoba się seria o Arystokratkach. Autor obiecał trzecią część i słowa dotrzymał. W Czechach została wydana "Aristokratka na koni". W tej sytuacji możemy już tylko czekać, aż wydawnictwo Stara Szkoła przygotuje polskie tłumaczenie. Przy okazji zwróćcie uwagę na całkiem inny, znacznie bardziej stonowany styl okładek czeskiego wydania. Przyznam, że do mnie chyba jednak bardziej przemawia pomysł Czechów. Z drugiej strony, może naprawdę mamy aż tak inny rynek, że prosta okładka z wzorem starej, zabrudzonej tapety by się u nas zwyczajnie nie przebiła?

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 09 czerwca 2017 11:26
  • wtorek, 22 kwietnia 2014
    • Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek

      W czasie wojny pod niemiecką okupację (oczywiście w wersji light) trafia jedna niewielka angielska wyspa - Guernsey. Na tej wyspie przypadkowi ludzie, którzy akurat złamali narzucone przez Niemców zasady, próbując uniknąć konsekwencji, zakładają rodzaj literackiego klubu dyskusyjnego. Szybko okazuje się, że dobra literatura może wciągnąć nie tylko intelektualistów.

      Kiedy tamtego wieczoru przyszli wybrać książki, niektórzy dopiero wtedy zetknęli się z innym rodzajem lektury niż Biblia, katalogi nasion i poradniki hodowców świń. Dawsey odkrył swojego Charlesa Lamba, Isola wybrała Wichrowe wzgórza, a ja Klub Pickwicka, licząc na to, że poprawi mi humor; tak też się stało.

      Książka jest pisana w formie listów pomiędzy członkami stowarzyszenia, ich zołzowatą, próbującą zaszkodzić sąsiadką, zainteresowaną tematem popularną pisarką, jej wydawcą, jego siostrą i od czasu do czasu też przystojnym, cwanym amerykańskim wydawcą konkurencyjnym. Cóż, od razu widać, kto jest dobry, a kto zły.

      Z początku irytowała mnie też nieco naiwność w wyobrażeniach Anglików o wojnie i  ich „niebywałym bohaterstwie” ludzi, którzy nigdy nie mieli okazji zobaczyć, do czego Niemcy są zdolni.
      Czy wiesz, że mieszkańcy mełli siemię lniane na mąkę, dopóki jeszcze było?
      Ach straszne, mogli sobie z niego robić np. przepyszne muffinki, już mi ich żal. 

      Potem doszły jeszcze zachwyty nad frenologią w wersji dla naiwnych (jedna z bohaterek pod wpływem kolejnej książki dała sobie wmówić, że po kształcie czaszki potrafi oceniać cechy charakteru). 

      W efekcie trudno mi było nazwać tę książkę ambitną i miałam nawet początkowo wątpliwości, jak w tym kontekście odebrać stwierdzenie:
      Jak się poczyta dobre książki, to te kiepskie potem zupełnie nie cieszą.

      Ale myślę, że nie doceniłam autorek. Być może tylko tak mogły się przebić przez nieświadomość tych angielskich czytelników, którzy nigdy nie przeczytaliby niczego ambitniejszego. Łagodnie i pogodnie z początku,  żeby ich nie wystraszyć, w końcu jednak odrobinę otworzyły ich umysły. Na tyle, na ile to możliwe. 

      W efekcie wyszła książka wciągająca, wzruszająca i w jakiś sposób wartościowa. 
      A czy jest sens, żeby czytali ją Polacy? Tak, mimo wad w paru kwestiach poszerza horyzonty, zwalcza stereotypy i poprawia nastrój. Warto ją przeczytać choćby dla uroku, ciepła i fragmentów takich, jak te:

      Była to pierwsza rzecz Lamba, po jaką sięgnęłam. Ze wstydem przyznaję, że kupiłam ją, dowiedziawszy się, iż Leigh Hunta, siedzącego w więzieniu za obrazę księcia Walii, odwiedził jego przyjaciel nazwiskiem Lamb. Najpierw  pomógł Huntowi namalować na suficie celi błękitne niebo z chmurkami, a potem na ścianie kratę z różami. Dowiedziałam się też, że Lamb wspomógł finansowo jego rodzinę – choć sam był niezamożny. Nauczył także najmłodszą córkę Hunta odmawiać Ojcze Nasz wspak. Naturalnie, że chciałam zdobyć więcej informacji o kimś takim.

      One tymczasem przyszły mnie ostrzec. (…) Elizabeth wiedziała, że moja matka była Żydówką (…) i obmyśliła pewien plan. Ponieważ i tak wszyscy mieszkańcy wyspy mieli dostać nowe dokumenty, to może zgłosiłbym się po nie jako lord Tobias Penn-Piers we własnej osobie. (…)Trzeba bym wyglądał jak lord i odpowiednio się zachowywał. Byłem przerażony.-Nonsens – stwierdziła Elizabeth. - Masz doskonałą prezencję, jesteś wysoki, ciemnowłosy, przystojny, a wszyscy lokaje doskonale umieją patrzeć na ludzi z góry. I namalowała mnie jako szesnastowiecznego Penn-Piersa. Pozowałem w aksamitnym płaszczu i w kryzie, siedząc na tle ciemnego gobelinu i mrocznego cienia i trzymając sztylet w dłoni. Wyglądałem bardzo nobliwie, posępnie i groźnie. Było to genialne posunięcie. Niecałe dwa tygodnie później do biblioteki wtargnęło bez pukania sześciu niemieckich oficerów. Przyjąłem ich, sącząc chateaux Margaux rocznik 1893 pod portretem „przodka” wiszącym nad kominkiem. Ukłonili się i zachowywali bardzo grzecznie.

      "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" 
      Mary Ann Shaffe i Annie Barrow
      Tłum. Joanna Puchalska (nie czytałam wersji oryginalnej, ale polskie tłumaczenie wygląda na bardzo dobre). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 kwietnia 2014 03:01
  • środa, 15 stycznia 2014
    • „Zima” Andrzej Stasiuk

      Andrzej Stasiuk, Zima, obraz - Kamil TargoszMalutki zbiór, a w nim opowieści o polskiej prowincji.   
      Czasem z nutką ciepła, np. kiedy Grzesiek mówi czule do ledwie jadącej syrenki:

      Ale na złom nie pójdziesz. Kogoś ci znajdę. Może emeryta. Będzie o ciebie dbał i razem się zestarzejecie. 
      [z opowiadania "Grzesiek"]

      Czasem opisujące rzeczywistość bez owijania w bawełnę - jak rozmowa Edka z żoną, przy telewizorze, na temat obowiązkowych szczepień dla zwierząt. Nie, nie zacytuję jej, bo popsułabym efekt. Mistrzowskie zestawienie dające do myślenia. 

      A zupełnie przy okazji ten fragment pokazuje, że ludzie nie zawsze zrobią to, co nakaże im władza. Oni tylko unikną kary/zapłaty. W sposób, który decydenci powinni umieć przewidzieć, żeby wiedzieć, jaki skutek naprawdę przyniesie ich nakaz czy zakaz.

      W opowieściach przewijają się też gdzieś niby przy okazji rozważania filozoficzne:

      ...od dawna wątpię w zmartwychwstanie ciał, ponieważ nagość i samowystarczalność przeminęły razem z rajskim upadkiem i teraz nic nie jesteśmy warci bez rzeczy, które nas otaczają, bo oddaliśmy im część naszych nieśmiertelnych dusz i musielibyśmy wszystko zabrać ze sobą, żeby stanąć przed obliczem w jakiej takiej całości.
      [z opowiadania tytułowego] 

      A ilustracje stworzył Kamil Targosz  - ciekawe, trochę jakby Bruegel na swoich obrazach nie domalował zwyczajowego tłumu ludzi, wybierając zamiast nich mocny akcent na pierwszym planie. 

      Ponoć jeśli komuś spodoba się "Zima", to spodobają mu się też "Opowieści galicyjskie", choć większość ludzi czyta je w odwrotnej kolejności. Cóż, będę musiała się przekonać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 15 stycznia 2014 01:45
  • środa, 09 stycznia 2013
    • Izrael już nie frunie

      Izrael już nie frunie, Paweł SmoleńskiCo ciekawego znajdziemy u Smoleńskiego?

      Syndrom jerozolimski

      Zdarza się, że Człowiek zdrowy na umyśle, racjonalnie opisujący rzeczywistość przekracza jerozolimskie, białe mury i naraz wydaje mu się, że jest postacią z Biblii. (...) 
      Aż nagle, ni z tego, ni z owego, wychodzą na jerozolimskie ulice, ubrani w białe szaty zrobione z hotelowych prześcieradeł. 

      Jeden z chorych dotkniętych Syndromem (...) chciał poruszyć kamienie w Ścianie Płaczu i przesunąć mur we właściwe - jego zdaniem - miejsce. Był pewien, że jest biblijnym siłaczem Samsonem. 

      Jest też niezwykła historia Israela Segala - prymusa słynnej jesziwy Ponowicz, któremu coś nie daje spokoju po tym, jak pewnego dnia uwielbiany nauczyciel, uczący swoich studentów myślenia, obśmiewa człowieka, który gdzieś w Europie napisał książkę o tym, że ludzie pochodzą od małp. Nazywa się Freud.

      Dlatego choć chasydzi nigdy tego nie robią, Israel idzie do biblioteki w świeckiej dzielnicy. Tam dowiaduje się, że "O pochodzeniu gatunków" napisał Karol Darwin i czyta pierwszą świecką książkę w jego życiu. 

      W końcu zaczyna zadawać sobie kolejne pytania:

      Jaki Bóg ma interes w tym, by w szabat nie zapalać światła? Może przed tysiącami lat była to praca (...). Ale dziś to tylko naciśnięcie przycisku. (...) jaki Bóg ma interes w tym, bym na początku wiązał but na prawej nodze? (...) Bóg to abstrakt, świętość, doskonałość, a nie niewolnictwo dnia codziennego.

      Ale  czy ortodoksyjny Żyd może odejść? Straciłby całe dotychczasowe życie. Różnica jest taka, jakby człowiek w jeden dzień przeskoczył ze średniowiecza do naszych czasów. Nie znając życia, nie rozumiejąc niearchaicznego języka. Chcecie wiedzieć, co wybrał i jak potoczyły się jego losy? Odpowiedzi są w książce i w My Brother's Keeper. 

      A że w ogóle uwielbiam książki w książkach, filmy w książkach i odwrotnie, to zainteresował mnie też opisany przez Smoleńskiego Ari Folman i jego filmy, a szczególnie "Made in Israel": Żydzi gonią Żydów, którzy eskortują Niemca (hitlerowskiego zbrodniarza). I wnet pojawiają się problemy. Najmniejszy z nich, to ten, że Syryjczycy wydali Schultza tuż przed szabatem, więc nie można go zawieźć wprost do jerozolimskiego więzienia.

      Ari jest dzieckiem ocalonych z Holocaustu, przyjechał do Izraela z Polski. Dlatego też ciężko mu zamknąć usta, kiedy mówi o wykorzystywaniu pamięci Holocaustu do niesłusznych celów.

      [...] w imię pamięci Holocaustu dokonuje się w Izraelu wielkiej manipulacji. Pomyśl co dzieje się w duszach tysięcy nastoletnich Izraelczyków przyjeżdżających do Polski tylko po to, by odwiedzić Oświęcim, Treblinkę, Majdanek i warszawskie getto. (...) 
      Tylko że w kilka miesięcy po opuszczeniu Polski wszyscy ci młodzi ludzie dostają powołanie do wojska. Stają naprzeciw Arabów, walczą z nimi jak nawiedzeni, a w głowach kołacze im się to, na co przysięgali chwilę wcześniej: drugiego Holocaustu nie będzie! 
      Z tym wiążą się też przemówienia polityków.
      Arabowie to naziści, chcą mordować Żydów jak kiedyś hitlerowcy. To właśnie jest manipulacja. 

      Z książki Smoleńskiego dowiadujemy się też, jak niesamowicie ambiwalentny stosunek mają Żydzi do Holocaustu. Z jednej strony to ich podstawowe spoiwo, ale z drugiej też coś, czego się wstydzą. Bo Holocaust to biedni, bezbronni Żydzi, tak sprzeczni z marzeniem o silnych, niezwyciężonych Izraelczykach. Dlatego też wielu ludzi nie przyznaje się, że pochodzą z diaspory, a na pytanie skąd pochodzą odpowiadają że np. z Tel Awiwu.

      Ari dla odmiany nie ukrywa, że pochodzi z Polski. Skutki bywają różne, niektóre całkiem zabawne.

      W pamięć zapadł mi też np. tekst o Fatimie - Palestynce, która w biednej Al-Azariji założyła stowarzyszenie "Sziruk", będące taką jutrzenką dla palestyńskich kobiet. Pewnego dnia Fatima i jej koleżanki pojechały na spotkanie z matkami żołnierzy, z izraelskimi kobietami.     

      -Boję się Was (...) opowiada o strachu pojawiającym się natychmiast, gdy widzi izraelskie punkty kontrolne (...) Żołnierze są o wiele młodsi od Fatimy. A mają władzę, jak sam Bóg; mogą zabrać życie lub je darować (...) opowiada o nocnych rewizjach (...) Boi się wtedy - wyjaśnia - jeszcze bardziej, bo ściany własnego pokoju i rozkotłowane łóżko, jeszcze ciepłe od snu, powinny być dla niej azylem, tymczasem na kilka godzin stają się więzieniem, salą przesłuchań i psychicznych tortur.

      Spotkanie miało nieoczekiwany przebieg...

      Smoleński w ogóle w tej książce przeprowadził masę ciekawych rozmów z ludźmi o różnych poglądach, statusie, historii i narodowości. Można się z niej wiele dowiedzieć - np. czemu judaizm i syjonizm są jak ogień i woda. Albo tego, że Palestyńczycy równie wiele cierpią z powodu decyzji izraelskich, co niby własnych władz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 09 stycznia 2013 01:29
  • piątek, 21 grudnia 2012
    • "Georgialiki" Pakosińskiej

      Georgialiki, Katarzyna PakosińskaKsiążki nie ocenia się po okładce, ale rzadko zdarza się tak piękny i przemyślany projekt. Cała oprawa graficzna robi wrażenie, a już w zachwyt wprowadza masa zdjęć i reprodukcji. 

      W zasadzie można Georgialiki nazwać pięknie wydanym albumem w twardej oprawie, tylko z dużą ilością tekstu.

      A co znajdziemy w środku? Bogactwo różności.

      Wszystko zaczyna się od romantyczno-dramatycznej opowieści o młodzieńczej miłości - skąd wzięła się fascynacja autorki Gruzją. Pakosińska potem latami zbierała wszystko, co związane z jej ukochanym krajem dało się w Polsce znaleźć. Dlatego kiedy trafiła tam znowu, wiedziała naprawdę sporo. 

      W książce jest też mnóstwo odniesień do kultury, historii, mitów, baśni, opowieści. Poznajemy gruzińskie zwyczaje, tradycje, przepisy kulinarne, sposób myślenia. Zaczynamy rozróżniać regiony, dowiadujemy się mnóstwa ciekawych rzeczy. Czegoś takiego nie da się napisać bez głębokiego zanurzenia w temacie. 

      Nagromadzenie wartościowych informacji, porządnej wiedzy, robi wrażenie. Wszystko to jednocześnie jest podane lekko i przeplatane anegdotami.

      Opowieść przyprawiono jeszcze szczyptą metafizyki, tym bardziej niewytłumaczalnej, że to przecież wspomnienia:

      Wyjrzałam przez okno. I nagle poczułam, że znam to miejsce. Wiem, gdzie jestem! O matko, chyba mam jakieś omamy z gorąca.
      -To może zatrzymamy się na chwilę? - usłyszałam swój głos.  - Za kilka zakrętów będzie świetne miejsce na postój. Jest tam niewielka polana, pośrodku drzewo, a pod nim studzienka. Obok jest piękna brama, która prowadzi do zacienionej alejki... i jest tam stara świątynia...
      Boże, co ja wygaduję - pomyślałam. Wezmą mnie za wariatkę! Zanim jednak zdążyłam wszystko obrócić w żart, ikarus wykonał manewr i stanął. A przed naszymi oczami roztoczył się widok - dokładnie taki jak opisałam.

      Czy czegoś mi w książce brakuje? Nurtuje mnie pytanie, czemu Mamuka przestał pisać do Polski, on mógł po wojnie zmienić adres, ale list do niej przecież by trafił. Tak to już jest, jak się człowiek zwierzy, a czytelnicy się wzruszą i potem mają pytania ;) Druga uwaga - chętnie się dowiem, jak w oryginale brzmiało zdanie między stroną 21 a 23, które najwyraźniej poszarpane przeszło przez obrazek.

      Tak czy inaczej mnie Georgialiki zachwyciły - stąd podejrzewam, że zachwycą też kolejnych ludzi otwartych na inne kultury, że o miłośnikach samej Gruzji nie wspomnę.

      Autorka nie tylko ma gruzińską urodę, ma też bez wątpienia gruzińskie serce i czuje ten kraj, jak mało kto. Może reinkarnacja naprawdę istnieje? W końcu, jak inaczej wytłumaczyć, że ktoś jedzie do obcego kraju, czuje się w nim, jakby wrócił do domu i jeszcze rozpoznaje nieznane sobie miejsca. Magiczna, wciągająca opowieść z dużą dawką ciekawej, całkiem realnej, wiedzy - polecam.

      UZUPEŁNIENIE:
      Po jakimś czasie pojawiły się poważne zastrzeżenia do "Georgialików" - dotyczące łamania praw autorskich.
      Szkoda. W wielu przypadkach autorce wystarczyłoby skorzystanie z prawa cytatu, do którego wymagane jest tylko uczciwe podanie autora i źródła. To aż tak wiele? W innych można by się zastanowić, czy książka rzeczywiście musi mieć informacje, których autorka nie posiada, albo nie umie napisać sama.
      Moim zdaniem to, co by zostało przy uczciwym podejściu, wymagałoby może więcej pracy, może byłoby krótsze, ale cały czas byłoby warte przeczytania. A teraz? 
      Nie rozumiem, jak można było taką fajną książkę zepsuć w tak głupi sposób. 
      Więcej informacji TUTAJ i TUTAJ 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2012 17:41
  • niedziela, 25 listopada 2012
    • "Fatalne jaja" Michaił Bułhakow

      Fatalne jaja, BułhakowRząd podejmie najdrastyczniejsze kroki, by nie dopuścić do powtórzenia się tragedii smoleńskiej - te słowa napisał Michaił Bułhakow w... 1924 roku.

      Można powiedzieć, że Fatalne jaja to satyra na radziecką biurokrację i zdehumanizowanie.
      Na szczęście w całej republice zmarło nie więcej niż tysiąc osób.

      Ale tak naprawdę książka jest ponadczasowa i obśmiewa przede wszystkim ludzką głupotę. Jakby ktoś chciał ją przerobić na wersję kapitalistyczną, to by się nawet zbytnio nie napracował. Rokk musiałby mieć powiązania ze strategicznym sponsorem instytutu, no i przepadłaby częściowo historia żony popa oraz żarty z Łubianki, ale większość treści wymagałaby najwyżej kosmetycznych poprawek.

      Poza głupotą, Bułhakow obśmiewa także chęć zysku, władzy, sławy. Obrywa się również goniącym za newsami dziennikarzom, a nawet twórcom, robiącym wokół siebie zamieszanie za wszelką cenę

      Teatr imienia nieodżałowanej pamięci Wsiewołoda Meyerholda, który jak wiadomo zginął podczas prób nowej inscenizacji Puszkinowskiego Borysa Godunowa, kiedy to urwały się trapezy z gołymi bojarami...             

      Ale przejdźmy do akcji. Oderwany od rzeczywistości profesor biologii...

      Dajcie mi, jak jej tam, Łubiankę. Merci. Kogo tam od Was powinienem zawiadomić? Przyłażą tu do mnie podejrzane indywidua w kaloszach, tak...

      Zatem oderwany od rzeczywistości profesor biologii przypadkiem odkrywa nietypowy promień, co doprowadza do całego ciągu zaskakujących wydarzeń.

      W polskim wydaniu do Fatalnych jaj dodano jeszcze dwa mistrzowskie opowiadania:

      "Szkarłatna wyspa" - satyra na zadowolonych z siebie kolonialistów, tak popularnych na przełomie wieków, inspirowana Vernem oraz "Przygody Cziczikowa" czyli co by było, gdyby bohaterowie martwych dusz Gogola trafili do radzieckiej Rosji.

      Swoją drogą aż trudno uwierzyć, że genialny Bułhakow, twórca słynnego "Mistrza i Małgorzaty" swojej wielkiej sławy nie dożył.

      Książka tyleż zapomniana, co ciekawa, a ja uwielbiam czytać takie perełki w świecie, w którym żeby książka dostała się do mediów, musiałaby być na nowo wydana.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 listopada 2012 18:12
  • czwartek, 25 października 2012
    • "Obfite piersi, pełne biodra" czyli nowy noblista Mo Yan

      Mo Yan, Obfite piersi, pełne biodraKsiążka od razu wciąga intensywną akcją i mnóstwem ciekawych odniesień do chińskich realiów. 

      Na początek przenosimy się do świata, w którym kobiety są tak nieważne, że kiedy rodzi kobieta i oślica, wszyscy zajmują się oślicą. Kobiecie tylko powtarzają, żeby urodziła wreszcie chłopca. Imiona wszystkich jej córek znaczą "Nadchodzący młodszy brat, Przywoływany młodszy brat, Wzywany młodszy brat, Wytęskniony młodszy brat, Spodziewany młodszy brat, Upragniony młodszy brat i Wybłagany młodszy brat.

      To dopiero daje do myślenia, jak nieprawdopodobnie zafiksowani na płci potrafią być Chińczycy. Jak sobie teraz wyobrazimy, że to w tym kraju wprowadzono politykę jednego dziecka...

      Całość zaczyna się jak u Hitchcoka, ponieważ poród odbywa się w czasie szturmu "japońskich diabłów", co paradoksalnie okaże się jedyną nadzieją.

      Poznajemy historię jednej rodziny, składającej się głównie z kobiet. Dzięki temu to, co działo się w XX wieku w Chinach widzimy z bardzo bliskiej, ludzkiej, perspektywy, przyprawionej jeszcze odrobiną magicznego sosu.

      Jedna rzecz mnie zaskoczyła. Jak na pisarza oskarżanego o służalczość wobec komunistycznego reżimu, Mo Yan umieścił w książce zadziwiająco wnikliwe obserwacje socjologiczne i to w formie zapadających w pamięć scen będących żywą krytyką komunizmu. Mo Yan przejmująco piętnuje i propagandową manipulację i możliwości, jakie komunizm zapewnia proletariackim chuliganom, czy zwykłym bandytom w kontakcie z bezbronnymi, wobec chorego systemu, ludźmi.

      Owszem, autor nie jest dysydentem, nie krytykuje konkretnych osób i na pewno nie tworzy reportaży o prawach człowieka. Ale to jest dobra literatura, do tego zaangażowana społecznie. 
      Z drugiej strony, uwzględniając fakt, że Mo Yan to pseudonim, oznaczający po prostu "nie mów", co ma przypominać autorowi, żeby za dużo nie napisać, trudno się nie zastanawiać, jakie przemilczenia go dręczą. 

      Jednocześnie, kiedy chiński pisarz, doceniany przez władze, z jednej strony twierdzi, że cenzury nie ma, a z drugiej każdą książkę podpisuje przypomnieniem o jej istnieniu, daje to, raczej świadomy, efekt komiczny.

      Większość Polaków o "Obfitych piersiach, pełnych biodrach" usłyszała dopiero teraz, kiedy Mo Yan otrzymał Nobla z literatury. Szybko okazało się, że w naszym kraju wydano tylko 2 jego powieści. Druga, to "Kraina wódki".

      Obie tłumaczyła (bezpośrednio z chińskiego!) Katarzyna Kulpa. 
      Okazuje się, że to ważna informacja, ponieważ to cenny wyjątek. Niestety coraz powszechniejszą praktyką wydawców jest zamawianie tłumaczeń z angielskiego. A nietrudno sobie wyobrazić, jak wiele niuansów przepada podczas takiego "głuchego telefonu". Dodatkowo wśród wielu tłumaczy łatwiej znaleźć kogoś, kto wprawdzie zgodzi się wykonać tę pracę za zbyt małe pieniądze, ale poświęcając jej tylko tyle uwagi, za ile zapłacono.

      Tutaj całego tego problemu uniknięto. Tłumaczenie jest świetne, czyta się wyjątkowo lekko, a dla lepszego zrozumienia sytuacji, w niektórych miejscach tłumaczka dodała też przydatne, krótkie objaśnienia. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Obfite piersi, pełne biodra" czyli nowy noblista Mo Yan”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 października 2012 17:54
  • poniedziałek, 08 października 2012
    • O Syberii całkiem inaczej

      Powtórka z Syberii, Anna ŁabieniecOstatnio wpadła mi w ręce arcyciekawa książka Powtórka z Syberii Anny Łabieniec. 

      Do tej pory myśląc o Polakach na Syberii wyobrażałam sobie tylko zesłańców. Tymczasem od ponad 100 lat, na głębokiej Syberii, istnieje polska wioska - Wierszyna. Założyli ją ludzie, którzy po prostu wyemigrowali na Syberię, a nie jak inni, do Ameryki.

      Zresztą bądźmy szczerzy, Polacy trafili tam częściowo przez pomyłkę, chociaż wysłali najpierw parę osób na zwiady ;)
      Oto co mówi Luda, jedna z ciekawszych postaci w książce:
      Przyjechali latem, gdy wszystko tonęło w zieleni. Zobaczyli wielkie połacie ziemi, którą wystarczyło przygotować pod uprawę. Po bezkresnych łąkach chodziło wolno bydło. Miejsce to wydało im się rajem na ziemi. Wrócili więc i zachęcili wszystkich do przyjazdu. Nie wiedzieli tylko, że bydło należy do mieszkających tu Buriatów, że lato trwa dwa miesiące, a potem jest już dużo gorzej. […] 

      Na szczęście z Buriatami jakoś się dogadali: Początki były bardzo ciężkie. Wokół była tylko tajga. Przetrwali dzięki Buriatom, którzy pomogli.

      Tam to wybrała się polska dziennikarka z Kanady, wioząc pomoc od polonijnych organizacji. Książka jest zapisem jej podróży.

      Ale mieliśmy szczęście - trafiło na osobę ciekawą świata, dostrzegającą tak wiele, jak tylko da się dostrzec. W efekcie książka pełna jest świetnych obserwacji, dotyczących:
      -nie tylko samej Wierszyny,
      -ale też Rosjan,
      -Polaków,
      -polonii (fajne są porównania Syberii z Kanadą),
      -zachowań kościołów kiedy nie mają w danym państwie pozycji dominującej, w odróżnieniu od sytuacji, kiedy ją mają.

      Mieliśmy tym większe szczęście, że ta dziennikarka potrafiła z ludźmi rozmawiać. Jak się okazuje, dziennikarze, również trafiający aż tak daleko, też nie zawsze potrafią wykonywać swoją pracę.

      -Wyobraź sobie taką sytuację – denerwuje się Luda – siedzę wieczorem w domu i karmię dziecko piersią. Wpada jakiś człowiek, włącza kamerę i mówi mi, żebym mu szybko opowiedziała w skrócie dzieje Wierszyny. Tylko żebym się zmieściła w piętnastu minutach, bo on się bardzo śpieszy. Był bardzo zdziwiony i oburzony, że odmówiłam.

      Dodatkową zaletą są "książki w książce". Szczególnie przy tekstach podróżniczych wspaniale się czyta odniesienia do innych książek. Tutaj są aż dwie. Pierwsza to Lalka Prusa (tak, wiem, że to atrakcja bardziej dla polonusów, tęsknym okiem spoglądających w kierunku lektur szkolnych, ale Wokulski został tam naprawdę zgrabnie wprowadzony). Druga to Przez Syberię na gapę Romualda Koperskiego. Tutaj robi się ciekawie, szczególnie, że w Powtórce pojawia się sam Koperski, dostarczając nam dodatkowych atrakcji. 
      Zachęcająco brzmią też fragmenty jego książki: Powszechnie wiadomo, że wspólną cechą większości podróżników, alpinistów, grotołazów oraz innych osób w zaawansowanym stadium idiotyzmu jest fakt nie posiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby im realizację planów.
      Oj, tak, Koperskiego też koniecznie muszę przeczytać :) 

      Ale wróćmy do Wierszyny. Jak tam jest?

      Mijamy śliczne jak w skansenie domki. Wszystkie z bali drewnianych, ozdobione bogato, pomalowane na jaskrawy błękit. Równiutkie niebieskie płotki, wszystko maleńkie i słodkie, jak z obrazków w rosyjskiej baśni.

      Można też trafić na trzęsienie ziemi:
      Wstrząsom tektonicznym przeważnie towarzyszą burze – tłumaczy wśród łoskotu Luda. U nas mówią, że to błyskawice otwierają ziemię... Burza przewala się tuż nad nami. […] Od uderzenia pioruna pali się przeraźliwie jaskrawym ogniem słup sieci elektrycznej, oddalony zaledwie metr od ściany domu! Patrzymy jak skamieniałe na monstrualny zimny ogień, przypominający ten z choinki w Boże Narodzenie. Co robić? Zdaję sobie sprawę, że dom jest drewniany i zajmie się w okamgnieniu...

      Ale kim tak w ogóle jest Luda? Ludmiła Wiżentas – śliczna, mądra dziewczyna, którą wysłano do Polski na studia, żeby Wierszyna miała nauczyciela polskiego. Kończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim.:

      Gdy przyjechałam, znałam tylko dwa nazwiska sławnych Polaków: Kopernika i Curie-Skłodowskiej. Takie nazwiska jak Mickiewicz czy Kochanowski nic mi nie mówiły... I przyjechałam studiować literaturę polską! O polskich filmach nic nie wiedziałam. Byłam na etapie rozwoju przedszkolaka, tyle że na studiach. Było mi strasznie wstyd.”

      Nadgoniła braki, zdobyła ogromną wiedzę i... wróciła do Wierszyny. 

      Wita się z nami i sadza przy stole. Na talerzach rosół z pierożkami. Na ścianie skóra psa polarnego i śliczne ludowe hafty. W bielonym, wielkim piecu buzuje ogień.

      Ten bielony piec w klimatycznej chacie z bali będzie mi się śnił po nocy (można go obejrzeć na zdjęciu).

      Jedyne czego brakuje w książce to przepisów na smakowite czeremchowe ciasto i pierogi, które tak zachwycają Polaków z ojczyzny. W Internecie można trafić tylko na rozpaczliwe próby kupienia w Polsce mąki z czeremchy.

      Tak czy inaczej warto przeczytać Powtórkę z Syberii - dla ciekawych obserwacji, dla klimatu, dla uważnych opisów miejsc i pasjonujących ludzi. Autorka przy wszystkich swoich wadach, jest tak inteligentną, ciepłą i dowcipną osobą, że czyta się ją z przyjemnością. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 października 2012 02:02
  • środa, 30 listopada 2011
    • Godzina próby

      Wojciech Tochman, Bóg zapłaćJesteśmy tylko ludźmi, chętnie wyłączamy myślenie. Dlatego tak łatwo tłumaczymy sobie „ja bym się przecież tak nie zachował, a oni reprezentują to, czego tak nie lubię, więc właśnie widać, do czego są zdolni, macie przykład”. I w poczuciu wyższości nawet nie próbujemy się zastanawiać „A co bym naprawdę zrobił, jakby mnie taka sytuacja… zaskoczyła?” I kiedy przychodzi godzina próby popełniamy kardynalne błędy. Tylko wtedy jest już za późno. I już nie możemy powiedzieć „To jacyś inni”. A teraz możecie nałożyć klapki na oczy i nazwać tę książkę reportażami „o polskiej religijności”, myśląc że Was to nie dotyczy. Albo przeczytać ją świadomie.

      Zatem co robimy w godzinie próby? Jeśli nas zaskoczy, to często nie potrafimy zareagować właściwie. Robimy to, co miałoby sens w sytuacjach nieważnych i nagle stawiamy rzeczy nieistotne ponad ludzkim życiem. Gdyby ktoś nas o to zapytał rok wcześniej, na spokojnie, zaprezentowalibyśmy mu całkiem inny scenariusz naszych zachowań. Jednak kiedy zdecydować musimy nagle, to jest ryzyko, że zamiast pomóc, będziemy trzymać się kurczowo utartych szlaków, myśląc że tak jest lepiej. A potem ciężko nam będzie żyć ze świadomością, że być może ktoś umarł tylko dlatego, bo nie pomogliśmy.

      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 30 listopada 2011 01:23
  • piątek, 18 listopada 2011
    • Czytając o Australii zobaczysz znacznie więcej

      Terra nullius - podróż przez ziemię niczyją, Sven LindqvistEuropejscy zdobywcy „odkrywając” nowe lądy najczęściej przyjmowali, że to ziemia niczyja (terra nullius). Przecież nie należała do żadnego z europejskich krajów, a mieszkających tam „dzikusów” łatwo było sie pozbyć. Na marginesie, w świetle dzisiejszej wiedzy zabawnie brzmi uczenie dzieci w szkołach, że Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę. Teraz nie tylko wiemy, że wcześniej przybyli tam Chińczycy, ale też mamy świadomość, że jeszcze wcześniej przecież dotarli tam i zdążyli sie już dawno osiedlić, Indianie.

      Wróćmy jednak do Australii. Kilka lat temu telewizje pokazały wielki marsz białych mieszkańców Australii, przepraszających Aborygenów za całe wyrządzone im zło. To było zrozumiałe. Niezrozumiałe było, czemu australijski rząd odcina się od tej oczywiście słusznej akcji i uparcie przeprosić nie chce. Pewnie by mnie to wtedy tak nie zdziwilo, gdybym wiedziała, że w australijskich miasteczkach zadziwiająco często za punkt orientacyjny służą dawne areszty, więzienia i ośrodki internowania. Tyle ich tam było. Albo że jeszcze do 2002 roku w Australii będzie istniał obóz koncentracyjny, w którym będą przetrzymywani w strasznych warunkach nie-biali imigranci. W tej Australii? Tej radosnej, wyluzowanej, pełnej szczęśliwych, opalonych ludzi, uprawiajacych sporty wodne na pięknych plażach?

      Tak, ale żeby zrozumieć aktualną rzeczywistość, trzeba sie cofnąć do czasów, które ją stworzyły.

      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 18 listopada 2011 21:44

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa