Książki

  • sobota, 16 czerwca 2018
    • Co czytać do Ulissesa?

      Zbiorcze zdjęcie Ulissesa i okołoulissesowych książekMam wrażenie, że część ludzi czytających Ulissesa męczy się nie dlatego, że w ogóle nie są w stanie przeczytać go ze zrozumieniem. Niektórzy potrzebują tylko na początku trochę pomocy. 

      Istnieją książki i materiały, które mogą czytanie Ulissesa znacznie uatrakcyjnić. Niektóre ułatwiają „zastartowanie” tym, którzy tego potrzebują (a mają szanse przeczytać książkę z przyjemnością, tylko bez pomocy nie potrafią wciągnąć się do zabawy).

      Niektóre warto przeczytać przed Ulissesem, inne najlepiej w trakcie pierwszego czytania, a są też takie, za które warto zabrać się dopiero przed kolejną lekturą dzieła Joyce’a. 

      Podpowiem Wam kilka przykładów.

      1) „Dublińczyk” Alfonso Zapico

      Książka

      Pięknie wydany komiks o życiu Joyce’a. Poznajemy tam realnych przyjaciół i znajomych genialnego Irlandczyka (część z nich pojawi się w "Ulissesie"). Czytamy o miejscach, książkach i wydarzeniach, które przetworzone też znalazły się w powieści. Śledzimy powstawanie utworu i jego niezwykłe losy. Wiedzieliście na przykład, że Ulisses to jedna z zakazanych książek, którą w USA komisyjnie spalono?

      Co ważne, komiks zdecydowanie nie jest peanem. Poznajemy człowieka z krwi i kości. Jeśli Joyce w czymś nabroił, to Zapico mu to uczciwie wytknął. Dostajemy historię prawdziwą, a nie lukrowaną laurkę.

      Warto przeczytać przed "Ulissesem" ale przyjemność sprawi na każdym etapie.

      Nie pomylcie „Dublińczyka” z innym komiksem Zapico - „Śladami Joyce’a”. To bardziej książka o przygodach samego ilustratora podczas zbierania materiałów do „Dublińczyka”. Dlatego nie przeceniałabym przydatności tego dziełka przy czytaniu "Ulissesa", choć znalazłam tam parę interesujących ciekawostek. Jako prawnika zaciekawiło mnie np. wyjaśnienie, czemu w "Dublińczyku" nie ma żadnego cytatu z "Ulissesa". Co akurat jest tym ciekawsze, że wkrótce po wydaniu książki dzieła Joyce'a przeszły do domeny publicznej.


      2) "Dublin z Ulissesem" Piotra Pazińskiego

      Ze środka książki

      Książka napisana jako rodzaj przewodnika po Dublinie śladami bohaterów eposu. Ma kilka przydatnych cech, dzięki którym może ułatwić jego lekturę. Bardzo pomocny byłby już nawet tylko sam słownik bohaterów "Ulissesa", który tam umieszczono. A to dopiero początek.

      Książka świetnie się nadaje do czytania równocześnie z "Ulissesem". Przed każdym epizodem warto zajrzeć do jego opisu u Pazińskiego. Zobaczycie tam zawsze mapkę, pokazującą, gdzie będziecie właśnie z bohaterami "Ulissesa" chodzić, przynajmniej kilka zdjęć, przybliżających okolicę, trochę objaśnień, fragment schematu opisującego poszczególne epizody, a przede wszystkim dowiecie się w ogóle, że właśnie jesteście w kolejnym epizodzie.

      Niestety epizody w żadnym z polskich wydań "Ulissesa" nie są wydzielone. Nie zamieszczono tam również (nawet jako dodatku, gdzieś z tyłu) słynnej rozpiski, schematu, wg którego podzielony jest "Ulisses". Szkoda. Byłoby o wiele wygodniej, gdyby spis treści samego "Ulissesa" uwzględniał podział na epizody, a na początku każdego z nich znalazł się, odnoszący się do niego, fragment schematu.

      Także dlatego "Dublin z Ulissesem" bardzo się Wam przyda, ponieważ tam te brakujące elementy znajdziecie.

      3) A co to za schemat i czemu jest taki ważny?
      Schemat rozpropagował wśród przyjaciół sam Joyce, żeby ułatwić im zrozumienie struktury eposu. Zgodnie z nim Ulisses dzieli się na 18 osobnych epizodów, które da się w książce wyodrębnić, jeżeli tylko wie się o ich istnieniu.

      Joyce spisał dwie wersje schematu. Od nazwisk obdarowanych nimi osób wyróżniamy schemat Linatiego z 1920 roku oraz schemat Gilberta z roku 1921.

      Zgodnie ze schematem, każdemu z epizodów przypisany jest epizod z „Odysei” Homera, a występującym w książce Dublińczykom przypisano role bohaterów „Odysei”. Do każdego epizodu Joyce przypisał również odrębną technikę narracji, inną naukę lub sztukę, a nawet część ciała i kolor. Przydatną częścią tej rozpiski jest też umieszczenie epizodów w konkretnym czasie, podział „Ulissesa” na godziny. Pamiętajmy, że akcja książki rozpoczyna się o 8:00 rano, a kończy ok. 3:00 w nocy.

      Wybór kolejnej książki wydaje się oczywisty.

      4) "Odyseja" Homera


      Zgodnie ze schematem Joyce'a  Odyseja stanowi rodzaj szkieletu „Ulissesa”. 

      Skoro każdy z epizodów Ulissesa nawiązuje do konkretnego epizodu z Odysei, a występujących w książce Dublińczyków Joyce łączy z bohaterami tego starożytnego poematu, to ciężko będzie ocenić ten aspekt i swobodnie z niego korzystać nie znając tak kluczowej inspiracji. Dlatego przed "Ulissesem" zdecydowanie warto przeczytać "Odyseję". 

      Dla zachęty dodam, że Odyseja - grecki epos, który ma już prawie 3000 lat, jest oczywiście dostępna, legalnie i za darmo, na Wolnych lekturach: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/homer-odyseja/

      Epos stanowi kontynuację "Iliady" -  historii wojny trojańskiej (składającej się głównie z chełpliwych przechwałek, kombinowania, kłótni, dzielenia "skóry na niedźwiedziu" oraz rozbudowanego opisu designerskich okryć poszczególnych wojów, a to wszystko przerywane od czasu do czasu walką.

      Odyseja jest o wiele ciekawsza. Tym razem śledzimy losy Odyseusza - greckiego króla i wojownika, wracającego, z przygodami, z wojny trojańskiej. Odyseusz przypadkiem nastąpił na odcisk Posejdonowi, władcy mórz, co uwzględniając fakt, że wracać miał drogą morską, poważnie mu ten powrót utrudniło, a czytelnikom (a wcześniej słuchaczom) zapewniło ciekawe, pełne magii i zanurzone w greckiej mitologii, opowieści.

      Trzeba mieć świadomość, że za czasów Joyce'a Odyseja Homera była tak popularna, jak dziś "Gwiezdne wojny" czy "Gra o tron". Ale, że nie stała za nią żadna korporacja, to była  na różne sposoby przetwarzana, wykorzystywana przez twórców. Stanowiła wówczas chętnie wykorzystywane źródło inspiracji. Joyce po prostu wpisał się w ten popularny nurt, paradoksalnie, mając szanse dotrzeć dzięki temu pomysłowi do większej grupy czytelników.

      Obecnie Odyseja jest niezbyt często czytanym, starożytnym tekstem. Ale powiedzmy sobie szczerze - ile to jest sto lat różnicy dla eposu mającego tych lat prawie trzy tysiące. Odyseja nie stała się przez ten czas mniej zrozumiała, czy mniej aktualna. Straciła natomiast swoją sławę.

      Od razu ostrzegę, że trochę Was może zdziwić brak bezpośrednich nawiązań, czy inaczej fakt, że Odyseja nie przekłada się bezpośrednio na Ulissesa. Dostrzeżenie niektórych powiązań wymaga wyjątkowo dużo dobrej woli. Odys latami, desperacko stara się latami wrócić do domu z wojny trojańskiej. Bloom wychodzi po prostu rano z domu, spaceruje po mieście, załatwia swoje sprawy i świadomie dociera do domu po północy. Na Odysa czeka w ojczyźnie żona Penelopa - wzór wierności z Sevres, dzielnie opierająca się zalotnikom, nakłaniającym ją do ponownego ożenku.  Sytuacja nieporównywalna z dniem spędzonym przez Molly - żonę Blooma. Chyba tylko o tyle, że obie nie ruszały się z domu. Rolę Telemacha - syna Odysa i Penelopy, przypisuje się w "Ulissesie" Stefanowi Dedalusowi, który miał zupełnie innych rodziców, rolę syna Blooma może zatem pełnić najwyżej symbolicznie itd.

      Co nie zmienia faktu, że byłoby wspaniale, gdyby pojawiło się w Polsce wydanie Ulissesa podzielone na rozdziały, uwzględniające zastosowany przez Joyce'a, nieoficjalnie, podział na rozdziały nawiązujące do epizodów z "Odysei". Za granicą takie wydania istnieją i czyta się je bez wątpienia wygodniej.

      5) "Portret artysty z czasów młodości" Jamesa Joyce'a

      Oba tłumaczenia książki Joyce'a: Portret artysty z czasów młodości i Portret artysty w wieku młodzieńczymPonieważ Stefan Dedalus, jeden z głównych bohaterów "Ulissesa" to alter ego samego Joyce'a, a "Portret artysty z czasów młodości" to książka nie bez powodu uważana za autobiograficzną, bez wątpienia warto ją przeczytać. Po prostu w "Ulissesie" znajdziemy tyle wątków i skojarzeń, że każda pomocna dłoń się przyda. A dzięki "Portretowi" rozpoznamy nawiązania do ludzi i wydarzeń z przeszłości Joyce'a, z którymi mogliśmy się w tej książce zapoznać. Będziemy znali już choćby rodzinę Stefana, księży z jego szkoły i parę innych osób.

      Dodatkowo "Portret" ułatwi nam zanurzenie się w klimacie, przyjrzenie się z bliska warunkom życia, zrozumienie sposobu myślenia ówczesnych Irlandczyków, ich zróżnicowane podejście do religii i polityki. Zaskakujące, ale niektóre sytuacje świetnie się przekładają na konflikty istniejące we współczesnej Polsce, np. rozmowa przy stole na temat biskupów i Parnella. Tak czy inaczej sposób myślenia Stefana z "Ulissesa", wcześniejsze przeżycia, wpływy itd. dzięki "Portretowi" jesteśmy w stanie poznać w wersji bardziej czytelnej. 

      Sięgając po tę książkę warto wiedzieć, że w Polsce przez wiele lat mieliśmy tylko jedno, za to świetne, tłumaczenie podpisane jako Zygmunt Allan, jeszcze z lat 30-tych. Istnieje teoria, że pod tym pseudonimem ukrywał się Jan Parandowski (autor słynnej "Mitologii"). Argumentem miałyby tu być podobieństwa między jego "Niebem w płomieniach" a właśnie "Portretem" Joyce'a. Tłumaczenie Allana też było poprawiane, zatem np. między wydaniem jeszcze z lat 50-tych a z lat 90-tych, można dostrzec różnice choćby w zapisie imion - pierwotnie wszystkie imiona były spolszczane, a później najwyraźniej wydawca zmienił je na anglojęzyczne. Zostawiając jednak Stefana, przez co obok Charlesa i Simona pojawia się nagle np. forma Stefku. Zakładam, że tłumacz tych zmian nie dożył. Dwa lata temu natomiast pojawiło się całkiem nowe tłumaczenie - Jerzego Jarniewicza, pod zmienionym tytułem "Portret artysty w wieku młodzieńczym". Warto zatem wiedzieć, że oba te tytuły są prawidłowe i wybrać sobie tłumaczenie.

      6) "Dublińczycy" Jamesa Joyce'a


      Kolejna książka, która pozwala nam w łatwiejszej formie poznać pojawiających się w "Ulissesie" ludzi nieco bardziej prywatnie.

      Bohaterowie "Dublińczyków" występują tam bowiem jako postacie drugoplanowe, więc będziemy już wiedzieć np. jakim łajdakiem jest Lenehan, jak przyjaciele sprytnie odmienili życie Kernana, czy jak Bob Doran poznał swoją żonę. Te szczegóły nie są kluczowe, ale "Dublińczycy" stanowią doskonałe tło dla "Ulissesa", pokazując miasto i jego mieszkańców z bliska, bez owijania w bawełnę.

      Widzimy prowincjonalne miasto biednych, często zapijaczonych albo wariujących ludzi, obdartych dzieci, wykorzystywanych kobiet, mężczyzn wyładowujących swoje frustracje na rodzinie. Po paru opowiadaniach, jeśli w kolejnej osobie kiełkuje nadzieja, podświadomie czekamy na moment, kiedy znowu zostanie brutalnie zmiażdżona.

      Tak, Dublin na przełomie wieków nie był tym otwartym, radosnym, pełnym perspektyw miastem, co teraz. Był czarną dziurą i Europą B. "Dublińczycy" pozwalają nam dostrzec i ten aspekt. Warto i ich przeczytać jeszcze przed "Ulissesem".

      7) "Irlandia. Celtycki splot" Małgorzata Goraj-Bryll i Ernest Bryll


      A to dla odmiany ogromnie przyjemna w odbiorze książka. Pozwala zanurzyć się w klimacie Irlandii, w szczególności Dublina i co dla nas ważne, ma mnóstwo literackich odniesień, przede wszystkim do "Ulissesa" i Joyce'a. Zauważyłam nawet, że ludzie, którzy nie znali "Ulissesa" mieli problem przy czytaniu. Dla osób zainteresowanych tematem to dla odmiany prawdziwa uczta.

      Większość książki wzięła na siebie Małgorzata Goraj-Bryll - ponieważ dotarła do Irlandii jako żona polskiego ambasadora, to miała dostęp do miejsc i ludzi niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, co skrzętnie wykorzystywała, dzieląc się z nami doświadczeniami i fotografiami.

      Z drugiej strony miała zwyczaj pchać się w miejsca, których ludzie zwykle unikają, na czym też zyskała książka. A jednocześnie mogliśmy czerpać z jej wiedzy tłumaczki literatury irlandzkiej, stąd też w książce tyle różnorakich odniesień literackich.

      Wśród atrakcji - uczestniczymy w Bloomsday (imprezie śladami "Ulissesa" odbywającej się w Dublinie co roku 16 czerwca, w dniu, w którym zamknięte są wydarzenia z książki, bierzemy udział w rozmowach z osobami powiązanymi z Joyce'em i jego dziełami, poznajemy pełno  ciekawostek.

      Książka na pewno sprawi dużo frajdy osobom, które już znają "Ulissesa", przyjemnie będzie się ją też czytało jednocześnie, a czy wcześniej? Moim zdaniem tak, o ile ktoś zaczyna się już "Ulissesem" interesować.

      Harfa na stronach książki

       

      8) "Labirynt i drzewo" Piotr Paziński


      A to już opracowanie zdecydowania wymagające przeczytania "Ulissesa" wcześniej, pierwszy raz. Za to bardzo przydatna przed kolejnymi czytaniami.

      Znajdziecie w niej całe mnóstwo informacji o inspiracjach, z których korzystał Joyce. Do tego ogrom wiedzy o nawiązaniach literackich, filozoficznych, czy nawet naukowych.

      Przeanalizujecie ciekawe interpretacje i te zbyt już oderwane od rzeczywistości (jak choćby próba dopatrywania się podobieństw między spotkaniem Blooma i Stefana ze spotkaniem Dantego i Beatrycze).

      Poznacie całą masę ciekawostek. Dowiecie się, że np. "Ulisses" wcale nie był w tym czasie jedyną powieścią miejską, będziecie mieli okazję zainteresować się bliżej napisanym wcześniej "Petersburgiem" Andrieja Biełego czy po kilka lat później "Manhattan Transfer" Johna Dos Passosa i "Berlin Aleksanderplatz" Alfreda Doblina.

       Z "Labiryntu" dowiecie się, czym dokładnie jest ten strumień świadomości i monolog wewnętrzny, jak mają się do siebie oba te wyrażenia i jaki był sens ich zastosowania.

      Poznacie  Edouarda Dujardina, francuskiego symbolistę, który zainspirował Joyce'a, Zacka Bowena, który rozszyfrował muzyczne aluzje z "Ulissesa". Przeczytacie ważne dla książki nawiązania do Arystotelesa, Strabona, Eratostenesa, a nawet to Talmudu i Tory. Przestudiujecie też szczegółowe rozważania na temat poszczególnych epizodów, występujących w książce postaci itd.

      Z "Labiryntem" warto się zatem zapoznać raczej czytając "Ulissesa" już kolejny raz. Każdy natomiast może skorzystać z rady Piotra Pazińskiego i "poświęcić na lekturę więcej czasu i uwagi, niż wymaga tego przebiegnięcie od pierwszej do ostatniej strony".

       

      Marta Wieszczycka

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      sobota, 16 czerwca 2018 22:26
  • piątek, 09 czerwca 2017
    • Masa śmiechu od braci Czechów

      Ostatnia Arystokratka, Evzen Bocek"Ostatnia arystokratka" - książka, na której płakałam ze śmiechu. Nie bez powodu została uznana w Czechach za najśmieszniejszą książkę roku.

      Właśnie zwrócono majątki czeskim arystokratom. W ten sposób rodowy zamek odzyskał pewien zapomniany daleko w Stanach hrabia ze swoją amerykańską żoną i opisującą całą historię córką - Marią.

      Perypetie hrabiowskiej rodziny Kostków z Kostki, od próby przemytu prochów przodków w torebkach po orzeszkach, przez próby utrzymania się w nowym kraju dzięki zostaniu atrakcją dla turystów do... a zresztą sami poczytajcie.

      O "Ostatniej Arystokratce" dowiedziałam się przypadkiem. W kolejce jakiś człowiek cały czas trząsł się ze śmiechu, właśnie to dziełko czytając. Dla mnie to była najlepsza rekomendacja książki do pośmiania się i ja się nie zawiodłam.  Jest świetna. 

      Arystokratka w ukropie, Evžen Boček"Arystokratkę w ukropie" normalnie też uznałabym pewnie za prześmieszną, gdyby nie to, że jako druga część podlegała naturalnym porównaniom i wypadła jednak na niekorzyść. Ale że pierwszy tom kończy się w zasadzie w połowie historii, to i tak warto ją przeczytać. Szczególnie, że przyznając uczciwie, ona też zapewniła mi mnóstwo śmiechu. Historie z życia zgryźliwego kasztelana, sabotującego wszelkie próby przyciągnięcia turystów do zamku, despotycznej menedżerki, kucharki nie wylewającej za kołnierz, ogrodnika hipochondryka, zwariowanej córki rodzinnego adwokata, dwóch tradycyjnie hodowanych na Kostce wielkich, niewychowywalnych psów i oczywiście uczącej się nieporadnie arystokratycznego życia hrabiowskiej rodziny, nadal potrafiły rozbawić do łez. W zamku wciąż najnowocześniejszą częścią jest pohitlerowski apartament Himmlera, jeszcze z kafelkami w swastyki, a naszych bohaterów czeka zwielokrotniona na potrzeby turystów kolacja wigilijna i wyjazd na spęd arystokracji, gdzie mocno ich zaskoczy książę Schwanzenberg, jedyna w książce postać autentyczna. Maria stara się w środku tego szaleństwa nie zwariować, co nie jest takie łatwe, szczególnie że zgodnie z rodową klątwą w zasadzie powinna już nie żyć.

      Dziennik Kasztelana, Evžen Boček"Dziennik kasztelana"
      A potem nagle okazało się, że Arystokratki napisał facet. Pierwszy szok, bo przecież obie to dzienniki nastolatki. Facet, który pracował jako kasztelan na zamku w Miloticach. Drugi szok, bo przecież w Arystokratkach najbardziej nieprzydatną osobą w całym zamku jest leniwy, odstraszający turystów kasztelan właśnie.

      Na marginesie, świetne zdjęcie zamku w Miloticach, w odróżnieniu od folderowych fotografii idealnie wpasowujące się w klimat Arystokratek, z tymi wszystkimi tablicami dla turystów przy wejściu, możecie obejrzeć TUTAJ.

      Co ciekawe, "Dziennik kasztelana" został na początku wydany... pod pseudonimem. Prawdopodobnie chodziło o opisy korupcji i małomiasteczkowych układów, które momentami się tam pojawiały, bo chyba nie o wydarzenia sprawiające, że ta książka to w zasadzie powieść grozy. Trzeci szok, ponieważ wszystko to, co w Arystokratkach stanowiło jedynie naciągany lep na turystów, wszelkie te wymyślone historie o duchach i nawiązania do zjawisk paranormalnych, w "Dzienniku Kasztelana" dzieją się naprawdę. 
      Zabawne, ale prawdziwe okazały się nawet teksty piosenek o chorobach, tworzone przez ogrodnika hipochondryka. Pisał je sam autor, dla pewnego zespołu rockowego.

      Aristokratka na koni, Evžen Boček"Te piosenki istnieją naprawdę! Jakieś dwadzieścia pięć lat temu mieliśmy taką quazi-rockową kapelę i śpiewaliśmy te piosenki na koncertach. "Piasek w nerkach" był w swoim czasie hitem w okolicy" - stwierdził sam Evžen Boček w wywiadzie dla portalu Lubimy czytać. Do tego wywiadu warto zajrzeć jeszcze z jednego powodu. W środku zamieszczono obszerny fragment "Ostatniej arystokratki". Kończy się wprawdzie przed najśmieszniejszym kawałkiem, ale i tak sprawdzicie sobie od razu, czy w ogóle pasuje Wam ten typ absurdalnego humoru.

      Na koniec dobra wiadomość dla osób, którym spodoba się seria o Arystokratkach. Autor obiecał trzecią część i słowa dotrzymał. W Czechach została wydana "Aristokratka na koni". W tej sytuacji możemy już tylko czekać, aż wydawnictwo Stara Szkoła przygotuje polskie tłumaczenie. Przy okazji zwróćcie uwagę na całkiem inny, znacznie bardziej stonowany styl okładek czeskiego wydania. Przyznam, że do mnie chyba jednak bardziej przemawia pomysł Czechów. Z drugiej strony, może naprawdę mamy aż tak inny rynek, że prosta okładka z wzorem starej, zabrudzonej tapety by się u nas zwyczajnie nie przebiła?

      Marta Wieszczycka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 09 czerwca 2017 11:26
  • wtorek, 22 kwietnia 2014
    • Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek

      W czasie wojny pod niemiecką okupację (oczywiście w wersji light) trafia jedna niewielka angielska wyspa - Guernsey. Na tej wyspie przypadkowi ludzie, którzy akurat złamali narzucone przez Niemców zasady, próbując uniknąć konsekwencji, zakładają rodzaj literackiego klubu dyskusyjnego. Szybko okazuje się, że dobra literatura może wciągnąć nie tylko intelektualistów.

      Kiedy tamtego wieczoru przyszli wybrać książki, niektórzy dopiero wtedy zetknęli się z innym rodzajem lektury niż Biblia, katalogi nasion i poradniki hodowców świń. Dawsey odkrył swojego Charlesa Lamba, Isola wybrała Wichrowe wzgórza, a ja Klub Pickwicka, licząc na to, że poprawi mi humor; tak też się stało.

      Książka jest pisana w formie listów pomiędzy członkami stowarzyszenia, ich zołzowatą, próbującą zaszkodzić sąsiadką, zainteresowaną tematem popularną pisarką, jej wydawcą, jego siostrą i od czasu do czasu też przystojnym, cwanym amerykańskim wydawcą konkurencyjnym. Cóż, od razu widać, kto jest dobry, a kto zły.

      Z początku irytowała mnie też nieco naiwność w wyobrażeniach Anglików o wojnie i  ich „niebywałym bohaterstwie” ludzi, którzy nigdy nie mieli okazji zobaczyć, do czego Niemcy są zdolni.
      Czy wiesz, że mieszkańcy mełli siemię lniane na mąkę, dopóki jeszcze było?
      Ach straszne, mogli sobie z niego robić np. przepyszne muffinki, już mi ich żal. 

      Potem doszły jeszcze zachwyty nad frenologią w wersji dla naiwnych (jedna z bohaterek pod wpływem kolejnej książki dała sobie wmówić, że po kształcie czaszki potrafi oceniać cechy charakteru). 

      W efekcie trudno mi było nazwać tę książkę ambitną i miałam nawet początkowo wątpliwości, jak w tym kontekście odebrać stwierdzenie:
      Jak się poczyta dobre książki, to te kiepskie potem zupełnie nie cieszą.

      Ale myślę, że nie doceniłam autorek. Być może tylko tak mogły się przebić przez nieświadomość tych angielskich czytelników, którzy nigdy nie przeczytaliby niczego ambitniejszego. Łagodnie i pogodnie z początku,  żeby ich nie wystraszyć, w końcu jednak odrobinę otworzyły ich umysły. Na tyle, na ile to możliwe. 

      W efekcie wyszła książka wciągająca, wzruszająca i w jakiś sposób wartościowa. 
      A czy jest sens, żeby czytali ją Polacy? Tak, mimo wad w paru kwestiach poszerza horyzonty, zwalcza stereotypy i poprawia nastrój. Warto ją przeczytać choćby dla uroku, ciepła i fragmentów takich, jak te:

      Była to pierwsza rzecz Lamba, po jaką sięgnęłam. Ze wstydem przyznaję, że kupiłam ją, dowiedziawszy się, iż Leigh Hunta, siedzącego w więzieniu za obrazę księcia Walii, odwiedził jego przyjaciel nazwiskiem Lamb. Najpierw  pomógł Huntowi namalować na suficie celi błękitne niebo z chmurkami, a potem na ścianie kratę z różami. Dowiedziałam się też, że Lamb wspomógł finansowo jego rodzinę – choć sam był niezamożny. Nauczył także najmłodszą córkę Hunta odmawiać Ojcze Nasz wspak. Naturalnie, że chciałam zdobyć więcej informacji o kimś takim.

      One tymczasem przyszły mnie ostrzec. (…) Elizabeth wiedziała, że moja matka była Żydówką (…) i obmyśliła pewien plan. Ponieważ i tak wszyscy mieszkańcy wyspy mieli dostać nowe dokumenty, to może zgłosiłbym się po nie jako lord Tobias Penn-Piers we własnej osobie. (…)Trzeba bym wyglądał jak lord i odpowiednio się zachowywał. Byłem przerażony.-Nonsens – stwierdziła Elizabeth. - Masz doskonałą prezencję, jesteś wysoki, ciemnowłosy, przystojny, a wszyscy lokaje doskonale umieją patrzeć na ludzi z góry. I namalowała mnie jako szesnastowiecznego Penn-Piersa. Pozowałem w aksamitnym płaszczu i w kryzie, siedząc na tle ciemnego gobelinu i mrocznego cienia i trzymając sztylet w dłoni. Wyglądałem bardzo nobliwie, posępnie i groźnie. Było to genialne posunięcie. Niecałe dwa tygodnie później do biblioteki wtargnęło bez pukania sześciu niemieckich oficerów. Przyjąłem ich, sącząc chateaux Margaux rocznik 1893 pod portretem „przodka” wiszącym nad kominkiem. Ukłonili się i zachowywali bardzo grzecznie.

      "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" 
      Mary Ann Shaffe i Annie Barrow
      Tłum. Joanna Puchalska (nie czytałam wersji oryginalnej, ale polskie tłumaczenie wygląda na bardzo dobre). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 kwietnia 2014 03:01
  • środa, 15 stycznia 2014
    • „Zima” Andrzej Stasiuk

      Andrzej Stasiuk, Zima, obraz - Kamil TargoszMalutki zbiór, a w nim opowieści o polskiej prowincji.   
      Czasem z nutką ciepła, np. kiedy Grzesiek mówi czule do ledwie jadącej syrenki:

      Ale na złom nie pójdziesz. Kogoś ci znajdę. Może emeryta. Będzie o ciebie dbał i razem się zestarzejecie. 
      [z opowiadania "Grzesiek"]

      Czasem opisujące rzeczywistość bez owijania w bawełnę - jak rozmowa Edka z żoną, przy telewizorze, na temat obowiązkowych szczepień dla zwierząt. Nie, nie zacytuję jej, bo popsułabym efekt. Mistrzowskie zestawienie dające do myślenia. 

      A zupełnie przy okazji ten fragment pokazuje, że ludzie nie zawsze zrobią to, co nakaże im władza. Oni tylko unikną kary/zapłaty. W sposób, który decydenci powinni umieć przewidzieć, żeby wiedzieć, jaki skutek naprawdę przyniesie ich nakaz czy zakaz.

      W opowieściach przewijają się też gdzieś niby przy okazji rozważania filozoficzne:

      ...od dawna wątpię w zmartwychwstanie ciał, ponieważ nagość i samowystarczalność przeminęły razem z rajskim upadkiem i teraz nic nie jesteśmy warci bez rzeczy, które nas otaczają, bo oddaliśmy im część naszych nieśmiertelnych dusz i musielibyśmy wszystko zabrać ze sobą, żeby stanąć przed obliczem w jakiej takiej całości.
      [z opowiadania tytułowego] 

      A ilustracje stworzył Kamil Targosz  - ciekawe, trochę jakby Bruegel na swoich obrazach nie domalował zwyczajowego tłumu ludzi, wybierając zamiast nich mocny akcent na pierwszym planie. 

      Ponoć jeśli komuś spodoba się "Zima", to spodobają mu się też "Opowieści galicyjskie", choć większość ludzi czyta je w odwrotnej kolejności. Cóż, będę musiała się przekonać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 15 stycznia 2014 01:45
  • środa, 09 stycznia 2013
    • Izrael już nie frunie

      Izrael już nie frunie, Paweł SmoleńskiCo ciekawego znajdziemy u Smoleńskiego?

      Syndrom jerozolimski

      Zdarza się, że Człowiek zdrowy na umyśle, racjonalnie opisujący rzeczywistość przekracza jerozolimskie, białe mury i naraz wydaje mu się, że jest postacią z Biblii. (...) 
      Aż nagle, ni z tego, ni z owego, wychodzą na jerozolimskie ulice, ubrani w białe szaty zrobione z hotelowych prześcieradeł. 

      Jeden z chorych dotkniętych Syndromem (...) chciał poruszyć kamienie w Ścianie Płaczu i przesunąć mur we właściwe - jego zdaniem - miejsce. Był pewien, że jest biblijnym siłaczem Samsonem. 

      Jest też niezwykła historia Israela Segala - prymusa słynnej jesziwy Ponowicz, któremu coś nie daje spokoju po tym, jak pewnego dnia uwielbiany nauczyciel, uczący swoich studentów myślenia, obśmiewa człowieka, który gdzieś w Europie napisał książkę o tym, że ludzie pochodzą od małp. Nazywa się Freud.

      Dlatego choć chasydzi nigdy tego nie robią, Israel idzie do biblioteki w świeckiej dzielnicy. Tam dowiaduje się, że "O pochodzeniu gatunków" napisał Karol Darwin i czyta pierwszą świecką książkę w jego życiu. 

      W końcu zaczyna zadawać sobie kolejne pytania:

      Jaki Bóg ma interes w tym, by w szabat nie zapalać światła? Może przed tysiącami lat była to praca (...). Ale dziś to tylko naciśnięcie przycisku. (...) jaki Bóg ma interes w tym, bym na początku wiązał but na prawej nodze? (...) Bóg to abstrakt, świętość, doskonałość, a nie niewolnictwo dnia codziennego.

      Ale  czy ortodoksyjny Żyd może odejść? Straciłby całe dotychczasowe życie. Różnica jest taka, jakby człowiek w jeden dzień przeskoczył ze średniowiecza do naszych czasów. Nie znając życia, nie rozumiejąc niearchaicznego języka. Chcecie wiedzieć, co wybrał i jak potoczyły się jego losy? Odpowiedzi są w książce i w My Brother's Keeper. 

      A że w ogóle uwielbiam książki w książkach, filmy w książkach i odwrotnie, to zainteresował mnie też opisany przez Smoleńskiego Ari Folman i jego filmy, a szczególnie "Made in Israel": Żydzi gonią Żydów, którzy eskortują Niemca (hitlerowskiego zbrodniarza). I wnet pojawiają się problemy. Najmniejszy z nich, to ten, że Syryjczycy wydali Schultza tuż przed szabatem, więc nie można go zawieźć wprost do jerozolimskiego więzienia.

      Ari jest dzieckiem ocalonych z Holocaustu, przyjechał do Izraela z Polski. Dlatego też ciężko mu zamknąć usta, kiedy mówi o wykorzystywaniu pamięci Holocaustu do niesłusznych celów.

      [...] w imię pamięci Holocaustu dokonuje się w Izraelu wielkiej manipulacji. Pomyśl co dzieje się w duszach tysięcy nastoletnich Izraelczyków przyjeżdżających do Polski tylko po to, by odwiedzić Oświęcim, Treblinkę, Majdanek i warszawskie getto. (...) 
      Tylko że w kilka miesięcy po opuszczeniu Polski wszyscy ci młodzi ludzie dostają powołanie do wojska. Stają naprzeciw Arabów, walczą z nimi jak nawiedzeni, a w głowach kołacze im się to, na co przysięgali chwilę wcześniej: drugiego Holocaustu nie będzie! 
      Z tym wiążą się też przemówienia polityków.
      Arabowie to naziści, chcą mordować Żydów jak kiedyś hitlerowcy. To właśnie jest manipulacja. 

      Z książki Smoleńskiego dowiadujemy się też, jak niesamowicie ambiwalentny stosunek mają Żydzi do Holocaustu. Z jednej strony to ich podstawowe spoiwo, ale z drugiej też coś, czego się wstydzą. Bo Holocaust to biedni, bezbronni Żydzi, tak sprzeczni z marzeniem o silnych, niezwyciężonych Izraelczykach. Dlatego też wielu ludzi nie przyznaje się, że pochodzą z diaspory, a na pytanie skąd pochodzą odpowiadają że np. z Tel Awiwu.

      Ari dla odmiany nie ukrywa, że pochodzi z Polski. Skutki bywają różne, niektóre całkiem zabawne.

      W pamięć zapadł mi też np. tekst o Fatimie - Palestynce, która w biednej Al-Azariji założyła stowarzyszenie "Sziruk", będące taką jutrzenką dla palestyńskich kobiet. Pewnego dnia Fatima i jej koleżanki pojechały na spotkanie z matkami żołnierzy, z izraelskimi kobietami.     

      -Boję się Was (...) opowiada o strachu pojawiającym się natychmiast, gdy widzi izraelskie punkty kontrolne (...) Żołnierze są o wiele młodsi od Fatimy. A mają władzę, jak sam Bóg; mogą zabrać życie lub je darować (...) opowiada o nocnych rewizjach (...) Boi się wtedy - wyjaśnia - jeszcze bardziej, bo ściany własnego pokoju i rozkotłowane łóżko, jeszcze ciepłe od snu, powinny być dla niej azylem, tymczasem na kilka godzin stają się więzieniem, salą przesłuchań i psychicznych tortur.

      Spotkanie miało nieoczekiwany przebieg...

      Smoleński w ogóle w tej książce przeprowadził masę ciekawych rozmów z ludźmi o różnych poglądach, statusie, historii i narodowości. Można się z niej wiele dowiedzieć - np. czemu judaizm i syjonizm są jak ogień i woda. Albo tego, że Palestyńczycy równie wiele cierpią z powodu decyzji izraelskich, co niby własnych władz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 09 stycznia 2013 01:29
  • piątek, 21 grudnia 2012
    • "Georgialiki" Pakosińskiej

      Georgialiki, Katarzyna PakosińskaKsiążki nie ocenia się po okładce, ale rzadko zdarza się tak piękny i przemyślany projekt. Cała oprawa graficzna robi wrażenie, a już w zachwyt wprowadza masa zdjęć i reprodukcji. 

      W zasadzie można Georgialiki nazwać pięknie wydanym albumem w twardej oprawie, tylko z dużą ilością tekstu.

      A co znajdziemy w środku? Bogactwo różności.

      Wszystko zaczyna się od romantyczno-dramatycznej opowieści o młodzieńczej miłości - skąd wzięła się fascynacja autorki Gruzją. Pakosińska potem latami zbierała wszystko, co związane z jej ukochanym krajem dało się w Polsce znaleźć. Dlatego kiedy trafiła tam znowu, wiedziała naprawdę sporo. 

      W książce jest też mnóstwo odniesień do kultury, historii, mitów, baśni, opowieści. Poznajemy gruzińskie zwyczaje, tradycje, przepisy kulinarne, sposób myślenia. Zaczynamy rozróżniać regiony, dowiadujemy się mnóstwa ciekawych rzeczy. Czegoś takiego nie da się napisać bez głębokiego zanurzenia w temacie. 

      Nagromadzenie wartościowych informacji, porządnej wiedzy, robi wrażenie. Wszystko to jednocześnie jest podane lekko i przeplatane anegdotami.

      Opowieść przyprawiono jeszcze szczyptą metafizyki, tym bardziej niewytłumaczalnej, że to przecież wspomnienia:

      Wyjrzałam przez okno. I nagle poczułam, że znam to miejsce. Wiem, gdzie jestem! O matko, chyba mam jakieś omamy z gorąca.
      -To może zatrzymamy się na chwilę? - usłyszałam swój głos.  - Za kilka zakrętów będzie świetne miejsce na postój. Jest tam niewielka polana, pośrodku drzewo, a pod nim studzienka. Obok jest piękna brama, która prowadzi do zacienionej alejki... i jest tam stara świątynia...
      Boże, co ja wygaduję - pomyślałam. Wezmą mnie za wariatkę! Zanim jednak zdążyłam wszystko obrócić w żart, ikarus wykonał manewr i stanął. A przed naszymi oczami roztoczył się widok - dokładnie taki jak opisałam.

      Czy czegoś mi w książce brakuje? Nurtuje mnie pytanie, czemu Mamuka przestał pisać do Polski, on mógł po wojnie zmienić adres, ale list do niej przecież by trafił. Tak to już jest, jak się człowiek zwierzy, a czytelnicy się wzruszą i potem mają pytania ;) Druga uwaga - chętnie się dowiem, jak w oryginale brzmiało zdanie między stroną 21 a 23, które najwyraźniej poszarpane przeszło przez obrazek.

      Tak czy inaczej mnie Georgialiki zachwyciły - stąd podejrzewam, że zachwycą też kolejnych ludzi otwartych na inne kultury, że o miłośnikach samej Gruzji nie wspomnę.

      Autorka nie tylko ma gruzińską urodę, ma też bez wątpienia gruzińskie serce i czuje ten kraj, jak mało kto. Może reinkarnacja naprawdę istnieje? W końcu, jak inaczej wytłumaczyć, że ktoś jedzie do obcego kraju, czuje się w nim, jakby wrócił do domu i jeszcze rozpoznaje nieznane sobie miejsca. Magiczna, wciągająca opowieść z dużą dawką ciekawej, całkiem realnej, wiedzy - polecam.

      UZUPEŁNIENIE:
      Po jakimś czasie pojawiły się poważne zastrzeżenia do "Georgialików" - dotyczące łamania praw autorskich.
      Szkoda. W wielu przypadkach autorce wystarczyłoby skorzystanie z prawa cytatu, do którego wymagane jest tylko uczciwe podanie autora i źródła. To aż tak wiele? W innych można by się zastanowić, czy książka rzeczywiście musi mieć informacje, których autorka nie posiada, albo nie umie napisać sama.
      Moim zdaniem to, co by zostało przy uczciwym podejściu, wymagałoby może więcej pracy, może byłoby krótsze, ale cały czas byłoby warte przeczytania. A teraz? 
      Nie rozumiem, jak można było taką fajną książkę zepsuć w tak głupi sposób. 
      Więcej informacji TUTAJ i TUTAJ 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2012 17:41
  • niedziela, 25 listopada 2012
    • "Fatalne jaja" Michaił Bułhakow

      Fatalne jaja, BułhakowRząd podejmie najdrastyczniejsze kroki, by nie dopuścić do powtórzenia się tragedii smoleńskiej - te słowa napisał Michaił Bułhakow w... 1924 roku.

      Można powiedzieć, że Fatalne jaja to satyra na radziecką biurokrację i zdehumanizowanie.
      Na szczęście w całej republice zmarło nie więcej niż tysiąc osób.

      Ale tak naprawdę książka jest ponadczasowa i obśmiewa przede wszystkim ludzką głupotę. Jakby ktoś chciał ją przerobić na wersję kapitalistyczną, to by się nawet zbytnio nie napracował. Rokk musiałby mieć powiązania ze strategicznym sponsorem instytutu, no i przepadłaby częściowo historia żony popa oraz żarty z Łubianki, ale większość treści wymagałaby najwyżej kosmetycznych poprawek.

      Poza głupotą, Bułhakow obśmiewa także chęć zysku, władzy, sławy. Obrywa się również goniącym za newsami dziennikarzom, a nawet twórcom, robiącym wokół siebie zamieszanie za wszelką cenę

      Teatr imienia nieodżałowanej pamięci Wsiewołoda Meyerholda, który jak wiadomo zginął podczas prób nowej inscenizacji Puszkinowskiego Borysa Godunowa, kiedy to urwały się trapezy z gołymi bojarami...             

      Ale przejdźmy do akcji. Oderwany od rzeczywistości profesor biologii...

      Dajcie mi, jak jej tam, Łubiankę. Merci. Kogo tam od Was powinienem zawiadomić? Przyłażą tu do mnie podejrzane indywidua w kaloszach, tak...

      Zatem oderwany od rzeczywistości profesor biologii przypadkiem odkrywa nietypowy promień, co doprowadza do całego ciągu zaskakujących wydarzeń.

      W polskim wydaniu do Fatalnych jaj dodano jeszcze dwa mistrzowskie opowiadania:

      "Szkarłatna wyspa" - satyra na zadowolonych z siebie kolonialistów, tak popularnych na przełomie wieków, inspirowana Vernem oraz "Przygody Cziczikowa" czyli co by było, gdyby bohaterowie martwych dusz Gogola trafili do radzieckiej Rosji.

      Swoją drogą aż trudno uwierzyć, że genialny Bułhakow, twórca słynnego "Mistrza i Małgorzaty" swojej wielkiej sławy nie dożył.

      Książka tyleż zapomniana, co ciekawa, a ja uwielbiam czytać takie perełki w świecie, w którym żeby książka dostała się do mediów, musiałaby być na nowo wydana.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 listopada 2012 18:12
  • czwartek, 25 października 2012
    • "Obfite piersi, pełne biodra" czyli nowy noblista Mo Yan

      Mo Yan, Obfite piersi, pełne biodraKsiążka od razu wciąga intensywną akcją i mnóstwem ciekawych odniesień do chińskich realiów. 

      Na początek przenosimy się do świata, w którym kobiety są tak nieważne, że kiedy rodzi kobieta i oślica, wszyscy zajmują się oślicą. Kobiecie tylko powtarzają, żeby urodziła wreszcie chłopca. Imiona wszystkich jej córek znaczą "Nadchodzący młodszy brat, Przywoływany młodszy brat, Wzywany młodszy brat, Wytęskniony młodszy brat, Spodziewany młodszy brat, Upragniony młodszy brat i Wybłagany młodszy brat.

      To dopiero daje do myślenia, jak nieprawdopodobnie zafiksowani na płci potrafią być Chińczycy. Jak sobie teraz wyobrazimy, że to w tym kraju wprowadzono politykę jednego dziecka...

      Całość zaczyna się jak u Hitchcoka, ponieważ poród odbywa się w czasie szturmu "japońskich diabłów", co paradoksalnie okaże się jedyną nadzieją.

      Poznajemy historię jednej rodziny, składającej się głównie z kobiet. Dzięki temu to, co działo się w XX wieku w Chinach widzimy z bardzo bliskiej, ludzkiej, perspektywy, przyprawionej jeszcze odrobiną magicznego sosu.

      Jedna rzecz mnie zaskoczyła. Jak na pisarza oskarżanego o służalczość wobec komunistycznego reżimu, Mo Yan umieścił w książce zadziwiająco wnikliwe obserwacje socjologiczne i to w formie zapadających w pamięć scen będących żywą krytyką komunizmu. Mo Yan przejmująco piętnuje i propagandową manipulację i możliwości, jakie komunizm zapewnia proletariackim chuliganom, czy zwykłym bandytom w kontakcie z bezbronnymi, wobec chorego systemu, ludźmi.

      Owszem, autor nie jest dysydentem, nie krytykuje konkretnych osób i na pewno nie tworzy reportaży o prawach człowieka. Ale to jest dobra literatura, do tego zaangażowana społecznie. 
      Z drugiej strony, uwzględniając fakt, że Mo Yan to pseudonim, oznaczający po prostu "nie mów", co ma przypominać autorowi, żeby za dużo nie napisać, trudno się nie zastanawiać, jakie przemilczenia go dręczą. 

      Jednocześnie, kiedy chiński pisarz, doceniany przez władze, z jednej strony twierdzi, że cenzury nie ma, a z drugiej każdą książkę podpisuje przypomnieniem o jej istnieniu, daje to, raczej świadomy, efekt komiczny.

      Większość Polaków o "Obfitych piersiach, pełnych biodrach" usłyszała dopiero teraz, kiedy Mo Yan otrzymał Nobla z literatury. Szybko okazało się, że w naszym kraju wydano tylko 2 jego powieści. Druga, to "Kraina wódki".

      Obie tłumaczyła (bezpośrednio z chińskiego!) Katarzyna Kulpa. 
      Okazuje się, że to ważna informacja, ponieważ to cenny wyjątek. Niestety coraz powszechniejszą praktyką wydawców jest zamawianie tłumaczeń z angielskiego. A nietrudno sobie wyobrazić, jak wiele niuansów przepada podczas takiego "głuchego telefonu". Dodatkowo wśród wielu tłumaczy łatwiej znaleźć kogoś, kto wprawdzie zgodzi się wykonać tę pracę za zbyt małe pieniądze, ale poświęcając jej tylko tyle uwagi, za ile zapłacono.

      Tutaj całego tego problemu uniknięto. Tłumaczenie jest świetne, czyta się wyjątkowo lekko, a dla lepszego zrozumienia sytuacji, w niektórych miejscach tłumaczka dodała też przydatne, krótkie objaśnienia. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Obfite piersi, pełne biodra" czyli nowy noblista Mo Yan”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 października 2012 17:54
  • poniedziałek, 08 października 2012
    • O Syberii całkiem inaczej

      Powtórka z Syberii, Anna ŁabieniecOstatnio wpadła mi w ręce arcyciekawa książka Powtórka z Syberii Anny Łabieniec. 

      Do tej pory myśląc o Polakach na Syberii wyobrażałam sobie tylko zesłańców. Tymczasem od ponad 100 lat, na głębokiej Syberii, istnieje polska wioska - Wierszyna. Założyli ją ludzie, którzy po prostu wyemigrowali na Syberię, a nie jak inni, do Ameryki.

      Zresztą bądźmy szczerzy, Polacy trafili tam częściowo przez pomyłkę, chociaż wysłali najpierw parę osób na zwiady ;)
      Oto co mówi Luda, jedna z ciekawszych postaci w książce:
      Przyjechali latem, gdy wszystko tonęło w zieleni. Zobaczyli wielkie połacie ziemi, którą wystarczyło przygotować pod uprawę. Po bezkresnych łąkach chodziło wolno bydło. Miejsce to wydało im się rajem na ziemi. Wrócili więc i zachęcili wszystkich do przyjazdu. Nie wiedzieli tylko, że bydło należy do mieszkających tu Buriatów, że lato trwa dwa miesiące, a potem jest już dużo gorzej. […] 

      Na szczęście z Buriatami jakoś się dogadali: Początki były bardzo ciężkie. Wokół była tylko tajga. Przetrwali dzięki Buriatom, którzy pomogli.

      Tam to wybrała się polska dziennikarka z Kanady, wioząc pomoc od polonijnych organizacji. Książka jest zapisem jej podróży.

      Ale mieliśmy szczęście - trafiło na osobę ciekawą świata, dostrzegającą tak wiele, jak tylko da się dostrzec. W efekcie książka pełna jest świetnych obserwacji, dotyczących:
      -nie tylko samej Wierszyny,
      -ale też Rosjan,
      -Polaków,
      -polonii (fajne są porównania Syberii z Kanadą),
      -zachowań kościołów kiedy nie mają w danym państwie pozycji dominującej, w odróżnieniu od sytuacji, kiedy ją mają.

      Mieliśmy tym większe szczęście, że ta dziennikarka potrafiła z ludźmi rozmawiać. Jak się okazuje, dziennikarze, również trafiający aż tak daleko, też nie zawsze potrafią wykonywać swoją pracę.

      -Wyobraź sobie taką sytuację – denerwuje się Luda – siedzę wieczorem w domu i karmię dziecko piersią. Wpada jakiś człowiek, włącza kamerę i mówi mi, żebym mu szybko opowiedziała w skrócie dzieje Wierszyny. Tylko żebym się zmieściła w piętnastu minutach, bo on się bardzo śpieszy. Był bardzo zdziwiony i oburzony, że odmówiłam.

      Dodatkową zaletą są "książki w książce". Szczególnie przy tekstach podróżniczych wspaniale się czyta odniesienia do innych książek. Tutaj są aż dwie. Pierwsza to Lalka Prusa (tak, wiem, że to atrakcja bardziej dla polonusów, tęsknym okiem spoglądających w kierunku lektur szkolnych, ale Wokulski został tam naprawdę zgrabnie wprowadzony). Druga to Przez Syberię na gapę Romualda Koperskiego. Tutaj robi się ciekawie, szczególnie, że w Powtórce pojawia się sam Koperski, dostarczając nam dodatkowych atrakcji. 
      Zachęcająco brzmią też fragmenty jego książki: Powszechnie wiadomo, że wspólną cechą większości podróżników, alpinistów, grotołazów oraz innych osób w zaawansowanym stadium idiotyzmu jest fakt nie posiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby im realizację planów.
      Oj, tak, Koperskiego też koniecznie muszę przeczytać :) 

      Ale wróćmy do Wierszyny. Jak tam jest?

      Mijamy śliczne jak w skansenie domki. Wszystkie z bali drewnianych, ozdobione bogato, pomalowane na jaskrawy błękit. Równiutkie niebieskie płotki, wszystko maleńkie i słodkie, jak z obrazków w rosyjskiej baśni.

      Można też trafić na trzęsienie ziemi:
      Wstrząsom tektonicznym przeważnie towarzyszą burze – tłumaczy wśród łoskotu Luda. U nas mówią, że to błyskawice otwierają ziemię... Burza przewala się tuż nad nami. […] Od uderzenia pioruna pali się przeraźliwie jaskrawym ogniem słup sieci elektrycznej, oddalony zaledwie metr od ściany domu! Patrzymy jak skamieniałe na monstrualny zimny ogień, przypominający ten z choinki w Boże Narodzenie. Co robić? Zdaję sobie sprawę, że dom jest drewniany i zajmie się w okamgnieniu...

      Ale kim tak w ogóle jest Luda? Ludmiła Wiżentas – śliczna, mądra dziewczyna, którą wysłano do Polski na studia, żeby Wierszyna miała nauczyciela polskiego. Kończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim.:

      Gdy przyjechałam, znałam tylko dwa nazwiska sławnych Polaków: Kopernika i Curie-Skłodowskiej. Takie nazwiska jak Mickiewicz czy Kochanowski nic mi nie mówiły... I przyjechałam studiować literaturę polską! O polskich filmach nic nie wiedziałam. Byłam na etapie rozwoju przedszkolaka, tyle że na studiach. Było mi strasznie wstyd.”

      Nadgoniła braki, zdobyła ogromną wiedzę i... wróciła do Wierszyny. 

      Wita się z nami i sadza przy stole. Na talerzach rosół z pierożkami. Na ścianie skóra psa polarnego i śliczne ludowe hafty. W bielonym, wielkim piecu buzuje ogień.

      Ten bielony piec w klimatycznej chacie z bali będzie mi się śnił po nocy (można go obejrzeć na zdjęciu).

      Jedyne czego brakuje w książce to przepisów na smakowite czeremchowe ciasto i pierogi, które tak zachwycają Polaków z ojczyzny. W Internecie można trafić tylko na rozpaczliwe próby kupienia w Polsce mąki z czeremchy.

      Tak czy inaczej warto przeczytać Powtórkę z Syberii - dla ciekawych obserwacji, dla klimatu, dla uważnych opisów miejsc i pasjonujących ludzi. Autorka przy wszystkich swoich wadach, jest tak inteligentną, ciepłą i dowcipną osobą, że czyta się ją z przyjemnością. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 października 2012 02:02
  • środa, 30 listopada 2011
    • Godzina próby

      Wojciech Tochman, Bóg zapłaćJesteśmy tylko ludźmi, chętnie wyłączamy myślenie. Dlatego tak łatwo tłumaczymy sobie „ja bym się przecież tak nie zachował, a oni reprezentują to, czego tak nie lubię, więc właśnie widać, do czego są zdolni, macie przykład”. I w poczuciu wyższości nawet nie próbujemy się zastanawiać „A co bym naprawdę zrobił, jakby mnie taka sytuacja… zaskoczyła?” I kiedy przychodzi godzina próby popełniamy kardynalne błędy. Tylko wtedy jest już za późno. I już nie możemy powiedzieć „To jacyś inni”. A teraz możecie nałożyć klapki na oczy i nazwać tę książkę reportażami „o polskiej religijności”, myśląc że Was to nie dotyczy. Albo przeczytać ją świadomie.

      Zatem co robimy w godzinie próby? Jeśli nas zaskoczy, to często nie potrafimy zareagować właściwie. Robimy to, co miałoby sens w sytuacjach nieważnych i nagle stawiamy rzeczy nieistotne ponad ludzkim życiem. Gdyby ktoś nas o to zapytał rok wcześniej, na spokojnie, zaprezentowalibyśmy mu całkiem inny scenariusz naszych zachowań. Jednak kiedy zdecydować musimy nagle, to jest ryzyko, że zamiast pomóc, będziemy trzymać się kurczowo utartych szlaków, myśląc że tak jest lepiej. A potem ciężko nam będzie żyć ze świadomością, że być może ktoś umarł tylko dlatego, bo nie pomogliśmy.

      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kor-ka
      Czas publikacji:
      środa, 30 listopada 2011 01:23

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa